InformacjeFelieton

Trafienie Krytyczne #67. BioWare i siła nieczysta

... Sławek Serafin

Będzie następny Dragon Age, będzie Mass Effect. Dlaczego nas to cieszy?

Jasne, nie wszystkich nas cieszy. Jest bardzo wiele osób, które słysząc jakiś czas temu wieści na temat tego, że Casey Hudson z BioWare przyznał, że studio nie zapomniało o swoich flagowych seriach i że ma zamiar do nich wrócić po tym, jak skończy Anthem, mocno kręciło nosem. Całkiem słusznie zresztą, bo nie da się ukryć, że firma mocno sobie zszargała opinię ostatnimi częściami obu cyklów. To już nie jest to BioWare, które było synonimem wysokiej jakości, które każdą zapowiedzią swojej gry wzbudzało ekscytację fanów i mediów. Wystarczyły dwie gry, które były… zwyczajne, i już łaska ludu odjechała na pstrokatym koniu. I całkiem możliwe, że odjedzie jeszcze dalej i bardziej żwawo, bo nie wiem jak wy, ale ja całkowicie ozięble podchodzę do Anthem.

Wracając jednak do tego cieszenia się kolejnymi Dragon Age i Mass Effect. Cieszymy się, nie? To znaczy, w sumie nie wiem jak wy, bo może nie. Tylko swoich reakcji mogę być pewien. A takie właśnie były, gdy przeczytałem, że kontynuacje obie serii są planowane. Pierwsza myśl była taka, że to fajnie. Druga, zaraz za tą pierwszą, całkiem inna, sceptyczna i krytyczna. Ale… cholera, pierwsza była właśnie pierwsza, nie? Racjonalne rozumowanie powinno sprawić, że to ta druga powinna być pierwsza. I jedyna. A tu proszę bardzo. I zacząłem się zastanawiać, dlaczego właśnie tak jest. Skąd to cieszenie, wbrew faktom.

I tutaj z pomocą przychodzi nieoceniony inżynier Mamoń z Rejsu. To on pięknie ujął tę zasadę – Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No... To... Poprzez... No, reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę. Gdy oglądamy film, to się z tych słów śmiejemy, uznając je za nonsensowny żart, których w tym arcydziele polskiego kina jest całe mnóstwo. Tylko, i to jest dopiero naprawdę śmieszne, to jest najprawdziwsza prawda. No, nie taka stuprocentowa, bo może nam się podobać piosenka, którą pierwszy raz słyszymy, ale to nie jest wcale wyjątek od reguły, tylko jeszcze bardziej dobitne jej potwierdzenie. Jak to? Otóż…

Czysta ekspozycja. Znacie taki termin? Ja już teraz znam. Odnosi się to takiej ciekawej właściwości naszego mózgu, która sprawia, że im więcej mamy z czymś do czynienia tym… bardziej nam się to podoba. Homosapiensowy mózg uwielbia powtórzenia. Kocha miłością bezwarunkową rzeczy, które zna. To akurat, jak się tak zastanowić, wcale nie jest jakieś dziwne, nie? Ten mózg odziedziczyliśmy po przodkach, w tym także tych zwierzęcych. A dla nich różnica między znajomym a nieznanym mogła być różnicą między życiem a śmiercią. To, co znane, jest bezpieczne. Nawet jeśli jest niebezpieczne. Bo wiemy, że takie jest. Możemy ominąć, uniknąć, trzymać się z dala. Wiemy, co robić. Obcując z tym czymś jesteśmy w sytuacji, w której brak niepewności. I zagrożenia, takiego prawdziwego. Lepszy diabeł znany, niż nieznany – nawet przysłowia ludowe dostrzegają tę prawidłowość w działaniu naszego mózgu, który chce powtórzeń i nie chce ryzyka związanego z zetknięciem się z czymś nowym.

I to jest właśnie ta siła, ta czysta ekspozycja, która wpływa na… cóż, praktycznie każdą dziedzinę naszego życia. O czym doskonale wiedzą specjaliści od marketingu na przykład, których uczą tego na studiach. Oglądacie czasem telewizję? Ja tak, jak jestem u mamy na obiedzie. Reklamy mnie mierżą, za bardzo się przyzwyczaiłem do Netflixa i tym podobnych, żeby móc je zdzierżyć. Są okropne. Ale działają. Nawet, jak nas mdli na ich widok. Bo reklama nie jest po to, żeby nas samą sobą zachęcić do nabycia produktu. To znaczy, wiadomo, jeśli jej się uda, to super. Ale głównym jej celem są właśnie te powtórzenia. Wdrukowanie nam czegoś w głowę, jakieś marki, jakiegoś produktu, żebyśmy później, stojąc a przykład przed regałem w markecie na dziale drogeryjnym, kupili właśnie ten, a nie inny. Bo ten jest nam znany. Nie lepszy czy gorszy, nie w ten sposób zachodzi proces decyzyjny. Znany lub nieznany. Interesujące, prawda?

