InformacjeRecenzja - PC

Burn the heretic. Kill the mutant. Purge the unclean! Recenzja Warhammer 40.000: Inquisitor - Martyr

... Sławek Serafin

Najnowsze ujęcie kiczowatego uniwersum Warhammer 40.000, prosto z ojczyzny gulaszu i tokaju.

Lubicie dźwięki? Znaczy się, nie tak w ogóle, tylko jakieś konkretne takie? Macie jakieś ulubione? Takie, które zawsze chętnie słyszycie? Ja mam. Zawodzenie elektrycznej gitary. Szum morskich fal. Gardłowy ryk wokalisty greckiego zespoły blackmetalowego. Rytmiczne ćwierkanie świerszczy nocą. Mięsisty, ogłuszający huk towarzyszący wybuchowemu pociskowi kinetycznemu, opuszczającemu lufę pobłogosławionego przez Adeptus Mechanicus boltera. Te dźwięki sprawiają mi radość. Zwłaszcza ten ostatni, gdyż jest nie tylko piękny, ale wiem też, że ów pocisk zagłębi się w cielsku jakiegoś nieczystego demona, bluźnierczego heretyka albo jakiejś padliny xeno, które samym swym istnieniem stanowią obrazę dla Imperatora Ludzkości. I świadomość tego, że po uderzeniu ów pocisk eksploduje, rozrywając na strzępy wrogów Boga spoczywającego na Złotym Tronie, daje mi wiele satysfakcji.

Tak, jestem fanem tego kiczowatego, przerysowanego Warhammera 40.000. A powiem wam, że nie jest to łatwe, zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę gry wydane w ostatnich latach, które na tym uniwersum bazują. Głównie dlatego, że nie było żadnych dobrych, takich naprawdę dobrych, chyba od czasu Dawn of War 2. A jeśli już trafi się jakaś znośna, taka, która może i nie zachwyca, ale przynajmniej nie obrzydza, to towarzyszą jej dwie, trzy czy nawet cztery jakieś pokraczne tytuliki, których jakość jest afrontem dla Imperatora. Herezja pleni się obficie, bracia i siostry. Na szczęście, nie w przypadku Warhammer 40.000: Inquisitor – Martyr.

Warhammer 40.000: Inquisitor – Martyr nie jest grą jakoś szczególnie dobrą, to wyjaśnijmy sobie od razu. No nie jest, niestety, i już. Ale należy do tych, w które jednak można grać bez bolesnego skrętu trzewi, zwłaszcza teraz, gdy od premiery pełnej wersji minęło już trochę czasu i twórcom z budapesztańskiego studia Neocore, znanego choćby z The Incredible Adventures of Van Helsing, udało się grę połatać i wzbogacić o sporo ciekawych opcji dodatkowych. Nie jestem pewien, czy tak samo bezboleśnie by przebiegła aplikacja Martyra, gdyby odbiorcą była osoba, która nie uważa, że lepiej zginąć dla Imperatora, niż żyć dla samej siebie, ale… tymi osobami niech się już zajmie Ordo Hereticus.

Warhammer 40.000: Inquisitor – Martyr, podobnie jak poprzednie gry Neocore to w miarę klasyczny action-RPG w stylu Diablo, tyle że, jak to określają sami autorzy, trochę bardziej… hmm, taktyczny. I choć faktycznie, trochę tej taktyki tutaj zaobserwujemy, to najlepiej to ich określenie przetłumaczyć na… trochę wolniejszy. Gra jest dynamiczna, owszem, ale trochę mniej niż inne tego typu. Jednym to będzie pasowało, innym przeszkadzało, ale Ci drudzy to wiadomo, Ordo Hereticus i mamy ich z głowy.

Rzecz dzieje się w sektorze Caligari. My, wierny Inkwizytor (lub Inkwizytorka), znajdujemy tamże w czasie rutynowej misji wrak starożytnego okrętu-klasztoru, tytułowego Męczennika. Szybko okazuje się, że nie widziany od tysiąca lat statek-widmo nie jest wcale aż takim wrakiem i że jesteśmy drugą ekspedycją Inkwizycji, która wylądowała na jego pokładzie. A potem… cóż, potem to już wiadomo. Herezja. Dużo herezji. Wszędzie, bo historia opowiedziana w głównym wątku fabularnym Warhammer 40.000: Inquisitor – Martyr, przyjemnie obszernym, całkiem ciekawym i, oczywiście, bardzo „czterdziestkowym” zmusi nas do podróży przez Immaterium do różnych zakątków sektora. I wszędzie będzie okazja postrzelać z boltera do wrogów Imperium.

