Felieton

Trafienie Krytyczne #66. A może nie kontynuujmy?

Sławek Serafin, 29 lipca 2018 18:00 1

Po małej wakacyjnej przerwie wracamy do rozważania spraw nieistotnych i błahych

Czy i kiedy dobrze jest kontynuować? Czy ciąg dalszy jest mile widziany czy niekoniecznie? Tak się zacząłem właśnie zastanawiać po tym, jak ktoś skomentował moją recenzję The Banner Saga 3, zwracając uwagę, że fakt, że jest to trzecia część opowieści i wymagana jest znajomość poprzednich odsłon, wcale nie jest wadą. A ja to umieściłem po stronie minusów w podsumowaniu gry. I zaczęło mnie to gryźć, czy rzeczywiście słusznie to zrobiłem, bo może jednak tylko mi się wydawało, że to jest wada gry. Pomożecie rozpracować problem?

Kontynuacje i ciągłość między kolejnymi częściami czegokolwiek osobiście bardzo lubię. Wręcz nawet ich wymagam, na przykład w serialach. Bardzo trudno jest mi oglądać taki, w którym w każdym odcinku jest zupełnie coś innego i tylko bohaterowie pozostają Ci sami. Potrzebuję właśnie jakiejś ciągłości, jakichś wątków nadrzędnych, które się przewijają przez kolejne odcinki. Jakiegoś rozwoju ogólnej fabuły, czegoś, co sprawia, że bohaterowie przechodzą jakieś przemiany i co te zmiany uzasadnia, tłumaczy. W innym wypadku szybko tracę zainteresowanie, przynajmniej jeśli chodzi o produkcje fabularne, bo wiadomo, że w przypadku seriali komediowych i kreskówek jest inaczej i nie przeszkadza mi wcale, że Rick i Morty mają za każdym razem inne przygody, które nie nawiązują wcale do poprzednich. Choć akurat w tym przypadku jest tak właśnie, że twórcy czasem odwołują się do tego, co już było i ogólnie w tle mamy jakąś większą opowieść, która się rozwija powoli. Mniejsza o to jednak. Lubię kontynuacje.

Chyba wszyscy lubimy, nie? Gdybyśmy nie lubili, to wiele znanych i uwielbianych seriali nie cieszyłoby się taką popularnością, prawda? Więc problemem The Banner Saga 3, i pewnie też innych gier, których tytuły w tym momencie nie przychodzą mi do głowy, jest coś innego. Nie to, że bezpośrednio następują fabularnie po swoich poprzedniczkach, że się mocno odwołują i tak dalej. A co? Cóż, myślę, że czas. I rozmiar. Czytaliście może Pieśń Lodu i Ognia? Wiecie, ten książkowy pierwowzór telewizyjnej Gry o Tron? Ja czytałem. Z naciskiem na czas przeszły. Pierwsze trzy tomy pochłonąłem po prostu, bo trafiłem na tę serię właśnie tak w okolicach premiery tego trzeciego. I potem czekałem na następne, totalnie wkręcony w opowieść, jak dziecko czeka na prezent pod choinką… czy na co tam dzieci w dzisiejszych czasach czekają. Do tego stopnia się wciągnąłem, że przed każdą następną książką czytałem wszystkie poprzednie, żeby wszystko sobie przypomnieć. No trzeba było, bo tam jednak jest mnóstwo postaci, nazw i wydarzeń. Nie da rady tego wszystkiego spamiętać. Zwłaszcza, jeśli między kolejnymi wydaniami mijają całe lata. I właśnie te lata mnie pokonały chyba. Owszem, poziom poleciał mocno w dół. I Martin zaczął bezsensownie mnożyć i komplikować wątki. Ale zniósłbym to, gdyby właśnie nie fakt, że między premierami mijało tyle czasu, że musiałem właśnie czytać poprzednie części, żeby móc ogarnąć co, jak i dlaczego się dzieje w tych nowych.

