InformacjeRecenzja - PC

Bardzo leniwe MMO - recenzja Boundless

... Małgorzata Trzyna

Coś z Minecrafta, coś z No Man's Sky.

Kiedy byłam mała, uwielbiałam budować domki z klocków. Coś z tego zostało mi do dziś - w Minecrafcie spędziłam setki godzin zarówno w światach single-player, jak i na serwerach, tworząc domy, farmy i podziemne magazyny, polując na mobki i drążąc bez końca tunele w poszukiwaniu diamentów. W Boundless znów mogę dać upust chęci nie kończącego się kopania i budowania, by znaleźć rzadkie surowce, które następnie wykorzystam do skonstruowania odpowiednich maszyn albo przeznaczę na sprzedaż.

Zabawa w Boundless rozpoczyna się od stworzenia postaci. Nie jest to człowiek, a Oortianin. Możemy dobrać twarz, "fryzurę", płeć, kolor skóry czy oczu i jesteśmy gotowi do drogi. Kolejny etap to wybór świata: możemy zacząć na planecie, gdzie mobki nie atakują, póki sami ich nie uderzymy albo przenieść się tam, gdzie stworzenia nie zachowują się zbyt przyjaźnie. Wybór ten właściwie nie ma wielkiego znaczenia, jeśli zbudujemy sobie bazę w jakimś miejscu, później i tak możemy przenieść się gdziekolwiek indziej i zbudować nowy dom, a także posiadać kilka baz. Każda planeta jest ogromna i samo obiegnięcie jej, by zahaczyć o wszystkie regiony, to zadanie na kilka godzin, planet jest kilkadziesiąt, można więc wybrzydzać do woli, czy wolimy pustelnię w jakimś uroczym, bezpiecznym zakątku, czy wolimy dołączyć do miasta innych graczy, czy zrobić sobie domek w pobliżu interesującej farmy.

Przez pierwsze etapy twórcy prowadzą krok po kroku, pokazując cele do zrealizowania w rogu ekranu. Dzięki temu łatwo zrozumieć, co trzeba zrobić, by przeskakiwać między planetami i jak zająć kawałek terenu dla siebie. Wadą samouczka jest jednak to, że jeśli zrobimy coś w kolejności, która nie została zaplanowana (np. wytworzymy stół rzemieślniczy, zanim gra nam każe to zrobić), zadanie nie zostanie zaliczone i nie otrzymamy za nie nagrody, a powtarzanie wykonanych już działań bywa co najmniej irytujące. Dokładnie ten sam problem jest z setkami zadań z dziennika.

Teren, który zabezpieczymy, jest nasz i tylko my (oraz znajomi, którym przyznamy uprawnienia) mogą cokolwiek tam budować albo korzystać z urządzeń. Poza zajętym obszarem świat się regeneruje, więc z jednej strony wspaniale - nie trzeba się bać, że co krok natkniemy się na zryte wzdłuż i wszerz lokacje, można też ścinać w kółko te same drzewa i nie martwić się, że zostaną na zawsze szpetne, wiszące w powietrzu konary, do których nie chciało się sięgnąć - z drugiej, starannie wykonany tunel do kopalni zniknie, jeśli go również nie zabezpieczymy, wszystkie postawione bloki poza zajętym obszarem także zostaną skasowane.

Problem z zajmowaniem terenu polega na tym, że trzeba do gry zaglądać regularnie, by uzupełniać paliwo w Beaconach i zapewnić, że wszystko, na co ciężko pracowaliśmy, nie przepadnie. Póki gramy regularnie, nie jest to wielki problem, ale jeśli zrobimy sobie dłuższą przerwę, powrót do gry, by zaczynać od budowania wszystkiego na nowo, może zniechęcać.

Za niszczenie bloków, zabijanie mobków i wykonywanie rozmaitych celów z dziennika przyznawane jest doświadczenie. Są też bonusy za wykonywanie codziennych zadań. Zbierając punkty doświadczenia, awansujemy i możemy odblokowywać rozmaite cechy. Poziomów jest aż 50, więc i ekspa do wyfarmienia jest mnóstwo. Jedna postać nie może specjalizować się we wszystkim, więc trzeba wybierać, czy ma być dobra w craftingu, czy ułatwić sobie zwiedzanie innych planet i walkę. Owszem, można kupić sobie kolejne postaci za walutę i radzić sobie ze wszystkim samemu, acz gra została tak pomyślana, by łatwiej było osiągać cele z innymi graczami.