Oczywiście, jeśli nie mamy ochoty strzelać, to nie musimy. Gra oferuje nam naprawdę spory wybór, jeśli chodzi o metody gładzenia plugastwa. Na początek wybierzemy sobie, czy chcemy grać gniewnym Krzyżowcem, uduchowionym Psykerem czy też zwinnym Zabójcą, co sprowadza się do znanej ze wszystkich tego typu gier decyzji, czy chcemy grać wojownikiem, magiem czy łotrzykiem. Każda z tych klas postaci ma dedykowane sobie rodzaje pancerzy, oferujących różne dodatkowe zdolności, a także dostęp do praktycznie całego imperialnego arsenału. Broni znajdziemy w Warhammer 40.000: Inquisitor – Martyr całe zatrzęsienie. Jeśli gdzieś, ktoś, kiedyś, jakoś wspomniał o czymś, co w „czterdziestce” wrogów dziurawi, przypala, sieka, miażdży lub rozrywa, to w tej grze będziemy mogli to coś dostać w swoje gorejące fanatycznym gniewem, inkwizytorskie łapki.

Prawie każda z tych zabawek ma przypisane cztery rodzaje ataków, tudzież innych efektów bardzo niemiłych dla heretyckiego ścierwa. A że możemy na każdą z misji zabrać dwie różne bronie, tudzież może i cztery nawet, jeśli są jednoręczne, to zawsze mamy do wyboru przynajmniej osiem sposobów eksterminacji zagrożeń dla Imperium. Plus wyposażenie dodatkowe. Plus aktywna zdolność przypisana do pancerza. Plus różnego rodzaju aury tudzież specjalne zdolności, które sobie wybierzemy. A ich też jest sporo, odblokowywanych w trakcie zdobywania kolejnych poziomów lub też uzyskiwanych wraz z postępami w drzewkach rozwoju. Tychże mamy do wyboru ponad dziesięć i… na początku wydają się takie trochę mało porywające, bo inwestowanie punktów w coś, co daje nam +2% do czegoś tam w nikim przecież szału nie wzbudzi. Gdy jednak wgryziemy się w system, a jest się w co wgryzać, to okaże się, że pomiędzy tymi „nudnymi” premiami i bonusami znajdziemy też w drzewkach rzeczy o wiele bardziej ekscytujące i mające naprawdę niemały wpływ na rozgrywkę. Można się pobawić, można pokombinować, można podjąć decyzje i kształtować swój własny styl zabawy… i to nie raz, bo specjalne znajdźki, które pozwalają rozdać punkty od nowa, są dość powszechnie spotykane pośród łupów, które przytargamy ze sobą z misji.

A samych misji mamy tutaj… no, od groma mamy. Jest główna kampania. Są specjalne scenariusze poboczne z własnymi fabułami, generowane na życzenie. Są misje losowe, rozrzucone po wszystkich planetach sektora, których możemy się podejmować w dowolnym momencie. Są też zadania, które sami sobie „projektujemy” za pomocą wróżb tarota. No i bitwy kooperacyjne. Oraz tryb PvP, a jakże. Z tymi dwoma ostatnimi nie jest jakoś szczególnie różowo, i to nie dlatego, że to uniwersum jest dość ponure. Ciężko jest znaleźć chętnych do gry sieciowej, to raz, a dwa, serwery nie należą do najbardziej stabilnych również, niestety. Bezpieczniej będzie założyć sobie, że Warhammer 40.000: Inquisitor – Martyr to jednak głównie gra solowa, która oferuje samotnemu pogromcy wrogów ludzkości naprawdę zatrzęsienie zawartości.

