InformacjeRecenzja - konsole

Mały wielki kolos - recenzja Wolfenstein II: The New Colossus [Nintendo Switch]

... Jakub Zagalski

Znakomita gra, rozmyte tekstury, sprytne rozwiązania graficzne. B.J. Blazkowicz zaliczył udaną przeprowadzkę na hybrydę Nintendo.

Kilka miesięcy temu Piotr Nowacki w recenzji Wolfenstein II: The New Colossus wystawił grze maksymalną notę, tłumacząc, że "jest to tytuł wyjątkowy, która swoją idiosynkratyczną mieszanką skrajnie poważnej tematyki z szalonym humorem wyróżnia się nie tylko na tle innych gier, ale też wszystkich innych gałęzi kultury popularnej. O nowym Wolfensteinie najprawdopodobniej będzie się mówić przez najbliższe lata, i dlatego zasługuje na maksymalną notę" (cała recenzja tutaj).

Mając w pamięci zachwyty redakcyjnego kolegi i nie grając wcześniej w tę kontynuację, byłem bardzo ciekawy, czy wersja na Switcha dostarczy mi równie dobrą rozrywkę. Po Doomie wiedziałem, że port z mocnej konsoli na hybrydę Nintendo nie musi owocować okrojoną i brzydką wersją oryginału. Wręcz przeciwnie – strzelanka id Software sprawdza się doskonale w trybie przenośnym, choć oczywiście aby to docenić, trzeba się pogodzić z pewnymi ustępstwami.

Casus Wolfenstein II: The New Colossus na Switcha jest bardzo podobny do tego, co czułem grając w Dooma na tej konsoli. To w dalszym ciągu znakomita gra, którą można zabrać na wynos, licząc się przy tym z pewnymi ograniczeniami graficznymi. Nie uświadczymy tu ostrych jak brzytwa tekstur w 1080p, bogatych w detale i świetnie oświetlonych. Nie będę owijał w bawełnę – grafika w Wolfenstein II: The New Colossus jest momentami koszmarnie rozmyta, mdła i niewyraźna. Rozdzielczość w zależności od elementu przedstawianego świata może sięgać 720p, ale bardzo często jest poniżej tego poziomu. Pół biedy, kiedy wpatrujemy się w oddalone detale, ale już widok broni czy rąk bohatera nie należy do najprzyjemniejszych. Zresztą rzućcie okiem na screeny zrobione na początku gry – oglądając scenkę z dekapitacją nie mogłem uwierzyć, że postacie są tak rozmyte i czekałem, aż się "wczytają". Niestety nie doczekałem się.

Tak samo jak w Doomie przyjemne dla oka 60 FPS-ów zastąpiła dwukrotnie niższa wartość, plus zdarzają się cięcia nawet w prerenderowanych filmikach przerywnikowych.

Kontrastem dla tego gorzkiego podsumowania jest fakt, że twórcom portu udało się przenieść niesamowicie złożony i bogaty w detale świat niemalże bez cięć czy wprowadzania nienaturalnych uproszczeń. Tekstury są prostsze i pozbawione szczegółów, jednak każda lokacja wygląda prawie tak samo jak na mocniejszym sprzęcie. To ogromne osiągnięcie, biorąc pod uwagę rozmiary i skomplikowanie niektórych poziomów. Napisałem "wygląda prawie tak samo", ponieważ w wybranych miejscach twórcy zastosowali prostą sztuczkę z zamknięciem drzwi/włazu, które w oryginale stanowiły niegrywalne elementy tła. A zasłaniając jakąś bogatą w szczegóły przestrzeń można było odciążyć nieco procesor, nie tracąc nic na przyjemności czerpanej z rozgrywki. W innym miejscu graficy postawili ścianę, by fragment z odległego planu (vide wrak statku w Nowym Jorku) nie generował dodatkowych procesów. Statek cały czas jest w tym samym miejscu, ale żeby go zobaczyć, trzeba podejść do krawędzi ściany i spojrzeć w dal. Proste w założeniu i genialne rozwiązanie, którego osoby nieznające oryginalnej wersji nawet nie zauważą.

Dzięki takim sprytnym rozwiązaniom posiadacze Switcha mogą przemierzać rozległe poziomy bez wpadania na niewidzialne ściany czy segmenty "schowane" za ekranem loadingu. Taki kompromis to rozumiem.

To, na co Switchowcy nie mogą liczyć, to fabularne DLC. Dodatki znane z PS4, Xboksa One i pecetów nie weszły w skład premierowej edycji, nie kupimy ich też przez eShop. To dość zaskakujące zagranie, biorąc pod uwagę, że zarówno Skyrim jak i często przywoływany przeze mnie Doom są sprzedawane na Switchu ze wszystkimi poprzednimi DLC w pakiecie.

Jak zwykle na Switchu można skorzystać ze sterowania, a raczej celowania ruchowego. Czyli wychylamy Joy-Cona, żeby celownik płynniej najechał na czerep nazisty. Jest to oczywiście opcjonalne rozwiązanie, z którego nie musimy korzystać, gdy wolimy tradycyjne namierzanie gałkami analogowymi.

Wolfenstein II: The New Colossus na Nintendo Switch to kolejny przykład, że konwersje hitów z mocniejszych konsol mają sens. Nie licząc uproszczonej (pod względem detali, a nie projektu czy geometrii) grafiki, to ciągle ta sama świetna produkcja, która zachwyciła recenzentów kilka miesięcy temu. Tradycyjnie na małym ekranie tabletu gra prezentuje się znacznie lepiej niż na 50-calowym telewizorze, i właśnie z myślą o przenośnej zabawie kupiłbym tę wersję Wolfenstein II: The New Colossus. Posiadacze oryginału przykuci do fotela mogą ją sobie odpuścić bez żalu.

PCWolfenstein II: The New Colossus

  • Wierna konwersja hitu z mocniejszych sprzętów
  • granie przenośne
  • Brak DLC
  • rozmyta grafika
  • malutkie napisy na tablecie

Mdła grafika nie odbiera przyjemności

Najnowsze
Lubisz nas?