Recenzja - PC

Farmerski horror - recenzja Apparition

Małgorzata Trzyna, 30 września 2018 15:30 0

Apparition potrafi wystraszyć, acz rozgrywka szybko sprowadza się do powtarzania w kółko tych samych czynności.

W Apparition wcielamy się w badacza paranormalnych zjawisk, który dokumentuje rozmaite, niewyjaśnione przypadki - sprawdza miejsca, gdzie dochodzi do tajemniczych zaginięć, morderstw i nie tylko. Po wielu latach zdobywania doświadczenia i długich przygotowaniach bohater wybiera się do nawiedzonego, mrocznego lasu Green Creek, by zbadać, czy za zaginięcia turystów odpowiada "Plaga", czy może coś zupełnie innego. Green Creek okryte jest złą sławą, ktokolwiek tam się udaje, już nie wraca. Najlepszą porą na polowanie na byty nie z tego świata jest północ, toteż detektyw dociera na miejsce tuż przed wybiciem godziny dwunastej. Jest sam, panują niemal całkowite ciemności, jedyne bezpieczne miejsce to jego własny samochód stojący na poboczu pustej drogi - nie licząc wraku innego auta. Nie mija wiele czasu, a zaczyna padać deszcz, rozlegają się odgłosy burzy. Poruszające się w mroku gałęzie drzew, pioruny, kroki, szelesty i bicie serca panikującego bohatera razem tworzą świetny klimat. Muszę przyznać, że na starcie gra wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Podczas zwiedzania natkniemy się na dziwne rzeczy - czarne, podłużne worki, ślady krwi, notatki, dzięki którym dowiadujemy się, jak zachowywać się w obliczu zagrożenia. Czasem przez ułamek sekundy mignie przed oczami potwór, który natychmiast znika, acz to tylko objawy paranoi bohatera. Jeśli nie lubicie jump-scare'ów, to was zasmucę - migawek z obrzydliwymi pokrakami jest mnóstwo. Na szczęście obecność prawdziwych duchów i demonów możemy wyczuć wcześniej, przysłuchując się odgłosom albo korzystając z gogli. Zdarza się, że nas zaskoczą, ale w takim wypadku możemy winić siebie, że nie byliśmy dość ostrożni, patrzyliśmy w nie tym kierunku co trzeba albo w panice zapomnieliśmy, jak należy się zachować.

Zarabianie na życie przez zadzieranie z duchami i demonami to ryzykowne zajęcie nawet dla doświadczonego detektywa do spraw paranormalnych. Bohater mówi, że pracuje w tym fachu od lat, ale na starcie zaczyna z najbardziej podstawowymi rzeczami: świeczką (myślę, że na latarkę byłoby go stać, ale świeczka jest bardziej klimatyczna), tabliczką Ouija i aparatem fotograficznym oraz dziennikiem i książkami, w których w skrócie opisane jest, na czym polega jego zajęcie. Na statywy, kamery i inne, przydatne urządzenia i gadżety musi jeszcze popracować. Dobrze, że Green Creek to wdzięczne miejsce, by wreszcie zacząć czerpać konkretne zyski.

Rozgrywka polega na zbieraniu dowodów na istnienie nadprzyrodzonych istot. Aby przyciągnąć ich uwagę, zaczynamy używać tabliczki Ouija - z jej pomocą witamy się, zadajemy pytania, a duchy lub demony - w zależności od humoru i nastawienia - grzecznie z nami rozmawiają, odpowiadają bez sensu (np. na pytanie "jesteś dobry czy zły?" mówią "tak"), czasem po prostu milczą. Przykładowe pytania można znaleźć na kartkach rozsianych po świecie gry, ale też można wpisywać je ręcznie z klawiatury.

Im więcej dowodów zbierzemy, tym więcej doświadczenia zyskamy, ale żeby coś z tego mieć, musimy przetrwać do rana albo uciec wcześniej samochodem. Jednak zanim zaczniemy wykręcać pięciocyfrowe wyniki, musimy sobie zapracować na nowe elementy wyposażenia i ulepszenia. I tu zaczyna się powolne ciułanie punktów, połączone z coraz lepszym zaznajamianiem się z lokacją. Jedyną i to dość małą lokacją, w której znalazło się miejsce na ognisko (tam też możemy ustawić tabliczkę Ouija), kilka budynków i parę innych drobiazgów typu znak drogowy, słup, sterta porąbanego drewna itp. Kto liczył na wycieczkę krajoznawczą, będzie zawiedziony, że skrawek terenu jest tak mały i trudno się zgubić nawet bez mapy.

Las jest bardzo mroczny, ledwo widać dwa kroki przed nami. Jak w takich warunkach znaleźć kawałki metalu, patyki czy kamienie? Trzeba dobrze się przyglądać i zapamiętywać, gdzie co leży, by w kolejnych podejściach błyskawicznie zbierać potrzebne elementy. Dysponujemy tylko świeczką, acz muszę przyznać, że bardzo dobrą świeczką, która nie gaśnie od podmuchów wiatru ani na deszczu (jeszcze by tego brakowało, by nie mieć żadnego źródła światła w lesie pełnym duchów i innych nadprzyrodzonych istot). Alternatywnym i o niebo lepszym źródłem światła jest aparat fotograficzny, acz tak prądożerny, że kilka baterii, jakie możemy mieć w zapasie, wystarcza na bardzo krótko.

