Recenzja - konsole

Wojna jak z obrazka - recenzja Valkyria Chronicles 4

Jakub Zagalski, 28 września 2018 16:00 0

Niezwykła seria łącząca strategię turową, jRPG i strzelankę TPP wróciła do korzeni. Właśnie na taki sequel czekałem.

Przez ostatnie dziesięć lat Valkyria Chronicles doczekała się kilku kontynuacji i remastera HD, jednak dopiero w Valkyria Chronicles 4 widzę godnego następcę wyjątkowej "jedynki" pamiętającej czasy PlayStation 3. Zeszłoroczna Valkyria Revolution przestała być ciekawym połączeniem turowej strategii i strzelanki TPP. Świetna (jak wynika z recenzji) Valkyria Chronicles 3 nie opuściła Japonii, zaś "dwójka" wydana wyłącznie na PSP była przez wielu odbierana bardziej jako spin-off niż prawowity sequel. Choć grało się bardzo dobrze, a akcja była osadzona w dwa lata po wydarzeniach z

Valkyria Chronicles.

Teraz mamy przed sobą Valkyria Chronicles 4 i pewnie wszyscy, którzy nie mieli wcześniej do czynienia z tą serią, zadają sobie to samo pytanie: czy trzeba nadrabiać wcześniejsze gry przed zagraniem w "czwórkę"? Zdecydowanie nie. Przede wszystkim dlatego, że opowiadana historia rozgrywa się w tym samym czasie co fabuła z "jedynki", tyle że z udziałem innych bohaterów i w innej części kontynentu trawionego Drugą Wojną Europejską.

Ten fikcyjny konflikt nieprzypadkowo nawiązuje do prawdziwych realiów z lat 1939-1945. W świecie Valkyria Chronicles 4 Stary Kontynent jest teatrem działań wojennych, prowadzonych przez dwa rywalizujące mocarstwa. Monarchistyczne Imperium (East Europan Imperial Alliance), które przywołuje na myśl Państwa Osi, walczy z quasi-aliancką Federacją (Atlantic Federation). Obie potęgi mają już za sobą jedną wojnę europejską, czyli tutejszą wojnę światową, która nie rozstrzygnęła sporu o dostęp do drogocennej rudy ragnitu. Minerału wykorzystywanego w zbrojeniówce do budowy broni i napędzania silników, jak i w farmacji do produkowania "cudownych" leków.

Choć w grze sterujemy wszystkimi dostępnymi żołnierzami, to bohaterem grającym pierwsze skrzypce jest niejaki Claude Wallace. Młody, trochę nazbyt uczuciowy (potrafi się smucić, gdy bomby niszczą kwiaty na łące), ale bardzo utalentowany dowódca Brygady E. Podobnie jak Welkin Gunther, grywalny dowódca z pierwszej części, Claude może kierować czołgiem. Takich podobieństw jest znacznie więcej, co może sugerować, że twórcy nie wysilali się i wykorzystali sprawdzony schemat. Sporo w tym racji, jednak nie nazwałbym "czwórki" pójściem na łatwiznę. To po prostu bardzo zachowawczy sequel, który nie próbuje na siłę usprawniać działających mechanizmów. A dodane nowości realnie urozmaicają i usprawniają rozgrywkę.

Weźmy chociażby podział na klasy. W Valkyria Chronicles 4 mamy sześć rodzajów żołnierzy (nie licząc czołgów), czyli tylko o jeden więcej niż poprzednio. Scout to lekki i mobilny zwiadowca, który przegrywa w bezpośrednim starciu z Shocktrooperem (odpowiednik szturmowca). Ciężkozbrojny, a przez to powolny Lancer jest doskonałym przeciwnikiem dla czołgów. Engineer to zaopatrzeniowiec i złota rączka, zaś roli Snajpera chyba nie trzeba tłumaczyć.

Do tej gromadki dochodzą Grenadierzy, czyli żołnierz (lub żołnierka) obsługujący rodzaj moździerza. Niby niewielki dodatek, a szybko przekonujemy się, że obecność takiej jednostki na polu walki diametralnie zmienia bieg wydarzeń. Pociski z moździerza sieją ogromne spustoszenie w szeregach wroga. Lub naszych, bo przeciwnik też dysponuje taką bronią. Grenadier jest powolny w poruszaniu i strzelaniu, jednak jeden celny strzał potrafi zniszczyć obsługę stacjonarnego karabinu maszynowego, czołg czy snajpera ukrytego gdzieś na wieży i niedostępnego dla strzałów piechoty. Niektórzy narzekają, że nowa klasa jest zbyt potężna i diametralnie ułatwia rozgrywkę (można czyścić pole bitwy z daleka). Oczywiście pod warunkiem, że wróg nie ma swoich moździerzy, których trzeba unikać jak ognia.

Sam model rozgrywki na polu bitwy nie uległ wielkim zmianom i w dalszym ciągu mamy do czynienia z wyjątkowym systemem BLiTZ, czyli Battle of Live Tactical Zones. To nic innego jak połączenie strategii turowej z grą akcji TPP. Tak jak w "jedynce", najpierw patrzymy na mapę, na której nakreślono obszar misji z zaznaczonymi jednostkami wroga (niektóre trzeba dopiero odkryć) i członkami naszego oddziału. Przeskok na konsole nowej generacji i pecety pozwolił stworzyć największe mapy w historii serii, pełne wielopoziomowych zabudowań i innych przeszkód.

