90 minut do wolności – recenzja filmu. Miejcie litość

Radosław Krajewski
2026/01/23 18:00
0
0

W kinach zadebiutował nowy film science fiction z Chrisem Prattem i Rebeccą Ferguson. Oceniamy, czy tytuł jest proroczy i widzowie będą odmierzać czas do końca filmu, aby jak najszybciej opuścić salę kinową.

Zawody zagrożone przez AI

Technologia screenlife nie przejęła kina, jak planował to Timur Bekmambetov, reżyser najnowszego filmu science fiction 90 minut do wolności. Na przestrzeni ostatnich lat tylko kilka filmów udało się przy wykorzystaniu tej techniki, żeby wspomnieć o Searching, czy Missing, ale zdecydowana większość okazała się kiepskimi horrorami, które nie trafiły do szerszej publiczności. Wyjątkiem była niesławna Wojna światów od Amazona, która była tak zła, że widzowie zwrócili na nią uwagę i zyskała niezasłużoną sławę. Podobnie może być z 90 minut do wolności, które co prawda prezentuje wyższy poziom od produkcji z Ice Cubem, a sama historia nie jest aż tak głupia, żeby stała się śmieszna, ale to kiepski kino akcji, które nie potrafi skutecznie trzymać w napięciu, pomimo ciekawego punktu wyjścia.

90 minut do wolności
90 minut do wolności

Akcja filmu rozgrywa się w Los Angeles roku 2029, mieście pogrążonym w kryzysie przestępczości, bezdomności i społecznych napięć. Odpowiedzią władz na chaos stał się system Mercy, zautomatyzowany sąd oparty na sztucznej inteligencji, w którym oskarżeni o najcięższe zbrodnie są sądzeni przez sędziego, będącego algorytmem. Proces trwa dokładnie 90 minut, a zasada jest brutalnie prosta: oskarżony jest winny, dopóki nie udowodni swojej niewinności. Jeśli prawdopodobieństwo winy nie spadnie poniżej ustalonego progu (około 92%), wyrok śmierci zostaje wykonany natychmiast, na fotelu, do którego przykuty jest sądzony. Ironia losu sprawia, że ofiarą systemu pada jeden z jego współtwórców i publicznych orędowników, czyli policyjny detektyw Chris Raven (Chris Pratt). Mężczyzna budzi się skuty w mechanicznym fotelu, z lukami w pamięci i potężnym kacem, aby dowiedzieć się, że jest oskarżony o zamordowanie swojej żony Nicole (Annabelle Wallis). Jedynym „uczestnikiem” procesu jest sędzia AI imieniem Maddox (Rebecca Ferguson), pełniąca jednocześnie funkcję sędziego, prokuratora, obrońcy i kata.

Chociaż historia jest prosta, a punkt wyjścia fabuły od razu nasuwa skojarzenia z Raportem mniejszości, czy nawet RoboCopem, to twórcy nie do końca wiedzą, jak ugryźć ten temat. Film mógłby być zarówno gorzką satyrą na państwo policyjne, gdzie o wszystkim decyduje algorytm i sztuczna inteligencja. Z drugiej przestroga przed dalszym rozwojem AI i pozwoleniem na zawładnięcie naszym życiem, co już się dzieje, choć jeszcze nie w tak skrajnych przypadkach, jak ma to miejsce w 90 minut do wolności. Niestety produkcja rezygnuje z pogłębienia poruszanych przez siebie tematów, na piedestale stawiając akcję i budowanie napięcia, chociaż robi to w nieudolny sposób. Co prawda pojawiają się pytania o oddanie zbyt dużej władzy w ręce sztucznej inteligencji, zgodę społeczną, manipulację danymi, czy rolę policjanta, który może sądzić, jak i bronić samego siebie, to są to jedynie szkice czegoś ambitnego, czego film nigdy nie wykorzystuje.

90 minut do wolności
90 minut do wolności

Trzeba to powiedzieć wprost, że 90 minut do wolności to konwencjonalny film kryminalny, którego jedną z największych zalet jest prowadzenie procesu w „czasie rzeczywistym”. Raven ma dokładnie 90 minut, aby udowodnić swoją niewinność i właśnie taki czas skrupulatnie odmierzany jest przez licznik systemu, który widzimy na ekranie. Zadaniem bohatera jest przeprowadzenie śledztwa za pomocą chmury danych, dzięki której może przeglądać nagrania z kamer, historię GPS, policyjne archiwa, czy media społecznościowe. Z wykorzystaniem screenlife i w estetyce VR może to brzmieć wszystko zachęcająco, ale tym razem jest to raczej sztuka dla sztuki, którą wcale nie ogląda się na krawędzi fotela, jak te bardziej kryminalne projekty wyprodukowane przez Bekmambetova, żeby ponownie przypomnieć o Searching. Nie oznacza to jednak, że cały film oglądamy Chrisa Pratta przypiętego do fotela. Otrzymujemy kilka scen w terenie, gdzie bohatera wyręcza jego partnerka Jaq, która korzysta z zamontowanej na mundurze kamery i dronów, tworzących trójwymiarową wizualizację.