Boundless nie jest nowe, przez kilka lat gra była dostępna w Early Access, toteż skakanie po planetach dla nowego gracza jest ekstremalnie proste - wystarczy znaleźć miasto z wybudowanymi portalami (są gildie, które specjalizują się w tej dziedzinie). Idea płynnego przechodzenia między światami tak po prostu sprawiła, że zaświeciły mi się oczy z radości - koniecznie chciałam mieć własny portal, który połączy moją pierwszą bazę na bezpiecznej planecie z miejscem, gdzie mogę farmić rzadsze przedmioty, a może nawet kilka portali do różnych światów. I tu zaczęły się schody.

Bazę założyłam na bezpiecznej planecie - Sochaltin I. Nie wiem, czy był to najlepszy wybór, ale po pierwszej walce z napotkanym mobkiem okazało się, że lepiej niczego nie zaczepiać, póki nie zdobędę paru poziomów i czegoś sensownego do zabijania przeciwników. Zostawiwszy zwierzaki w spokoju, skupiłam się na tworzeniu podstawowych rzeczy - Beacona, stołu rzemieślniczego, półek na zebrane przedmioty, pieca, warsztatu i innych urządzeń. I tu przyszło pierwsze rozczarowanie - tworzenie przedmiotów nie jest natychmiastowe, na niektóre trzeba czekać nawet osiem minut. Za mało, żeby gdzieś iść, za dużo, żeby czekać bezczynnie. Od biedy można ścinać okoliczne drzewa albo zbierać rośliny na jedzenie. Drewna i jadalnych bulw nigdy dość.

Ponieważ crafting wymaga sporej ilości materiałów, odpaliłam serial w tle, po czym zaczęłam ścinać drzewa i ryć w ziemi. Kolejne odcinki serialu leciały, a mnie udało się zebrać dziesięć ton kamieni, tonę miedzi, tonę węgla, mnóstwo pozostałości po technice dawnej cywilizacji, trochę skamieniałości i żałośnie małe ilości żelaza. Żadnych kamieni szlachetnych ani rzadkich metali. Czego się spodziewałam po grze na najłatwiejszej planecie? Z materiałów, które udało mi się wydłubać, stworzyłam kilka potrzebnych rzeczy z mocnym postanowieniem, że któregoś pięknego dnia dobiorę się do tworzenia własnych portali między światami. Wystarczy trochę cierpliwości, a do wszystkiego dojdę sama - obiecałam sobie.

Kiedy zaczęło mi brakować srebra, złota i innych, rzadszych surowców, nadszedł czas, żeby przenieść się z drążeniem tuneli na inną planetę. Po drodze mijałam sklepy innych graczy, gdzie w ciągu paru sekund mogłabym kupić to, czego potrzebowałam - tyle, że jako początkująca, szybko pozbyłabym się funduszy. Generalnie nie przekonuje mnie idea, by każdy gracz miał własny sklep i żeby coś kupić, trzeba łazić w tę i z powrotem, szukając potrzebnych przedmiotów i zgadywać, czy ceny są sensowne (albo zastanawiać się, czy w ciągu miesiąca znajdzie się kupiec i ile właściwie zażyczyć sobie za dany przedmiot). Spodobało mi się jednak to, że przez długi czas od udostępnienia gry w Early Access powstały wielkie centra handlowe, połączone portalami, a wystawiane przedmioty widać z daleka, więc nie jest tak trudno znaleźć coś, co nas interesuje.

Ku mojemu rozczarowaniu kopanie na nowej planecie okazało się dwa razy dłuższe niż na Sochaltinie I. Zbicie kamienia na Sochaltinie I - trzy uderzenia; na Lamblis - sześć. Napotkane surowce wcześniej wymagały sześciu uderzeń, na trudniejszej planecie aż dwanaście. Bez serialu w tle chyba zanudziłabym się na śmierć, zwłaszcza, że w porównaniu z Minecraftem postać anemicznie macha młotem. Drążenie i łażenie po naturalnych jaskiniach po dwóch godzinach nagrodziło mnie trzema (dosłownie) sztukami rudy srebra i paroma sztukami rudy żelaza. Akurat na jedną, nową maszynę. Narzędzia się popsuły, więc trzeba było wracać. Baza hen daleko... Zasuwanie przez wszystkie portale niezbyt mi się uśmiechało, więc wpadłam na pomysł, by wrócić do punktu startowego w Sanktuarium i otworzyć sobie przejście do domu. Okazało się, że z powodu zbyt dużej odległości nie da się nawet otworzyć tymczasowego portalu do punktu, w którym zaczynałam, a za przeskoczenie do innego miejsca musiałabym zapłacić tyle, że pozbyłabym się jednej trzeciej funduszy. Już lepiej było kupić sobie za to coś u innych graczy niż marnować długie godziny na kopanie, w końcu i tak efekty okazały się marne.