Podobnie jest z The Banner Saga 3. A przynajmniej ja tak mam. W „trójce” czułem się cokolwiek zagubiony, bo po prostu nie pamiętałem już za dobrze, co się działo poprzednio. Dwa lata minęły od premiery części drugiej i naprawdę miałem problemy z przypomnieniem sobie, co się tam działo. Jakieś ogólne zarysy kojarzyłem, ale żeby szczegóły? No za cholerę nie. Może jakoś mgliście, ale tylko tak. A z pierwszej gry to już w ogóle, może ze dwa czy trzy fakty tylko. Trochę wywnioskowałem z tego, co się dzieje w trzeciej grze, coś mi tam zaświtało odnośnie bohaterów i wydarzeń, ale cały czas czułem, że jestem uboższy o tę wiedzę potrzebną mi do pełnego docenienia tej przecież naprawdę bardzo fajnej historii. Kilka razy mi przeszło przez myśl, że dobrze by było zagrać w to wszystko pod rząd, w takiej ciągłości właśnie. Tylko… no, nie chciało mi się. Za dużo czasu by to zajęło. I to jest dobra gra, ale nie aż taka dobra. Zwłaszcza jeśli sobie człowiek pomyśli, że musi jeszcze raz te wszystkie walki rozgrywać. Ledwo się nie zanudziłem za pierwszym. Teraz bym się poddał na pewno.

Jasne, rzeczy oczywiste mówię, nie? Przecież każdy wie, że jeśli między wydaniami kolejnych części mija zbyt wiele czasu, to lepiej, żeby nie były połączone bezpośrednio fabularnie. Niech nawiązują, niech się odwołują, ale tak, żeby nie trzeba było się przygotowywać specjalnie do oglądania, czytania czy grania. Coś jak na przykład Avengers. Ta seria filmów, i ogólnie całe uniwersum Marvela, jest jedną wielką opowieścią, prawda? Każdy kolejny obraz nawiązuje do poprzednich, choć przecież wchodzą do kin co kilka lat, nie? I jakoś to działa. Ale to dlatego, że scenarzyści zatrudnieni przez Disney’a to są najlepsi fachowcy w branży i mają cały sztab ludzi, którzy im pomagają w ustaleniu tego, co będzie przez fanów pamiętane, a co nie. Dlatego też mamy mnóstwo odwołań do poprzednich wydarzeń… i wiemy do których. Wiemy, nie? Czy tylko ja tak mam? Założę na potrzeby tego felietonu, że macie tak samo jak ja. Więc wiemy. Twórcy zaś wiedzą, do czego mogą wrócić bez ryzyka, że widz się zacznie zastanawiać, że zacznie sobie przypominać, w pamięci grzebać, próbując dojść do tego, o co chodzi. Nie to ma robić przecież, nie? Ma siedzieć w kinie, najlepiej z rozdziawioną z zachwytu buzią i chłonąć to, co dzieje się na ekranie. A nie myśleć, czy coś. To nie ten rodzaj filmu.

No dobrze, ale tutaj też nie odkryłem nic wielkiego, nie? Najwyżej Amerykę w konserwach, jak to się dawniej mawiało, gdy nie było jeszcze Kapitana Oczywistego. Nad czym więc się tak kurcze zastanawiam, skoro to są wszystko sprawy jasne jak słońce i każdy wie, że im więcej czasu mija między kolejnymi częściami, i im bogatsze są one w zawartość, wydarzenia i bohaterów, tym mniejszy sens ma bezpośrednia kontynuacja? Cóż, chodzi mi nie o to, żeby zidentyfikować problem, tylko… spróbować go rozwiązać. W sensie, poszukać odpowiedni nie na pytanie, o to, dlaczego tak się dzieje, tylko co by trzeba było zrobić, żeby się nie działo. Ile czasu powinno upłynąć między tymi kolejnymi częściami The Banner Saga? Ile, żebyśmy wszystko pamiętali? Miesiąc, jak w przypadku tych epizodycznych przygodówek od Telltale na przykład? Może i miesiąc… Ale czy zdążymy przejść każdą z tych gier w miesiąc, przed premierą następnej? Na pewno nie wszyscy z nas, bo przecież ludzie miewają mało czasu na granie. I inne gry też mają, nie? No właśnie. Czyli więcej niż miesiąc. Także dlatego, że w tym przypadku mamy do czynienia z grą charakterystyczną. Bardzo charakterystyczną. A obcowanie z czymś takim jest męczące na dłuższą metę. Właśnie dlatego wiem, że nigdy nie dam rady tych trzech pozycji przejść za jednym zamachem. Za dużo tego samego. Zanudzę się. Potrzebny jest większy odstęp czasu, żeby odpocząć i znów być gotowym.

