InformacjeRecenzja - konsole

The Messenger - recenzja - powrót do przeszłości

... Katarzyna Dąbkowska

To gra, która naprawdę potrafi dać w kość.

Powrót do pierwszego, wydanego 30 lat temu na NESa, Ninja Gaiden to dziś prawdziwe wyzwanie. Oczywiście, tytuł ten jest wciąż diabelsko grywalny, genialnie zaprojektowany i ma jedną z najlepszych ścieżek muzycznych w historii, jednak jego poziom trudności to coś, o czym youtuberzy nagrywają dziś filmiki, twierdząc, że to najtrudniejsza gra wszech czasów. Mam jednak dobrą wiadomość dla wszystkich łaknących 8-bitowej-ninja-akcji, ale niechętnych do rozstawania się ze swoim włosami - The Messenger ma w sobie ducha Ninja Gaiden i na dodatek jest świetną grą!

Twórcy nie kryli się ze swoimi inspiracjami. Jeśli robisz grę o biegającym z lewej do prawej ninja, na dodatek w 8-bitowej oprawie, to każdy od razu wie, że inspirowałeś się przygodami Ryu Hayabusy. Ba, nawet do promocji gry zaproszono oryginalnych twórców Ninja Gaiden, aby pograli w The Messenger i opowiedzieli o tym czy im się podoba (spoiler: podoba). Przechodząc jednak do samej gry: wcielamy się w bohatera o dowolnym imieniu, którego wioska zostaje zaatakowana przez złego demona, a jego celem jest dostarczenie legendarnego zwoju z punktu A do B. Po drodze napotyka chmary przeciwników, wymagających bossów, przekichane etapy zręcznościowe, dziesiątki linijek przezabawnych tekstów i jeden wielki twist, ale o tym później.

Nasz bohater dysponuje początkowo jedynie dwoma umiejętnościami: atak mieczem i skok. Z czasem dołączają do nich shurikeny i linka z kotwiczką, ale głównie korzystać będziecie z podstawowych umiejętności. Jak wygląda rozgrywka? Skaczemy po platformach, atakujemy złoli, staramy się nie zderzyć z ich pociskami oraz nie spaść na wszędobylskie kolce. W grze zabrakło miejsca na podwójny skok, ale zamiast tego twórcy dali nam inną, pomagającą przetrwać, mechanikę - możliwość odbijania się od obiektów na ekranie. Przykład? Skaczemy, uderzamy mieczem w przeciwnika / wiszącą lampę i dzięki temu możemy wykonać dodatkowy skok w powietrzu. Bardzo szybko domyślnym sposobem poruszania staję się skok-atak-skok, do czego zresztą gra nas mocno zachęcą ukrywając w trudno dostępnych miejscach kryształy niezbędne do rozwoju naszej postaci.

W The Messenger nie ma na szczęście punktów doświadczenia i poziomów, a twórcy ograniczyli się do prostego drzewka rozwoju, w którym wykupujemy kolejne ulepszenia za wypadające z przeciwników czy obiektów kryształki. Będą to nowe zdolności, niższa kara za śmierć czy dodatkowe paski życia. Polecam jak najszybciej inwestować w to ostatnie, bo choć gra co krok ma punkty kontrolne, to i tak bardzo łatwo jest pomiędzy nimi zginąć, czasami zupełnie przypadkowo. Ciekawie przemyślano też sam system umierania - pod wskrzeszeniu bohatera pojawia się obok niego mały demon, który za wykonaną usługę życzy sobie kasę i przez jakiś czas będzie latał za nami i zabierał zbierane przez nasz kryształy, do momentu aż spłacimy swój dług.

Największym problemem The Messenger są niestety ambicje twórców, którym nie wystarczało zrobienie 8-bitowego platformera i wsadzili do niego dodatkowo 16-bitową metroidvanię. Tak, w pewnym momencie zabawy dostajemy możliwość podróżowania w czasie i przechodzenia z 8 do 16 bitów. Tu należy pochwalić deweloperów, bo zmienia się nie tylko oprawa, ale i przygrywająca w tle muzyka (każdy utwór powstał w dwóch wersjach). Na tym jednak koniec pochwał, bo o ile ten 8-bitowy platformer wyszedł im fenomenalnie i mogłabym w niego grać aż do napisów końcowych, tak 16-bitowa metroidvania wydaje się być napisana trochę na kolanie. Dodatkowo wjeżdża nam wracanie do poprzednio zaliczonych lokacji, co przy szybko odradzających się przeciwnikach potrafi porządnie napsuć krwi.

Nie sposób odmówić grze świetnego poczucia humoru. Po każdej śmierci zostajemy zdissowani przez ratującego nas demona, który nie omieszka też przypomnieć nam ile razy już zginęliśmy, a wchodząc do sklepikarza handlującego ulepszeniami możemy nie tylko się z nim podroczyć, ale i wysłuchać kazanie o marzeniach początkujących deweloperów indie i Devolverze. Po niektórych walkach z bossami będziecie też zrywać boki, kiedy nasz bohater wejdzie z nimi w przydługą polemikę. Wiadomo, trafiają się suchary tu i ówdzie, ale i tak bawią do łez.

Przejście gry zajmie Wam około 10 godzin, z czego pierwsza połowa to rewelacyjny platformer, a druga to już tylko dobra metroidvania. Finalnie jednak, The Messenger to przepiękna i niesamowicie grywalna produkcja, od której nie będziecie mogli się oderwać i raz dwa zdiagnozujecie u siebie syndrom „jeszcze jednego etapu”. Potrafi dać w kość, chociaż przed rzuceniem konsolą o ścianę starają się nas powstrzymać gęsto rozsiane punkty kontrolne. Jeśli szukacie oldschoolowej platformówki zrobionej w duchu dawnych produkcji, to nie musicie już dłużej szukać, bo The Messenger jest tytułem, w który powinniście po prostu zagrać.

The Messenger (Switch)

  • oldschoolowa oprawa graficzna
  • świetny platformer
  • muzyka
  • poczucie humoru
  • przeciętna metroidvania

Przepiękna i niesamowicie grywalna produkcja

Najnowsze
Lubisz nas?