Po długich a ciężkich walkach z niechcemisiejstwem wróciłam do centrum portali i dotarłam do swej pierwszej bazy na piechotę. Pozbierane i zbudowane rzeczy nie miały dużej wartości, ale przecież poświęciłam im tyle godzin, że szkoda wszystko po prostu zostawić i zaczynać od zera gdzieś indziej. Miejsca w ekwipunku jest tak mało, że przeniesienie wszystkiego oznaczałoby sporo rund w tę i z powrotem. Zbudowanie własnego portalu, dzięki któremu zadanie to stałoby się proste, okazało się niemożliwe, bo ciągle brakowało surowców, a to oznaczało kolejne wyprawy na bardziej niebezpieczne planety.

Drążenie tuneli nie przynosiło sensownych efektów, więc zaczęłam zwiedzanie powierzchni. Na planetach, gdzie co rusz spadają meteoryty, wystarczy podejść do takowego obiektu i przeżyć atak mobków, by zdobyć nagrody. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale przy pierwszej próbie wystarczyło, że weszłam na drzewo i strzelałam z bezpiecznej odległości, aż zadanie zostało zaliczone, choć jego wykonanie wymagało cierpliwości. Po dwóch wygranych i dwóch przegranych walkach przy meteorycie zdobyłam jedną rudę złota, siedem Oort Stones (kamieni niezbędnych do otworzenia i podtrzymywania funkcjonowania portalu) i parę innych przedmiotów. Jupi! Jeśli kiedyś zdobędę diamenty i trochę więcej rzadkich rud, to będę mogła otworzyć upragniony portal na całe 20 godzin... i wrócić do farmy Oort Stones, żeby podtrzymywać jego działanie. Przestało mi zależeć tak bardzo na własnych portalach. Wysiłek spory, efekty marne, w dodatku gra ukarała mnie za zgony zmniejszeniem ilości zdobywanego doświadczenia, a można przecież skorzystać z gotowców istniejących już gildii i ewentualnie okazać wdzięczność, wspierając je zdobytymi ortiańskimi kamieniami.

Ogromnymi minusami Boundless są dla mnie: powolne kopanie, zbyt długie czekanie na wytworzenie przedmiotów, jak również zbyt duża monotonia przy zwiedzaniu kopalni i drążeniu tuneli, kiedy nie znajdowałam nic sensownego. System walki jest dość toporny, ale znośny, przeciwników jest zaledwie kilka typów i raczej nie ma co nastawiać się na zdobywanie sławy jako łowca póki nie pojawią się bossowie. Gra zapewne podobałoby mi się dużo bardziej, gdyby nie to, że w Minecrafcie i Terrarii spędziłam setki godzin, więc była to dla mnie w znacznej mierze powtórka z rozrywki, tylko w zwolnionym tempie.

Boundless oferuje bardzo leniwą, spokojną zabawę, w której sami wyznaczamy sobie cele - można podróżować po planetach, budować piękne domy, zająć się rzemiosłem i prowadzić sklep. Można mieć własny dom w mieście i dołączyć do społeczności (namiary znajdziemy w grze na tablicach z ogłoszeniami, nie trzeba koniecznie zaczepiać innych graczy i liczyć na to, że odpowiedzą więcej niż zdawkowe "hi") albo trzymać się na uboczu i działać tylko dla siebie. Mimo niemiłosiernie wolnego tempa rozgrywki chce mi się do Boundless wracać, jest to idealna gra, którą mogę sobie zająć ręce, kiedy w tle oglądam serial.

PCBoundless

  • zwiedzanie planet i podziwianie krajobrazów oraz miast i pojedynczych baz innych graczy sprawia sporą przyjemność
  • swoboda budowania, z dodatkową możliwością nadawania blokom kształtów
  • portale łączące inne planety, pozwalające w prosty, płynny sposób przechodzić między światami
  • spokojna, relaksująca rozgrywka bez konieczności dążenia do wyznaczonych celów
  • bardzo powolne kopanie
  • długi czas oczekiwania na wytworzenie różnych przedmiotów
  • zbyt skąpe ilości rzadszych surowców z kopania bądź eventów
  • konieczność regularnego powracania do gry w celu podtrzymywania funkcjonowania baz i portali
  • zaliczanie zadań z samouczka i dziennika wymaga wykonywania ich w odpowiedniej kolejności
  • deja vu z Minecrafta
  • mikropłatności

Zanim coś osiągnę w Boundless, zdążę obejrzeć wszystkie odcinki Mody na Sukces.

Najnowsze
Lubisz nas?