Bez prądu - film

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że BlacKkKlansman miało inaczej wyglądać

Kamil Ostrowski, 19 września 2018 10:00 0

Ani to komedia, ani to dramat rasowy. BlacKkKlansman niespecjalnie śmieszy, niespecjalnie wzrusza, ani niespecjalnie intryguje.

Szczerze mówiąc, nawet widząc w BlacKkKlansmanie ewidentną niesprawiedliwość, rasowe uprzedzenia i bezkarnych faszystów, nie czułem zbyt wiele. Nawet opowieść starszego czarnego mężczyzny, który w wspomina jak na początku XX wieku zlinczowano publicznie jego opóźnionego umysłowo kolegę (oskarżonego o morderstwo i gwałt), a które kreowane było na punkt kulminacyjny filmu, niespecjalnie mnie ruszyło. Możliwe, że jestem znieczulony, bo dzień wcześniej byłem na wystawie w muzeum Narodowym w Szczecinie – Centrum Dialogu Przełomy (swoją drogą polecam obiekt) na wystawie z okazji stulecia niepodległości i naoglądałem się świadectw z okresu II wojny światowej i epoki stalinizmu. Możliwe, że po obejrzeniu Wołynia Smarzowskiego, próg wrażliwości przesunął mi się bardzo daleko. Ale najprawdopodobniej po prostu temat został już przeklepany dziesiątki, o ile nie setki razy, z czego wielokrotnie w sposób lepszy. Więc jak może wzruszać, skoro nie wzrusza?

Wydaje mi się, że w założeniach BlackKklansman miał być komedią. Spike Lee, jeden z najbardziej utytułowanych czarnoskórych reżyserów zza oceanu (żeby wspomnieć tylko znakomitego Inside Mana) jest prawdopodobnie jedynym twórcą, któremu w Ameryce w 2018 roku można było wybaczyć humorystyczne podejście do kwestii rasizmu, nawet jeżeli część mediów komentowała film z niesmakiem. Reżyser wyobraził sobie chyba, że w USA potrzebny jest krok w tył i dawka czegoś, co w języku szekspirowskim nazywa się „relief humor”. Wyobrażam sobie, że na początku BlackKklansman miał być dla Afroamerykanów tym, czym dla Polaków było Jak rozpętałem drugą wojnę światową. O ile jednak w Polsce zaledwie 24 lata po wojnie można było stworzyć film, który w sposób humorystyczny traktował najbardziej dramatyczny okres w historii Polski, obśmiewający najgorszych oprawców, pozwalający nam się pogodzić z traumatyczną historią, tak za oceanem wciąż rozdrapuje się rany, nie pozwalając im się zaleczyć. Nie wiem z czego to wynika. Wiem natomiast, że bieżąca polityka odbiła się potężnie na BlackKklansmanie, moim zdaniem wypaczając jego pierwotną istotę.

BlackKklansman nie jest komedią. Kiedy tylko zaczynają pojawiać się wątki komediowe, kiedy tylko widz zdąży parsknąć śmiechem, zaraz jest przywoływany do porządku. „Nie zapominaj o tym, jakim dramatem jest rasizm dla czarnych!”. Pamiętam do jasnej cholery, pamiętam! Przecież połowa ostatnich Oskarowych filmów o tym traktowała! (Uciekaj! , Moonlight, Płoty, Ukryte działania, Loving, częściowo Kształt Wody, a to tylko ostatnie dwa lata…). Obowiązkowo pojawić się musiały nawiązania do współczesnej polityki, bo jak można zrobić film o Ku Klux Klanie bez przypomnienia o tym, jaki Donald Trump jest paskudny? Swoją drogą BlackKklansman serwuje nam w tej mierze najbardziej łopatologiczną scenę w dziejach, podczas której członkowie Klanu skandują „America First!”, czyli hasło wyborcze obecnego prezydenta USA. Murzynie, proszę…

Ogólne wrażenie ratuje kilka elementów. Po pierwsze, duet policjantów prowadzących śledztwo, czyli John David Washington jako Ron Stallworth i Adam Diver jako Flip Zimmerman. Pierwszy bardzo sprawnie radzi sobie z niełatwą rolą czarnego policjanta, rozdartego momentami pomiędzy swoją tożsamością Afroamerykanina i chęcią dokonania zmian, a praworządnością właściwą modelowemu gliniarzowi. Adam Diver po raz kolejny udowadnia, że jest na wschodzącej fali – nawet umiarkowanie ciekawym rolom jest w stanie nadać odrobinę głębi i ludzkiego rysu. Reszta aktorów też spisuje się dobrze, chociaż irytowało mnie to, że postacie związane z Klanem sprawiały wrażenie wyjętych z kart komiksów, podczas gdy pozytywni bohaterowie kreowani byli na ludzi z krwi i kości. Znów widać to, że twórcy nie mogli się zdecydować na to, jaki rodzaj kina chcą stworzyć.

Nie mogę powiedzieć, żebym na sali jakoś bezbrzeżnie się nudził. BlacKkKlansman nie jest zły. Tempo filmu nie jest najgorsze. Zdarzają się sceny, w których odnotowałem napięcie, albo takie dające do myślenia. Dialogi rozpisała osoba, która ewidentnie zna się na swoim fachu. Aktorstwo jak już wspominałem, jest co najmniej przyzwoite. Problem tkwi w szerokim rozkroku, w którym stoi całość. Skutkiem tego film ani nie dostarcza wystarczająco rozrywki, ani nie generuje powagi niezbędnej do sprowokowania do solidnej refleksji. O ciężkim losie czarnoskórych opowiedziano już na tysiąc innych sposobów. Rozrywki również wielokrotnie dostarczono mi więcej. Ciężko mi nie oprzeć się wrażeniu, że twórcy zwyczajnie przestraszyli się tego, jakie reakcje BlacKkKlansman mógłby wzbudzić, gdyby odważono się zrobić z niego pełnoprawną komedię kryminalną. Zamiast tego mamy kolejny lament z paroma gagami i próbą sparodiowania członków Ku Klux Klanu. To może grzać w USA, ale nie u nas.

Zabójcze maszyny miały zachwycać, a śmiertelnie mnie zażenowały
Assassin z Sherwood - recenzja filmu Robin Hood: Początek
Creed II, czyli historia taka jak wszystkie, za to jaka piękna!
Siedem dni z życia dilera, czyli recenzja serialu Ślepnąc od świateł
najnowsze