InformacjeRecenzja - konsole

Deja vu? Recenzja Destiny 2: Porzuceni

... Michał Grabowski

Z jednej strony dusza się raduje. Z drugiej - ma wrażenie, że już kiedyś coś podobnego miało miejsce kilka lat temu...

Znacie to uczucie, gdy osoba, której bardzo mocno ufacie tego zaufania nadużyje? Często chwilę później dochodzi do przeprosin, próby zadośćuczynienia ewentualnych krzywd oraz obietnicy poprawy. Podobna sytuacja spotkała graczy, którzy po premierze Destiny oraz dodatków The Dark Below oraz House of Wolves oczekiwali gruntownych zmian w rozgrywce. Wtedy pojawił się The Taken King - rewolucja, na którą wielu Strażników czekało. Grało się faktycznie lepiej, a nawet później wydane Rise of Iron, mimo swych słabości dawało porządną dawkę rozrywki.

Zbliżająca się nieubłaganie premiera Destiny 2 mogła być świetnym sposobem na to, aby wcześniej wypracowane rozwiązania wzbogacić o coś nowego i świeżego. Niestety, mimo pierwszych zachwytów z czasem okazało się, iż otwarcie gry na nieco mniej zaangażowaną społeczność wcale nie było strzałem w dziesiątkę. Weterani nie mieli większego powodu powtarzać stale te same aktywności, a niedzielni gracze w żadnym stopniu nie zostali przekonani do częstszych powrotów. Nie lepiej było w przypadku dodatków Klątwa Ozyrysa oraz StrategOS. Wydawać by się mogło, że nie ma nic trudniejszego niż zrobić coś lepiej, prawda? Czasami dobre jest wrogiem lepszego, a Bungie zdało sobie z tego sprawę, czego wynikiem jest dodatek Porzuceni.

I przyznam zupełnie szczerze: po setkach czy też tysiącach godzin spędzonych w świecie Destiny (jednym i drugim) moje podjeście do dodatku Porzuceni było nie tyle co sceptyczne, co do bólu neutralne.

Stawianie większych wymagań niż te, które posiadałem przed premierą Destiny 2 byłoby zbyt pochopnym ruchem. To tylko dodatek, choć konieczność zapłacenia tych 170 zł czy nawet 330 zł za cały komplet atrakcji w drugim roku Destiny 2 jest nieco hardkorowym wydatkiem. Tym bardziej, że o tym, czy faktycznie było warto dowiemy się dopiero po pojawieniu się dodatków z Annual Pass (Czarna Zbrojownia, Dżoker i Penumbra) oraz innych aktywności przygotowanych na najbliższe sezony.

Ostatnia walka Strzelca

Głównym wątkiem fabularnym dodatku Porzuceni jest wymierzenie zemsty Uldrenowi Sov - bratu królowej rasy Awoken, Mary Sov - za zabicie Cayde-6 w trakcie jednej z rutynowych (na pierwszy rzut oka) misji na Rafie. Wraz z Uldrenem uciekają również Baronowie i tym samym rozpoczyna się wielkie polowanie na Poplątanym Wybrzeżu.

Fabularnie Porzuceni nie oferują wielkich twistów fabularnych (no może poza jednym, który potrafi nieco rozbawić), a większość misji opiera się na wykorzystywaniu dobrze znanych wcześniej graczom przygód. Każda z nich to zlecenie na konkretnego Barona, a po zgładzeniu ostatniego z nich otwiera się droga do samego Uldrena Sova. Proste, nieskomplikowane i właściwie bardzo dobrze, że takie jest. Ja jednak za wszelką cenę próowałbym jednak ukryć śmierć jednego z ulubionych bohaterów graczy w świecie Destiny. Choćby dlatego, że ostatnia scena z Cayde-6 nie wzbudziła we mnie aż tak ogromnych emocji. Może dlatego, że od dobrych kilku miesięcy wszyscy byliśmy przygotowywani na jego odejście? Ile osób, tyle opinii. Z mojej perspektywy - zabiło to pewne emocje, które w późniejszej rozgrywce o wiele trudniej wywołać ponownie.