Szybki proces

Trzeba jednak przyznać, że Bekmambetov potrafi postawić na swoim i opanował technikę screenlife chyba do perfekcji. Prezentowane na ekranie informacje są czytelne, a kolejne zwroty akcji postępują po sobie w logicznym ciągu. Klimat i napięcie pryskają jednak jak bańka mydlana z powodu chaotycznego montażu, który chce zdynamizować akcję, zamiast budować odpowiednią atmosferę zagrożenia za pomocą spokojniejszego tempa, aby bohater mógł skupić się na prowadzonym przez siebie śledztwie. Odmierzający czas do końca procesu to trochę za mało, aby widz był przykuty do fotela – nie z powodu więzów, ale poczucia, że jak najszybciej musi dowiedzieć się, co wydarzy się dalej. Innym problemem jest samo prowadzenie intrygi, która rozwija się dopiero na późniejszym etapie historii. Wcześniej otrzymujemy długą ekspozycję, wyjaśniającą cały system Mercy, jak i kłopoty, w których znalazł się Raven. To negatywnie wpływa na tempo, które wyraźnie kuleje i przyśpiesza dopiero w drugiej połowie filmu. Do tego w historii pojawia się ograniczona liczba postaci, przez co zagadkę morderstwa można rozwiązać na długo przed finałem, który z kolei niepotrzebnie serwuje kolejne zwroty akcji i porusza nowe wątki, które nie otrzymują zbyt wiele czasu.

90 minut do wolności
90 minut do wolności

GramTV przedstawia:

Problemem 90 minut do wolności jest sama wymowa filmu. Gdy Raport mniejszości jednoznacznie krytykował takie rozwiązania, a RoboCop pokazywał, że chciwe korporacje chcą działać jedynie dla własnego zysku, a nie dobra publicznego, tak produkcja Bekmambetova zaskakująco stoi po stronie sztucznej inteligencji. Chociaż zaczyna się to jak krytyka AI i nadmiernego nadzoru obywateli przez państwo, gdzie dominują autorytarne rządy, to kończy się w zupełnie inny sposób. 90 minut do wolności krytykuje nie sam wadliwy system, oparty na niewłaściwych moralnie zasadach, ale jego „niepożądane” użycie. Film przekazuje, że sztuczna inteligencja może być empatyczna, łagodniejsza i oparta na rozwiązywaniu problemów, o ile człowiek na to pozwoli, a wtedy takie systemy, jak ten Mercy, będą mogły prawidłowo funkcjonować. Reżyser wyraźnie zafascynowany jest samą technologią, nie chcą dostrzec jej wad, szczególnie tych, które mogą wyniknąć ze zbyt dużego oddania jej samokontroli.

Zawodzi również Chris Pratt, który wypada mało przekonująco. Chociaż aktor powinien stworzyć bohatera, za którego widz będzie trzymał kciuki, to jego Chris Raven jest oparty na schematach i gatunkowych kliszach. Oczywiście, że postać ma problemy z alkoholem, przemocą, a do tego jego małżeństwo się rozpada. Brak w tej postaci wyrazistości i charakteru, ale również potrzebnej energii, aby widz zrozumiał tego bohatera. Zdecydowanie lepiej radzi sobie Rebecca Ferguson jako Madox, która operuje chłodnym, przenikliwym spojrzeniem, mechanicznymi ruchami i kontrolowaną, zdawkową mimiką. Nie jest to jedna z lepszych ról w jej karierze, ale wyróżnia się w porównaniu do postaci Pratta.

To mógłby być naprawdę mocny thriller science fiction, który przywoływany byłby latami, jako kolejna produkcja, ostrzegająca przed zagrożeniami wynikającymi ze byt dużego rozwoju i oddaniu sztucznej inteligencji kontroli w każdym aspekcie naszego życia. Niestety 90 minut do wolności przekłada poruszaną tematykę nad akcję, która jest chaotyczna, pozbawiona napięcia i z kiepskimi zwrotami akcji. Tempo bywa zawrotne w drugiej połowie filmu, przez co brak czasu na jakąkolwiek refleksję, ale sami twórcy najwyraźniej nie chcą krytykować AI. W efekcie otrzymujemy produkcję ze zmarnowanym potencjałem, o której świat szybko zapomni.

3,0
90 minut do wolności potrafi być efektowny wizualnie, ale nie przekłada się to na wciągającą akcję, a już tym bardziej na budowaniu napięcia. Film do szybkiego zapomnienia.
Plusy
  • Intrygujący punkt wyjścia, przywodzący na myśl Raport mniejszości
  • Wykorzystanie techniki screenlife i czytelne przedstawianie kolejnych informacji
  • Kilka niezłych scen, w których akcja przyśpiesza, a śledztwo wskakuje w ciekawsze rejony
  • Rebecca Ferguson nieźle sprawdziła się jako sędzia AI
Minusy
  • Powierzchowne podejście do sztucznej inteligencji
  • Brak odpowiedniej krytyki AI i autorytarnego państwa przyszłości
  • Historia mogłaby być ciekawsza, a zwroty akcji mniej przewidywalne
  • Oparty na schematach główny bohater…
  • …któremu Chris Pratt nie potrafił nadać więcej głębi
  • Chaotyczny montaż nie pozwala na zbudowanie odpowiedniego napięcia
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!