InformacjeRecenzja - konsole

Gamescom 2018: Dying Light: Bad Blood - już graliśmy

... Katarzyna Dąbkowska

Battle royale na świeżo.

Kiedy na rynku pojawiło się PUBG świat zachłysnął się battle royale. Sukces tej produkcji powtórzył (a nawet przebił) Fortnite, więc nic dziwnego, że producenci tłumnie rzucili się do wzbogacania swoich produkcji o nowy, złotodajny element. Nie inaczej postąpił Techland, jednak rodzima firma weszła na znacznie wyższy poziom i tak dopracowała tryb battle royale w Dying Light: Bad Blood, że nie przypomina on popularnych produkcji już dostępnych na rynku. Mieliśmy okazję się o tym przekonać podczas tegorocznych targów gamescom.

Bad Blood jest samodzielnym dodatkiem bazującym na trybie battle royale. Podczas rozgrywki trafiamy, oczywiście, do świata opanowanego przez zombiaki. Jak podczas pokazu wciąż powtarzali twórcy gry, Bad Blood to PvP zmiksowane z PvE. Rozwijając temat – musimy tutaj walczyć nie tylko ze wspomnianymi, „ciałożernymi” monstrami czyhającymi na nas na każdym kroku, ale dodatkowo musimy pokonać w walce innych użytkowników trafiających z nami na planszę. Techland słusznie ograniczył liczbę użytkowników jedynie do 12 ze względu na znacznie bardziej złożoną rozgrywkę niż w przypadku wspomnianego Playerunknown's Battlegrounds czy Fortnite.

Podobnie jak w innych produkcjach battle royale i tutaj trafiamy na wylosowane miejsce na mapie. Jesteśmy „uzbrojeni” jedynie w swoje pięści, a broń do obrony znajdziemy ukrytą w różnych miejscach. Celem jest, oczywiście, przetrwanie jako ostatni osobnik, jednak droga do zwycięstwa jest dużo bardziej zawiła niż w standardowych produkcjach tego typu. Bad Blood zmusza nas do walki z innymi użytkownikami, ale nie tylko. Gracz ma za zadanie wyszukać odpowiednie próbki krwi w rozsianych po planszy ulach.

Wspomniane ule, jak można się domyślić, są usiane różnego rodzaju zombiakami. Pojawiają się nie tylko powolne monstra, ale również potężne potwory z niezwykle ciężką bronią powodującą ogromne obrażenia. Jeśli uda nam się je pokonać, otrzymujemy możliwość pobrania wspomnianej próbki. Takich próbek musimy zebrać kilka, by móc zakończyć nasza misję. Problem w tym, że liczba uli jest ograniczona, a graczy na planszy jest sporo. Jest zatem spore prawdopodobieństwo, że przy takim ulu spotkamy nie tylko próbujących nam się dobrać do skóry zombiaków, ale i innych graczy polujących na cenne próbki krwi.

Zebranie próbki oznacza dla nas kolejny poziom doświadczenia, wzmocnienie poziomu ataku i odzyskanie utraconych podczas walki punktów zdrowia. Trzeba jednak dobrze wyważać swój czas, by móc i szukać odpowiedniej broni, która przyda się podczas walki, i próbek, które musimy dostarczyć do końca misji. Zabijając innego użytkownika możemy jednak przejąć jego loot. Na koniec, wzorem sceny z Predatora, odzywa się w nas głos „Get to da choppa” i staramy się dotrzeć do helikoptera. Trzeba zrobić to jak najszybciej, bo po zebraniu odpowiedniej ilości zepsutej krwi, zostajemy oznaczeni jako cel dla innych użytkowników. Wszyscy zatem starają się nas zabić i przejąć nasze próbki zanim dotrzemy do wspomnianej maszyny.

Techland postanowił jednak nie rezygnować ze znanej z Dying Light mechaniki. Mamy tutaj głównie elementy zaczerpnięte z „podstawki”, w tym znany graczom parkour. Trzeba zatem mieć oczy z tyłu głowy, bo niebezpieczeństwo kryje się nie tylko przed i za nami, ale również gdzieś na dachach budynków.

Dying Light: Bad Blood pojawi się dopiero w 2019 roku. Podczas pokazu dowiedzieliśmy się jednak, że gra trafi do programu wczesnego dostępu na Steamie już niedługo. Start zapowiedziano na wrzesień.

Najnowsze
Lubisz nas?