Zwłaszcza, gdy dochodzi do walk z Baronami. Każde z tych starć jest inne, na swój sposób unikalne, ponieważ prowadzają one pewne mechaniki, które musi wykorzystać lub ich unikać. Sęk w tym, że ostatecznie sprowadza się to wszystko do prostej zasady - ubij jak najszybciej, uważaj na te czy inne niebezpieczeństwa, zgarnij nagrodę. Mimo, iż Baronowie lubią od czasu do czasu wtykać szpilki przypominając o śmierci Cayde'a, to tak właściwie brakuje tej iskry, która wywoływałaby konkretne emocje. Może właśnie ta, która zostałą zagubiona wraz z ukazaniem jej w materiałach marketingowych.

Z drugiej strony zakończenie wątku fabularnego Porzuconych nie oznacza końca gry. To dopiero początek tego, co dodatek ma do zaoferowania.

Śniące Miasto, czyli między światłem a mrokiem

Śniące Miasto, czyli stolica rasy Awoken w świecie Destiny 2, to nowe miejsce, które możemy do woli eksplorować wraz z innymi graczami. Oznacza to, że oprócz wcześniej poznanego Poplątanego Wybrzeża w ręce graczy Bungie oddało dwie lokacje, z czego Śniące Miasto jest naprawdę ogromne. Czy faktycznie większe od Drednaughta w Destiny: The Taken King? Bardzo możliwe.

Czasami łapałem się na tym, że idąc w losowym miejscu przed siebie nie miałem pojęcia, że dane ściężki faktycznie gdzieś prowadzą. Miejsc do odkrycia jest sporo, tak samo jak tajemniczych portali oraz przejść, niewidocznych na pierwszy rzut oka. To piękna i malownicza miejscówka, która wraz z zapowiedziami Bungie będzie się zmieniała z czasem. Ciekawy jestem, jak dokładnie.

Obok zadań zlecanych przez Pająka czy Petry Venj pojawia się również tajemnicza Ślepa Studnia - aktywność bardzo podobna do Protokołów Eskalacji czy Court of Oryx z The Taken Kinga. O ile pierwszy poziom aktywności wcale nie jest aż taki trudny, a mechanika pokonania bossa jest w miarę łatwa do opanowania, tak problemy zaczynają się na drugim. Tam już w grę wchodzi o wiele wyższy poziom światła. No chyba, że mamy potężnych kolegów, którzy potrafią przeciągnąć świeżaka przez to piekło... Zwłaszcza, że nowi przeciwnicy, czyli Scorni (innymi słowy Falleni na Etherze), mimo sporych podobieństw potrafią sprawić sporo problemu. Zwłascza, że większość ich jednostek uwielbia walki w zwarciu oraz wybuchowe niespodzianki.

Światło, dużo światła... i przeróżnych kombinacji

Trzeba więc wybrać się na polowanie kolejnych punktów mocy. Wraz z nadejściem Porzuconych wraca również dobrze znany system losowych umiejętności na broniach i ewkipunku czy podział nich typów na konkretny rodzaj amunicji. Chciałoby się powiedzieć: wracamy do pierwszego Destiny! Nic bardziej mylnego.

To, co zaoferowało Bungie to nic innego jak przełożenie zasad jedynki na grunt dwójki w taki sposób, aby wrócić do tego, co wszyscy znali i lubili. Czy nie można było tak od razu? Prawdopodobnie nie. Twórcy podjęli ryzyko, a zmiany były niezbędne, aby "looter-shooter", jakim jest Destiny 2, wreszcie sprawiał tę samą frajdę. Pojawienie się losowych umiejętności czy też poziomów masterwork sprawiają, że każda broń jest inna, a poszukiwanie idealnego ich zestawu u każdego gracza będą trwały dłużej lub krócej.

Zresztą, świetnym uczuciem jest wrócić po roku do strzelania z karabinu snajperskiego, gdy ten nie wymaga już zbierania ciężkiej amunicji. Swoją drogą - zawsze miałem wrażenie, że jeśli takowy potrzebuje jej, to powinien zadawać kolosalne obrażenia przeciwnikom...

Zmiany pojawiają się również w przypadku modyfikacji. Te już nie dają dodatkowych punktów światła, a ich znaczenie jest o wiele bardziej nastawione na wyciąganie ze swoich zestawów 120 procent możliwości. Przykładowo - pewna modyfikacja sprawia, że obrażenia zadawane przeciwnikom w Śniącym Mieście są zwiększone. Haczyk tkwi w tym, iż obrażenia otrzymywane od przeciwników również się zwiększają. Te drobne zmiany nie są już wymogiem, aby mięć te pięć punktów więcej przy swojej ksywce, ale odpowiednie ich wykorzystanie z pewnością pomoże przy wymagających aktywnościach.

