InformacjeRecenzja - konsole

Odkurzanie kamienia milowego - recenzja Shenmue I & II

... Jakub Zagalski

Dreamcast może iść na zasłużoną emeryturę.

Trzy lata temu Yu Suzuki wyszedł na scenę podczas konferencji Sony na E3 i zapowiedział całemu światu, że Shenmue III stanie się ciałem. Wiadomość oczekiwana od kilkunastu lat wzbudziła zrozumiałą ekscytację, która przełożyła się na błyskawiczne sfinansowanie powstającej gry na Kickstarterze. Gotowej "trójki" wciąż nie widać na horyzoncie, tymczasem Sega wydała zestaw, na który wierna społeczność fanów również czekała od lat.

Shenmue I&II na PlayStation 4, Xboksa One i pecety nie jest modnym w ostatnim czasie remasterem czy remakiem na modłę odświeżonych klasyków Sony (vide Shadow of the Colossus), a raczej portem z Dreamcasta, wykorzystującym do pewnego stopnia technologiczny rozwój ostatnich kilkunastu lat. Przypominam, że dylogia Shenmue ujrzała światło dzienne w latach 1999-2001 i cały ten upływ czasu widać w nowej kolekcji zarówno pod względem oprawy audiowizualnej jak i rozgrywki.

Rodzielczość została podciągnięta do 1080p (posiadanie PlayStation 4 Pro lub Xboksa One X nie robi różnicy), ale niektóre tekstury otoczenia pozostają brzydko rozmazane i niewyraźne. Największą zaletą graficznego liftingu jest antyaliasing (krawędzie są ostre jak nigdy) i usunięcie irytującego drgania niektórych elementów tła. Oczywiście takie szczegóły dostrzegą wyłącznie gracze pamiętający Shenmue z Dreamcasta, ewentualnie jego sequel wydany na Xboksie. Weterani z pewnością ucieszą się na opcjonalne wykorzystanie dwóch dubbingów (japoński i amerykański), poprawiony wygląd menusów czy różne warianty ustawienia obrazu. Puryści mogą pozostać przy "kineskopowym" 4:3, ale pojawiła się też opcja wide screen, wypełniająca ramy współczesnych telewizorów. Jest jedno "ale" - w przerywnikach obraz pozostaje w 4:3.

Nowicjusze nie będą zachwyceni graficznymi walorami Shenmue I&II, ale trudno się temu dziwić. 19 lat temu Shenmue wyglądało FENOMENALNIE (tak, musiałem to powiedzieć głośno) na Dreamcaście. Doskonale pamiętam obrazki z pierwszej zapowiedzi opublikowanej w magazynie konsolowym i byłem przekonany, że lada moment gry osiągną graficzny poziom fotorealizmu. A samo Shenmue będzie nie tyle zjawiskowo wyglądającą przygodówką, co prawdziwym symulatorem życia.

Yu Suzuki robił wszystko, by tak właśnie myślano o przygodach nastoletniego Ryo Hazukiego, który oprócz próby rozwiązania zagadki związanej z morderstwem ojca, musi po prostu żyć w portowym miasteczku Yokosuka w latach 80. ubiegłego wieku. Brzmi ambitnie i przełomowo, i choć Shenmue nie jest stricte symulatorem życia, to nie sposób go też nazwać kolejną przygodówką czy grą typu action adventure w otwartym świecie.

Oczekując sandboksa na współczesną modłę, kojarzącą się z twórczością Rockstara czy Ubisoftu, będziecie srodze zawiedzeni. Według tych standardów otwarty świat w Shenmue jest niewielki i pod wieloma względami ograniczony. Ze świecą szukać interaktywnych pojazdów (nielicząc wyznaczonych stref), zniszczalnych obiektów czy wież widokowych, na które trzeba się wspiąć, by podejrzeć dalszy kawałek mapy. Świat Ryo Hazukiego sprowadza się do kilkunastu ulic na krzyż (Shenmue II jest większe), ale w tym przypadku rozmiar ma drugorzędne znaczenie. Największym wyróżnikiem, a zarazem zaletą świata w ShenmueI&II jest to, że żyje on własnym życiem.

Upływający czas, godziny, dni tygodnia, ma ogromne przełożenie na rozgrywkę, a zmieniające się pory dnia nie są jedynie graficznym urozmaiceniem. Drzwi do sklepu czy restauracji stoją otworem tylko w wyznaczonych godzinach, NPC-e chodzą własnymi ścieżkami i nikt tu nie czeka, aż Ryo łaskawie się zjawi i zacznie wypytywać o zabójcę swego ojca. Nastolatek jest tylko trybikiem w wielkiej machinie życia, zaprojektowanej przez geniusza Yu Suzukiego, który postawił na niesamowicie złożony i dający ogrom możliwości model rozgrywki. 19 lat temu robiło to ogromne wrażenie, ale nawet dzisiaj kilka pomysłów i rozwiązań potrafi zaimponować.