Ale co z tym niby wyjątkiem od reguły, który okazuje się być jej potwierdzeniem, czyli mamoniową piosenką, której się nie zna, ale się ją lubi od początku? Cóż, to też jest czysta ekspozycja, tylko działająca poziom niżej. Jasne, nie znamy tej konkretnej piosenki. Ale na przykład ma często powtarzający się refren. Czyli sama z siebie daje nam się poznać jak najbardziej tylko może. Już dawno temu sprawdzono naukowo, że kawałki z większą ilością refrenów są bardziej lubiane od tych, w których ten powtarzający się element muzyczny jest rzadszy. I przy okazji okazało się również, że muzyka też jest… taka sama. Pojawia się jakiś styl, jakoś przebija się do głównego nurtu i nagle okazuje się, że wszyscy zaczynają grać i śpiewać podobnie. Naśladują się, świadomie czy też nie, ulegając naszym kochającym powtórzenia mózgom. To dlatego gdy się na przykład wejdzie na YouTube i posłucha jakichś aktualnych przebojów, wszystkie brzmią… tak samo. O, jasne, są między nimi pewne różnice, oczywiście. Ale jak się zestawi z nimi coś starszego na przykład, coś, co kiedyś było na szczycie popularności, to widać doskonale, jakie te różnice między obecnymi przebojami są minimalne. I nie bez powodu. Czysta ekspozycja w działaniu, proszę państwa.

I tu wracamy już do tej zagadki cieszenia się na myśl o nowym Dragon Age i Mass Effect. Która już chyba przestała być zagadką, nie? Nie ważne, czy nam się poprzednie części podobały, czy nie. Są nam znane. I to naszemu mózgowi wystarczy, by w pierwszym momencie, tym jeszcze bezmyślnym, bezkrytycznym, kiedy nie następuje żadna obróbka, przyjąć je z otwartymi ramionami. Jasne, potem możemy sobie sami tłumaczyć, ze BioWare się skończyło i tak dalej, ale to pomaga tylko trochę, bo oprócz tego, że te nasze śmieszne, zwierzakowe mózgi uwielbiają powtórzenia, to mają też jeszcze jedną interesującą właściwość. Nigdy nie przestają wierzyć w to, czego doświadczą po raz pierwszy. Można im udowodnić niezbicie, że to bzdura, nieprawda i tak dalej, ale nawet wtedy, gdy już niby całkowicie zmienią zdanie, zawsze pozostanie jakieś ziarno niepewności, czy aby to, czego dowiedziały się na początku, nie jest jednak prawdą. Dlatego właśnie w postępowaniach kryminalnych przed sądem nie podaje się nazwiska oskarżonego i nie upublicznia jego wizerunku. Bo bez różnicy jaki byłby wyrok, ten człowiek już na zawsze byłby napiętnowany. Mógłby zostać uniewinniony ponad wszelką wątpliwość i tak dalej, ale cały czas byłby dla nas tą osobą, która została o coś oskarżona. I, która, kurcze, może rzeczywiście to zrobiła. Ten nasz mózg, nie? Co on, to ja nie wiem… To znaczy, trochę wiem…

I to wcale nie pomaga. To jest właśnie najpiękniejsze, tudzież najstraszniejsze, w tym wszystkim. Wiem już, dlaczego ucieszyłem się z tej zapowiedzi BioWare. Była to radość bezpodstawna zupełnie, nieracjonalna a nawet wręcz przeciwnie, bo jest więcej argumentów za tym, że te gry okażą się przeciętne lub kiepskie, niż takich, które każą wyczekiwać ich z nadzieją. I co? I nic, cholera jasna. Dalej się cieszę. Mimo tej wiedzy, że nie powinienem. Bo taka była moja pierwsza myśl. Ta kluczowa. A ona pojawiła się w głowie przez czystą ekspozycję. A im bliżej premiery tychże, tym więcej będzie screenów, zwiastunów i… tak, jeszcze więcej tej tfu, tfu, na psa urok, siły nieczystej.

Najnowsze
Lubisz nas?