Do nowego systemu trzeba się przyzwyczaić. Bez względu na to, czy weterani Destiny znajdą w nim coś "swojego", czy nowi gracze będą musieli na nowo zbierać swoje ulubione zabawki. O wiele łatwiej jednak poczuć w nim to, co tworzyło Destiny wyjątkowym - zbieractwo. Koniec z masowym demontowaniem kolejnych duplikatów. Czasami na różne okazje warto będzie zachować chociazby dwa karabiny snajperskie - jeden z mocnym kopnięciem, a drugi z szybkim i równym ostrzałem. Do gry wchodzą również specjalne Prime Engramy, które pozwalają szybko podbić poziom światła. Warto więc codziennie próbować swojego szczęścia i zgarniać cenne zabawki.

Gambit, czyli "Destiny went full MOBA"

Najbardziej pozytywnym zaskoczeniem dodatku Porzuceni jest z pewnoscią Gambit - tryb PvPvE, który bardzo przypomina znane wszystkim gry MOBA... z tą różnicą, że rozgrywka toczy się w widoku z pierwszej osoby.

Zadanie jest proste - gracze eliminują kolejne fale przeciwków i zbierają wypadające z nich drobiny, które potem przenoszą do stojącego na środku banku. Każde oddane pięć, dziesięć lub piętnaście drobinek sprawia, że bank przeciwnej drużyny się zamyka i pojawia się blokujący, którego muszą pokonać. Zgarnięcie 75 drobinek w banku przywołuje bossa, którego pokonanie oznacza wygraną rundę. W międzyczasie jeden z graczy może przejść przy pomocy portalu na stronę przeciwnika i wyeliminować ich.

Gambit z pewnością będzie jednym z moich ulubionych trybów sieciowych W Destiny 2 w roku drugim. Głównie dlatego, iż świetnie łączy starcia PvE z PvP. Dobrze obrana taktyka oraz regularne oddawanie uzbieranych drobinek sprawia, że przeciwna drużyna musi mocno się napocić, aby odrobić straty. To, co trochę mi przeszkadza w samym trybie to fakt, że komputerowi przeciwnicy czassami zadają naprawdę spore obrażenia bez względu na to, czy jest to zwykłe mięso armatnie, czy też jednostki elitarne. W szczególności Vexy, z którymi raczej nie chcielibyście mieć czegoś wspólnego.

Nie zmienia to jednak faktu, że wbijanie kolejnych rang w Gambicie potrafi wciągnąć na długie godziny. Czy zapomnę tym samym o tradycyjnym Tyglu? Niekoniecznie, choć z pewnością jest to świetna alternatywa dla tych, którzy wolą kooperację z lekką domieszką starć PvP. A przy okazji - bardzo ładne zestawy można zgarnąć właśnie w tym trybie.

Ostatnie Życzenie, czyli Strażnicy Strażnikom zgotowali ten los

Tradycyjnie, najważniejszym wydarzeniem w przypadku premiery dodatku do Destiny jest raid. W przypadku Destiny 2: Porzuceni był to rozgrywający się w Śniącym Mieście najazd Ostatnie Życzenie - Last Wish i trzeba przyznać, że Bungie wzięło sobie do serca wszystkie wskazówki graczy odnośnie aktywności z poprzedniego roku.

Lewiatan stawiał w dużej mierze na elementy zręcznościowe, o wiele mniej na aspekty związane z fazą zadawania obrażeń przeciwników. Inną kwestią była rotacja pewnych elementów najazdu oraz tego, iż brakowało temu wszystkiemu aury niesamowitej przygody. Można byłoby rzec, iż wyglądało to jak jeden wielki teleturniej, w którym do wygrania, co tydzień, jest skrzynka z lootem. Już samo zakończenie głównej części aktywności było nie tyle, co fajnym easter eggiem, a zasugerowaniem, że właściwie to wszystko idzie dokładnie w tym kierunku.