Problem w tym, że o ile z ilością jest tutaj jak najbardziej w porządku, to trochę gorzej jest z jakością. I to nie tą audio-wizualną, bo do niej akurat zastrzeżeń wielu mieć nie można. Te wspomniane na początku boltery brzmią znakomicie, reszta odgłosów też jest bardzo w porządku, muzyka jest odpowiednio chóralno-pompatyczna a bohaterowie mają wiele oddania dla Imperatora w głosach. Gra też bardzo solidnie wygląda, zwłaszcza w aspekcie dekoracji wnętrz, choć i efekty przeróżne stoją na poziomie. Nie, do jakości wykonania tych elementów Warhammer 40.000: Inquisitor – Martyr nie ma się jak przyczepić. Gorzej jest z różnorodnością.

W grze jest naprawdę dużo wszystkiego. Ale jest to właśnie mało różnorodne. Misje… cóż, miewają różne cele i tak dalej, ale każda jest rozgrywana w zasadzie w ten sam sposób i w jednostajnym tempie. Wrogowie? To samo. Naprawdę chylę czoła przed twórcami, że udało im się aż tak zróżnicować Chaos i z tych wszystkich zdradzieckich marines, herektyków, mutantów, buntowników i demonów wycisnąć tyle rodzajów przeciwników, ale… to nadal tylko Chaos. Ciągle ta sama frakcja. Są na szczęście zapowiedzi autorów, że w Warhammer 40.000: Inquisitor – Martyr mają się pojawić Necroni czy tam jacyś inni Dark Eldarzy, ale na razie wszystko, co jest w ofercie to szaro-bura masa chaosiaków. Na dłuższą metę koszenie ich robi się nudne… ale nie mówcie nikomu z Inkwizycji, że to powiedziałem, dobrze? To będzie nasza tajemnica.

Warhammer 40.000: Inquisitor – Martyr ma właśnie ten problem, że jest taki trochę… płaski. Jeden moment zabawy jest zbyt podobny do poprzedniego i następnego. Wrogowie, misje, sprzęt zlewają nam się ze sobą, niestety. Węgierski gulasz jest pyszny, nie ma dwóch zdań. Ale nie da się go jeść codziennie, nie? No właśnie. A tutaj nie ma wyboru. I pocieszam się tylko myślą, że wyboru nie ma teraz, ale może w przyszłości będzie. Naprawdę widać, że Neocore bardzo się stara dopieścić swoje miłe wiecznemu sercu Imperatora dziecię. Pozbywają się błędów, dodają nowe opcje, wzbogacają grę z każdą kolejną łatką. I ogólnie jest w niej naprawdę sporo rzeczy, które można lubić, takich jak na przykład fajnie rozbudowany crafting czy wspomniane już wcześniej bogactwo sprzętu, opcji rozwoju postaci czy też dostęp do w zasadzie dowolnej ilości misji bardzo podobnych, ale jednak nie identycznych misji.

Warhammer 40.000: Inquisitor – Martyr to nie jest zła gra, na szczęście. Wyśmienita też nie, niestety. Staje się coraz lepsza z czasem, to trzeba jej zaliczyć na plus, ale w tym momencie jest po prostu… odpowiednia. To znaczy, odpowiednia dla nas, wiernych sług Imperium. Mało prawdopodobne, by porwała graczy, którzy nie siedzą w „czterdziestkowych” klimatach, bo dużo z jej uroku kryje się właśnie w nich. Jeśli komuś wystarczy to, że jest odpowiednio, to proszę bardzo się nie krępować. Herezja się sama ogniem słusznego gniewu nie wypleni, nie? No właśnie.

PCWarhammer 40,000: Inquisitor - Martyr

  • solidny klimat "czterdziestki"
  • ciekawa kampania
  • od groma misji
  • przebogaty arsenał
  • fajny crafting
  • niezły rozwój postaci
  • solidne udźwiękowienie
  • dobra oprawa wizualna
  • wsparcie popremierowe
  • mała różnorodność misji
  • płaskie tempo rozgrywki
  • pomijalne tryby sieciowe
  • tylko i wyłącznie Chaos, jak na razie
  • raczej tylko dla fanów uniwersum

Wszyscy się spodziewali Imperialnej Inkwizycji

Najnowsze
Lubisz nas?