Ale, psia mać, jaki? Te dwa lata to za dużo, nie? Mieliśmy już ochotę zagrać w następną The Banner Saga, ale po drodze zapomnieliśmy co było w poprzednich. Węzeł, kurcze, gordyjski, nie? I Aleksandra z mieczem jakoś nie widać. Zresztą cięcie węzłów to bardzo prymitywna metoda ich rozwiązywania. Mało elegancka. Ale jasne jest, że twórcy ze Stoic Studio też nie mają recepty, bo przecież wstrzelenie się w idealny odstęp czasu, taki, który pozwoli i odpocząć, i wszystko pamiętać, im nie wyszło. Jakikolwiek by nie był. Przecież nie dojdziemy tutaj do tego, jaki być powinien. Nie w felietonie. Do tego są potrzebne poważne badania, praca na danych i wysoki poziom ekspertyzy badaczy też. Czyli mi się nie nadajemy.

Po co więc to wszystko powyższe napisałem? Kurcze, chyba po to, żeby teraz, na koniec, powiedzieć, że szkoda. Szkoda, że nie ma tej recepty. Że nie ma ładnie wyliczonego, w tabelkach i na wykresach przedstawionego, kiedy jest ten moment, ten złoty środek. A dlatego szkoda, bo… cóż, znów nie wiem jak wy, ale ja osobiście bym chciał, żeby więcej gier było takich jak The Banner Saga. Żeby opowiadało długie, fajne historie, które są jedną całością na części podzieloną. Żeby ta ciągłość, żeby ta bezpośrednia kontynuacja, występowała częściej. Żeby gry były bardziej… serialowe takie. Albo książkowe. Tylko czy to jest możliwe? Nawet seriale mają te swoje roczne, lub dłuższe, przerwy między sezonami, nie? I nowy sezon już nie zawsze jest bezpośrednią kontynuacją, częściej tylko takim mocnym nawiązaniem, a motyw przewodni sezonu jest już jakiś inny, nowy. Między innymi właśnie dlatego, że możemy nie pamiętać wszystkiego, co się działo rok wcześniej i trzeba jakoś „usamodzielnić” każdy sezon, żeby był w pewnym sensie autonomiczny i mógł istnieć w pewnym oderwaniu, niezbyt dalekim, od reszty. Tak jest najczęściej. Ale też nie zawsze, bo, cóż, choćby ta Gra o Tron wspomniana. Jedna wielka całość, nie? Jedna duża opowieść. I jakoś to działa. Czy nie byłoby fajnie, gdyby więcej gier w ten sposób, i na takim poziomie, snuło swoje historie? Byłoby. Nawet bardzo fajnie by było. Dlatego właśnie będę czekał, z nadzieją, aż ktoś, jakoś, gdzieś, znajdzie przepis na ten złoty środek. Żeby można było jednak kontynuować.

Kodowanie popkultury: ten nasz wspólny Wiedźmin
Wspomnienie po Telltale Games
Kodowanie popkultury: jakie fajne atomowe grzyby
Trafienie Krytyczne #70. Wilk biały, ale Jaskółka czarna?
najnowsze