Z Last Wish jest inaczej - to raid w starym, dobrym stylu Destiny, wymagajacy od graczy nie tylko znajomości poszczególnych sekwencji, ale również kompletnego zgrania uczestników. Bez względu na to, czy macie już za sobą tysiące godzin przegranych w obydwu częściach Destiny, czy dopiero zaczynacie swoją przygodę z grą. Sam fakt, iż pierwsza ekipa ukończyła go w osiemnaście godzin może dawać do myślenia, a mówimy tutaj o profesjonalistach, którzy kilkukrotnie mieli na swoim koncie zaliczone ukończenie raidu jako pierwsi na świecie. A biorąc za przykład swoją ekipę mogę stwierdzić, iż trzeba będzie trochę się nabiegać, znaleźć sposób na pokonanie przeciwności, może poczekać do kolejnego resetu z podbiciem poziomu swojej mocy.

To, co oddało w ręce graczy Bungie jest prawdziwym wyzwaniem, a Last Wish jest prawdziwym powrotem do korzeni serii. Stylistycznie jest świetnie, udźwiękowienie - jak zwykle na najwyższym poziomie, a ostateczny wynik tego, iż pewna grupa śmiałków ukończyła wyzwanie Riven... będziemy obserwować w przyszłości. Z innej strony - pojawiają się tajemnicze życzenia, które można zrealizować w jednej z ukrytych komnat. Jak z nich skorzystacie - to już zależy tylko i wyłącznie od was.

Skażenie, czyli sezon rozpoczął się na dobre

Pamiętacie, jak wrzucałem jakiś czas temu zdjęcie z miasta? Trochę się tu pozmieniało...

Ukończenie raidu przez pierwszą ekipę sprawiło, iż w Śniącym Mieście widać działalność Takenów. Udostępniono również kilka nowych aktywności m.in. dodatkowy strike czy cotygodniowe misje fabularne. Chciałoby się powiedzieć, że dopiero teraz wszystko rusza na dobre i nie wiadomo, co faktycznie przyniesie przyszłość. Czy dane wydarzenia będą pojawiały się w pewnej kolejności? A może w ogóle nie powrócą? Dopiero za kilka tygodni, może miesięcy, będzie można odpowiedzieć na to pytanie.

Z pewnością na ten moment jest to świetny sposób na to, aby zachęcić graczy do cotygodniowego odwiedzania świata Destiny. Czy to później w przypadku Żelaznej Chorągwi, czy innych aktywności sezonowych, warto porobić wszystkie zadania dzienne czy tygodniowe i zgarnąć wartościowe łupy. Tym bardziej, że powracający system zleceń daje jasno i wyraźnie znak do brania udziału w konkretnych aktywnościach lub wykonania ich w konkretnym stylu.

I tak tydzień w tydzień do kolejnego sezonu. Dla wielu graczy będzie to powrót do codzienności w Destiny. Dla innych - spora przeszkoda, aby wrócić. W tym wszystkim widać jednak próbę połączenia tego, co było już znane i lubiane w jedynce z tym, co w dwójce było dobre w teorii, ale słabo sprawdziło się w praktyce w dłuższej perspektywie czasowej. Sposobów na zdobywanie materiałów, funduszy czy sprzętu jest mnóstwo. Wystarczy więc ruszyć przed siebie i zwyczajnie grać. Sam fakt, że wiele przedmiotów wypada z różnymi atrybutami jest odpowiednim powodem, aby szukać tego "god rolla".

"To jest napad na bank...", czyli nowości w Tyglu

I na koniec coś, z czym musiałem czekać do tego tygodnia - tryb Breakthrough, czyli nowość w trybach wieloosobowych Destiny 2. Zasady są proste - dwie ekipy walczą od dostęp do skarbca przeciwnika. Gdy skarbiec zostaje otwarty, jedna ekipa musi zdobyć zebrany tam łup, a przeciwnik - obronić się do końca wyznaczonego czasu. Pierwsza ekipa, która dokona tego trzykrotnie wygrywa mecz.

Jest szybko, jest nieskomplikowanie i jest efektownie. Breakthrough to fajna wariacja na temat tego, co już dobrze gracze znają chociażby z Overwatch. Największym minusem może być jednak to, iż cały czas jesteśmy zmuszeni grać to samo, tylko w innej scenerii i minimalnymi zmianami względem ścieżek. Do niezobowiązującej zabawy - dobrze jest mieć pewną alternatywę obok pozostałych trybów rozgrywki. Jednak Destiny 2, mimo obiecującego startu i wprowadzenia trybów "competitive", nadal jest daleko w temacie jakiejkolwiek rozgrywki na poważnie. Czasami nawet myślę, czy ten podział był faktycznie w tej grze potrzebny...