Formalnie Shenmue I&II jest trójwymiarową przygodówką z elementami akcji, w której zbieramy informacje i wykonujemy proste zadania, by dowiedzieć się czegoś nowego i popchnąć fabułę do przodu. Idź z puntku A do osoby B, która skieruje cię do lokacji C to sprawdzony schemat, który powtarza się do znudzenia i nieraz daje w kość. Szczególnie, że w Shenmue nie wszystko jest oczywiste, a wiele pozyskiwanych informacji po prostu wprowadza w błąd. Pół biedy, gdy postać ze scenariusza każe nam szukać np. grupy Chińczyków. Krótkie dochodzenie i już wiadomo, gdzie się kręcą w danym momencie. Ale nieraz jest tak, że podchodzimy do kluczowego NPC-a, który w krótkiej rozmowie nie mówi nam nic istotnego. We współczesnej grze odczytalibyśmy to jako sygnał, że trzeba pogadać z kimś innym albo wykonać jakieś zadanie, które skieruje bohatera na właście tory. Tymczasem "genialnym" pomysłem Yu Suzukiego było to, że do niektórych postaci trzeba zagadać po kilka razy, by w końcu odblokować pożądaną ścieżkę dialogową. Nie ma to żadnego sensu w kontekście scenariusza i jest po prostu dziwacznym, niewygodnym i irytującym rozwiązaniem, na które 19 lat temu bez solucji czy internetowych poradników można było wpaść nawet po kilku godzinach prób i błędów.

Port Shenmue I&II nie wyzbył się takich motywów, więc nowicjusze powinni się nastawić na sporo niestandardowego (patrząc przez pryzmat współczesnych przyzwyczajeń) myślenia. Jak już wspomniałem, nie wszystkie motywy były szczególnie udane, jednak warto przeboleć te archaizmy, by doświadczyć kontaktu z prawdziwie wizjonerskim dziełem, które jest słusznie uważane za kamień milowy w historii rozwoju gier wideo. I wcale nie dlatego (a przynajmniej nie tylko), że rozpowszechniło sekwencje Quick Time Event.

O wpływie gier Yu Suzukiego na naszą ulubioną gałąź rozrywki można pisać całe rozprawy, wiele zresztą zostało już powiedziane na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. I to chyba najlepsza rekomedacja dla niezdecydowanych nowicjuszy, którzy patrzą na obrazki lub zwiastuny Shenmue I&II i nie mogą uwierzyć, że stoi za nimi kawał rewolucyjnej historii. Oczywiście trzeba brać pod uwagę, że nie wszystkie eksperymenty sprzed 19 lat będą zachwycać współczesnych graczy, bo wiele z nich zostało pojawiło się w później w grach mniej lub bardziej zainspirowanych przez Shenmue. Druga sprawa to bardzo stonowane, wręcz ślamazarne tempo rozgrywki i swoboda w podejmowaniu decyzji. Poza śladowymi wskazówkami, co powinniśmy robić dalej, by rozwinąć scenariusz, nie ma tu wielkiej strzałki na górze ekranu, podświetlonych NPC-ów czekających na naszą zaczepkę itp. Chodzimy, zwiedzamy, poznajemy mieszkańców i rozkład ich zajęć, by w odpowiednim czasie zdobyć pożądaną informację. Brzmi niezbyt ciekawie? Być może, ale w tej pozornej nudzie i braku fajerwerków tkwi prawdziwy duch tych gier.

Podchodząc do Shenmue jak do zwykłej przygodówki z elementami bijatyki bardzo łatwo zapomnieć, że to coś znacznie więcej. Może miejscami nieudolnie, może z dzisiejszego punktu widzenia archaicznie, ale Suzuki-san starał się wprowadzić mnóstwo elementów dających pozór życia w japońskim miasteczku. Jako Ryo nie tylko "bawimy się" w detektywa, ale także podejmujemy się różnych prac zarobkowych, trenujemy sztuki walki pod okiem kolejnych nauczycieli, i jak na nastolatka przystało - zbieramy kolekcjonerskie kapsułki, gramy na konsoli lub w salonie gier.

Wierzę, że pierwszy kontakt z Shenmue I&II może być bolesny (tempo rozgrywki, niedzisiejsze sterowanie), jednak przełomowe pomysły zaprezentowane w tych grach przetrwały próbę czasu. Gra się inaczej niż we współczesne produkcje, jednak zdecydowanie warto wrócić do klasyków z Dreamcasta. To kawał historii, którą wypada znać nie tylko z opowiadań posiadaczy nieodżałowanego "Makarona".

Xbox OneShenmue I & II

  • Shenmue I
  • Shenmue II
  • Niechlujne odświeżenie grafiki
  • bugi
  • archaizmy

Pozycja obowiązkowa nie tylko dla koneserów

Najnowsze
Lubisz nas?