Na jednej wyprawie do Green Creek się nie skończy, nie tylko dlatego, że o śmierć jest bardzo łatwo (kiedy detektyw umiera albo całkowicie traci zmysły, zdobyte punkty nie trafiają do jego portfela i nie można ich przeznaczyć na nowe przedmioty). Nawet jeśli szczęśliwie przetrwamy, to z początku zarabiamy na tyle mało, że odblokowanie wszystkich elementów wymaga nieco farmienia. Na szczęście nowe gadżety pozwalają szybciej zdobywać punkty, więc można kupować na bieżąco to, na co nas akurat stać. W ten sposób ani się obejrzałam, a klimat horroru całkowicie wyparował - ciągle robiłam dokładnie to samo, byle trochę uciułać i umknąć, zanim coś mnie dogoni i zje. Zamiast wczuwać się w atmosferę, wpadłam w rutynę: zadawałam te same pytania na tabliczce Ouija, ustawiałam kamerę na statywie, robiłam w kółko zdjęcia tym samym rzeczom, byle tylko dobrnąć do wymaganej kwoty. Okej, niech będzie - inaczej gra wystarczyłaby na maksimum dwie godziny, nie pięć. Wykupienie przedmiotów to jednak nie koniec. Prawdziwa zabawa zaczyna się w momencie, gdy chcemy zdobyć ulepszenia i zwiększyć mnożniki punktów czy zwiększyć liczbę dostępnych miejsc w plecaku. Wymaga to zastawiania pułapek, które wpierw trzeba stworzyć przy stole rzemieślniczym, zwabienia w pobliże wrogów, umknięcia w bezpieczne miejsce, pozbierania przedmiotów, które wypadły z przeciwników i dobrnięcia szczęśliwie do piwnicy, by je wykorzystać. To, czego nie wydamy, przepadnie. Zdobycie trzech kulek dla jednorazowego ulepszenia kamery zakładanej na głowę to już sztuka. Tak więc po zakończeniu jednej farmy zaczęła się kolejna - tym razem bardziej ryzykowna. Wszystko po to, by móc ostatecznie powalczyć o najwyższe miejsca w rankingach...

Apparition pod względem wizualnym prezentuje się dobrze (choć jeśli podejdziemy blisko do drzewa, przekonamy się, że ma kwadratowy pień - acz są to już nieistotne szczegóły). Gra ma bardzo dobry klimat, ale po pięciu próbach, kiedy już jako-tako poznałam Green Creek, szybko przestał mieć on znaczenie. Nieznany teren przestał być straszny, kiedy już wiedziałam, gdzie szukać przedmiotów i co warto sfotografować. Rozgrywka sprowadza się najpierw do metodycznego zbierania na nowe elementy wyposażenia, a po odblokowaniu większości rzeczy - rywalizacji o punkty. Lokacja jest tylko jedna i zawsze wygląda tak samo, choć czasem nie ma baterii w zwykłym miejscu, a w plecakach znajdziemy nieco inne przedmioty. Tytuł ten zapewnił mi kilka godzin całkiem dobrej rozrywki, ale nie wystarczyło mi cierpliwości do zebrania wszystkich ulepszeń - ileż można podnosić w kółko te same kawałki metalu i patyki, czekać na pojawienie się duchów i ostatecznie często nic z tego nie mieć? - więc walkę o pierwsze miejsca w rankingach zostawię cierpliwszym osobom.

Nie wiem, jak ocenić Apparition. Z jednej strony doceniam, że gra jest dziełem niezależnego, polskiego twórcy - MrCiastku, który ma już na swym koncie inny horror: Shadows 2: Perfidia, cieszący się na Steam bardzo pozytywnymi opiniami. Wziąwszy pod uwagę, że Apparition to gra niezależna, w dodatku stworzona przez jedną osobę, nie mogę jej porównywać z wiekopomnymi dziełami. Z drugiej, nie jest to gra, za którą zapłaciłabym więcej niż 10-15zł. Pierwsze wrażenie jest dobre, ale pojedyncza, niewielka lokacja i zapętlona w kółko rozgrywka (po każdym zgonie lub ucieczce zaczynamy od początku niczym w roguelike'ach) szybko sprawiają, że znika gdzieś strach przed nieznanym, który w horrorach jest dla mnie ważniejszy niż migawki ze straszydłami.

Apparition PC

  • Klimat tworzony przez mroczny las, burze, odgłosy
  • Napięcie, kiedy pojawiają się zjawy - bardzo łatwo o śmierć
  • Tylko jedna, mała lokacja
  • Powtarzanie w kółko dokładnie tych samych czynności odziera grę z tajemniczości
Takie sobie, zarówno jako horror, jak i roguelike 5.9
Kosmiczni piraci kontra cały świat - recenzja Ancient Frontier: Steel Shadows
Hyperide VR - recenzja - oda do białej gorączki
Nokaut w pierwszej rundzie - recenzja Super Smash Bros. Ultimate
Assassin z Sherwood - recenzja filmu Robin Hood: Początek
najnowsze