No dobra, daję ci ostatnią szansę...

W ciągu tych kilku tygodni spędzonych z dodatkiem Porzuceni cały czas myślałem, jaką oceną powinienem zwieńczyć ten tekst. Powodów jest kilka.

Porzuceni to w dużej mierze chęć przywrócenia świetności Destiny 2 - grze, która miała całkiem przyzwoity start, ale w ostatecznym rozrachunku zaprezentowane zmiany wypadały dosyć blado na tle tego, co już było w pierwszej części. To się niewątpliwie udało, ponieważ po dziewięciu miesiącach wróciłem do regularnego grania ze znajomymi, co można uznać za sukces po ostatnich dodatkach. To wszystko tak dobrze ze sobą się łączy w całość, że z pewnoscią wielu zapyta: "czy nie można było tak od razu?".

Pod względem zaprezentowanej historii jest dobrze, choć z mojego punktu widzenia ujawnienie śmierci jednego z głównych bohaterów Destiny przed premierą dodatku sprawiło, iż w pewnym momencie traci ona na znaczeniu. Nawet, jeśli pojedynki z Baronami są świetnie zaprojektowane, a zakończenie próbuje tworzyć aurę tajemnicy. Później dochodzą do tego również kolejne zadania w Śniącym Mieście, które rozszerzają temat późniejszej walki o stolicę Awokenów. Innymi słowy - jest dobrze i stabilnie. Bez większych fajerwerków, ale fani świata Destiny nie będą zawiedzeni.

Najazd Ostatnie Życzenie - bardzo duży plus. Wielu graczy z pewnością będzie długo rozgryzać jego tajemnice, a w przyszłości z możemy się spodziewać pojawienia się jego trudniejszej wersji oraz wyzwań. To samo dotyczy Śniącego Miasta, które z czasem zaczęło się zmieniać, a także odkrywać kolejne swoje sekrety. Również Gambit, jako nowa aktywność związana z rywalizacją, spisuje się znakomicie, a wszelkie zadania dzienne i tygodniowe wręcz zachęcają do logowania się na dłuższą chwilę.

Na ten moment można powiedzieć, że Destiny 2: Porzuceni jest warte swoich pieniędzy. Cieszę się, że mogę to z czystym sumieniem powiedzieć, mimo wielu obaw przedpremierowych.

Cieszę się, że mogłem wrócić do gry, która jest w o wiele lepszym stanie, niż jeszcze kilka miesięcy temu. Słuchając świetnie napisanej ścieżki dźwiękowej, spędzając kolejne dziesiątki godzin w tym świecie samotnie lub ze znajomymi. Jednak prawda jest taka, że jeśli do tej pory mieliście problem z odnalezieniem się w świecie Destiny, to nadal możecie go mieć. Mimo wielu kompromisów oraz zmian w kierunku nowych graczy - trzon rozgrywki pozostaje nadal ten sam. Część problemów związanych z rozgrywką również pozostała m.in. spadki płynności, z którymi gra boryka się od premiery dodatku StrategOS, o czym zresztą wspominałem.Nie zmienia to jednak tego, że nie było chyba lepszego momentu, aby wskoczyć do Destiny 2. Brzmi jak deja vu, prawda? Bardzo.

Dlatego recenzję podsumuję tak: Bungie - mam nadzieję, że to było ostatni raz. Trzeciej okazji do przeprosin nie będzie!

Dodatek do recenzji dostarczyła firma Activision Blizzard

PCDestiny 2: Porzuceni - DLC

  • Dobry wątek fabularny oraz wydarzenia tuż po nim
  • Śniące Miasto i najazd Ostatnie Życzenie
  • Nowy przeciwnicy, czasami mogą dać w kość
  • Cała masa nowego uzbrojenia i ekwipunku z losowymi atrybutami
  • Gambit!
  • Breakthrough jest świetnym urozmaiceniem Tygla
  • Świetna ścieżka dźwiękowa
  • Powrót do tego, co gracze w Destiny lubili najbardziej...
  • ... co może być wystarczającą przeszkodą dla tych, którym to nie leżało
  • Fabularnie śmierć głównego bohatera straciła na znaczeniu już w momencie pierwszej zapowiedzi dodatku
  • Częstsze niż dotychczas spadki płynności na PlayStation 4.

Powrót do korzeni. Oby również początek lepszych czasów w Destiny 2.

Najnowsze
Lubisz nas?