Sterowanie wybranymi żołnierzami odbywa się turowo po wykorzystaniu tzw. Command Points. Jednostka (żołnierz lub czołg) porusza się po polu bitwy dopóki wartość specjalnego paska nie dojdzie do zera, ewentualnie sami zatrzymamy go w wybranym punkcie. Przemieszczająca się postać jest podatna na ogień wroga, jeżeli tylko wejdzie w jego zasięg, więc należy rozważnie wybierać ścieżki i szukać terenowych osłon. Po dotarciu do upragnionego celu można zakończyć turę lub przejść w tryb strzelecki. Wybieramy rodzaj broni (np. karabin, granat, ale można też skorzystać z "apteczki") i ręcznie namierzamy przeciwnika. Poziom obrażeń jest zależny od statystyk żołnierzy i czynników terenowych. Tradycyjnie snajper ukryty za murem lub piechur za workami z piaskiem jest trudniejszy do zdjęcia niż chojrak stojący w szczerym polu. Przed każdym atakiem mamy informację, ile strzałów padnie i ile z nich musi trafić do wyznaczonego celu (najczęściej w głowę), by wyeliminować go z dalszej gry. Po zakończeniu akcji można się skryć za osłoną lub zmienić pozycję, jeżeli nie wyczerpaliśmy wcześniej limitu kroków.

Zabawa z Valkyria Chronicles 4 nie kończy się jednak na polu bitwy. Jak we wcześniejszych grach dużo czasu spędza się w bazie, gdzie odbywa się trening rekrutów, opracowywanie nowych technologii etc. Minusem pozostaje poruszanie się po menu, które często wymaga przeklikania się przez wszystkie pola, by dotrzeć do nowo odlokowanej broni. Nie ma z tym tragedii, ale Sega powinna zainwestować w specjalistę od projektowania UI.

Świetnie za to poradzono sobie z wykreowaniem żołnierzy, których wystawiamy do walki. Poza głównymi bohaterami mamy tu cały szereg drugoplanowych postaci z wyjątkową osobowością i przeszłością. Kiedy wystawiamy takiego żołnierza do kolejnych misji, odblokowują się poboczne zadania, które pozwalają lepiej poznać naszych podwładnych. Do tego dochodzi motyw sympatii, ponieważ każda postać ma mniej lub bardziej lubianych towarzyszy. Warto eksperymentować ze składem, by móc osiągnąć bardzo ciekawe efekty.

Valkyria Chronicles 4 w dalszym ciągu urzeka pracą silnika The Canvas, którą twórcy określają mianem "żywej akwareli". Dziesięć lat po zaprezentowaniu tego pomysłu na PlayStation 3 nie robi to już tak dużego wrażenia, jednak trzeba przyznać, że "czwórka" jest najładniej wyglądającą grą z serii. To pod pewnymi względami interaktywne anime o grupie młodych ludzi walczących na froncie brutalnej wojny. Jeżeli ktoś próbował poprzednich części i odbił się od tej estetyki, "czwórka" nie ma szans go przekonać. To japońszczyzna pełną gębą, którą albo się kocha, albo nienawidzi.

Jak już wcześniej wspomniałem, Valkyria Chronicles 4 to podręcznikowy przykład zachowawczej kontynuacji, która zbytnio nie eksperymentuje, a jedynie rozbudowuje i usprawnia wybrane elementy. Większe mapy z większą liczbą jednostek, dodatkowa klasa, większe zróżnicowanie terenu, wsparcie artylerii, mechanika Last Stand (przed zgonem można wykonać dodatkową akcję) – to z pozoru niewielkie zmiany i nowości, jednak świetnie pomyślane i potrzebne. Można by pójść o krok dalej i przeszczepić pewne motywy z Valkyria Chronicles 2/3, ale nawet bez nich Valkyria Chronicles 4 broni się jako bardzo dobra kontynuacja. A przy okazji doskonałe wprowadzenie dla nowych graczy, którzy nie muszą się bać wrzucania na głęboką wodę. Wszystko jest bowiem przedstawione w bardzo przystępny sposób i zachęca, by spędzić z tą grą przynajmniej 40 godzin.

Valkyria Chronicles 4 PS4

  • Większe mapy i więcej jednostek
  • nowe mechanizmy
  • moździerz robi różnicę
  • żołnierze i ich historie
  • Zbyt mało nowości popychających serię do przodu
  • SI
  • wolno się rozkręca
  • za dużo cutscenek
Bezpiecznie, ale z pomysłem 8.0
Chwała Wodzowi! - recenzja Beholder 2
Gris - recenzja - pochwała karmi sztukę
Nowa generacja konsol coraz bliżej. Pojedynek PS5 i Project Scarlett zapowiada się ekscytująco
Kosmiczni piraci kontra cały świat - recenzja Ancient Frontier: Steel Shadows
najnowsze

Chwała Wodzowi! - recenzja Beholder 2

W Beholder 2 przenosimy się do totalitarnego państwa i zaczynamy karierę w Ministerstwie na samym dole urzędniczej drabiny - dokąd zajdziemy?