InformacjeRecenzja - konsole

Spin-off prawie doskonały - recenzja Captain Toad: Treasure Tracker [Nintendo Switch]

... Jakub Zagalski

Grzyb wcale nie potrzebuje hydraulika.

Po pierwszej prezentacji na E3 w 2014 r. Captain Toad: Treasure Tracker w oryginalnej wersji na Wii U został błyskawicznie okrzyknięty najlepszym spin-offem Nintendo od lat. Co w nim takiego wyjątkowego? Chyba to, że nie próbował na siłę imitować przygód Mario, zastępując wąsacza nieodłącznym Toadem i Toadette. Pani grzybowa, choć niewymieniona w tytule, odgrywa tutaj nie mniej kluczową rolę niż jej męski odpowiednik.

Mamy więc nowy zestaw bohaterów, którzy mają bardzo proste zadanie dotarcia do gwiazdki znajdującej się gdzieś na niewielkiej planszy. Zazwyczaj widać ją od razu po załadowaniu poziomu, jednak projekty otoczenia wymagają od nas odrobiny kombinowania, szukania tajnych przejść, wciskania przełączników itp. Szukanie drogi do celu przypomina rozwiązywanie zagadki, a nie typową platformówkę, którą Captain Toad: Treasure Tracker może się wydawać.

Choć realia, bohaterowie, przeciwnicy i power upy są żywcem wyciągnięte z gier o Mario, to nie będziemy tu skakać po platformach. Toad tego nie potrafi. Jego umiejętności ograniczają się do chodzenia, pływania, wspinania się po drabinie, wyciągania roślinek kryjących rzepy, którymi można rzucać, monety lub bonusowe kryształy. Są grzyby, które powiększają Toada i dają dodatkową szansę w kontakcie z wrogiem, bo normalnie jedno dotknięcie i tracimy życie. Czasem w jego ręce trafia młotek, który działa trochę na zasadzie "gwiazdki nieśmiertelności" – przez kilka sekund można nim rozwalać skalne ściany blokujące dostęp do sekretów, i oczywiście usuwać wrogów.

Każda plansza to oddzielna zagadka z kilkoma dodatkowymi wyzwaniami. Oprócz podstawowej gwiazdki można odszukać trzy kryształy, złotego grzyba, zebrać określoną liczbę monet, pokonać wszystkich wrogów itd. Każde takie osiągnięcie jest odnotowywane w księdze z poziomami, choć nawet po osiągnięciu wszystkich celów zabawa z daną planszą nie dobiega końca. Twórcy systematycznie zachęcają do powtarzania zaliczonych wcześniej etapów, gdzie wymyślają nowe zabawy. Na przykład grę w chowanego z pikselowym grzybem. Bardzo fajnie im to wychodzi i skuteczine wydłuża rozgrywkę.

Standardowe poziomy są krótkie, można je zaliczyć w kilka, maksymalnie dziesięć minut. Nie jest to jednak żadną wadą, ale przyjętą konwencją. Trochę jak planety w Super Mario Galaxy, każda plansza w Captain Toad: Treasure Tracker to wyjątkowy ekosystem z własnym motywem przewodnim i pomysłami na zagadki. Nie jest tak, że przez dziesięć kolejnych poziomów tkwimy w lodowej krainie, by w następnych dziesięciu przenieść się na Dziki Zachód. Różnorodność i pomysłowość to ogromna zaleta Captain Toad: Treasure Tracker. Trzeba dodać, że wersja na Switcha (oryginał wyszedł na Wii U, jest też edycja na 3DS-a) posiada kilka bonusowych poziomów nawiązujących tematyką do Super Mario Odyssey.

Choć to konwersja z Wii U, w kwestiach technicznych zupełnie nie czuć czterech lat na karku. Gra jest bardzo dopracowana i niesamowicie przyjemna dla oka. Widomo, że przeciwnicy cukierkowej estetyki Nintendo spluną z pogardą, jednak cała reszta będzie zachwycona. Szczególnie na zbliżeniach miniaturowe światy prezentują się wybornie.

Jeżeli o zbliżeniach mowa, to trzeba wspomnieć o pracy kamery, która jest w pełni zależna od gracza. Co momentami prowadzi do frustracji. Zmiana widoku i trzystopniowy zoom odbywa się za pomocą przycisków i gałek. I jest równie istotne jak samo kierowanie Toadem. Bez przekręcania kamery i zaglądania w każdy zakamarek nie da się bowiem dojść do celu i poodkrywać wszystkich bonusów. O ile gramy na Pro Controllerze lub samotnie na dwóch Joy-Conach, nie ma w tej materii większych trudności. Problem pojawia się jednak, gdy gramy w trybie kooperacji, który zadebiutował na Switchu.

W tym wariancie pierwszy gracz steruje Grzybem, wykonuje wszystkie podstawowe akcje i może przekręcać kamerę w lewo i prawo. Drugi gracz jest pomocnikiem strzelającym do wrogów monet rzodkiewkami (?), skutecznie ułatwiając przechodzenie kolejnych etapów. Do jego obowiązków należy ponadto sterowanie kamerą we wszystkich płaszczyznach i kręcenie platformami. Pół biedy, gdy gramy z kumatym towarzyszem, który wie, kiedy i jak ustawić kamerę. W praktyce trudno jednak o takie zgranie, szczególnie gdy Joy-Con dzierży kilkulatek czerpiący przyjemność ze strzelania rzodkiewami. Piszę to z autopsji: mój synek świetnie się bawił pomagając mi oczyszczać plansze z wrogów, jednak gdy trzeba było coś przekręcić lub gdzieś zajrzeć, musiałem na chwilę zabierać mu Joy-Cona. Szczególnie w etapach z bossami nie wyobrażam sobie wygodnego grania w kooperacji, gdzie dobre ustawienie kamery jest bardzo kluczowe.

Sam tryb kooperacji uważam jednak za świetny dodatek, który w ciekawy sposób angażuje niedoświadczonych graczy. Bo przez większość czasu muszą tylko machać Joy-Conem i wciskać strzał rzodkiewą.

Captain Toad: Treasure Tracker na Switcha to kolejna perełka ze stajni Nintendo, co nie powinno być dużym zaskoczeniem dla znawców oryginalnej wersji. Kilka dodatkowych poziomów i tryb kooperacji to miłe dodatki, ale nawet bez nich warto byłoby zainwestować w przygody Toada i Toadette. Gra jest świetnie pomyślana i świetnie wykonana – może poza muzyką, której zupełnie nie pamiętam. Ręczne ustawianie kamery może sprawić trudność młodszym graczom, na szczęście w większości poziomów tempo rozgrywki jest na tyle spokojne, że nie trzeba się z tym spieszyć.

Captain Toad: Treasure Tracker (Switch)

  • Pomysłowe zagadki
  • różnorodność
  • prześliczna oprawa graficzna
  • humor
  • kooperacja
  • nowe poziomy
  • mnóstwo zadań do zaliczenia
  • Sterowanie kamerą w kooperacji

Grzyby bez hydraulika nie mają kompleksów

Najnowsze
Lubisz nas?