Bez prądu - film

Upiorny spadek po matce - recenzja filmu Dziedzictwo. Hereditary

Joanna Kułakowska, 01 lipca 2018 23:00 2

I znów film grozy szumnie ogłaszany „Najstraszniejszym horrorem ostatnich lat” oraz „Arcydziełem współczesnego horroru”. Czy rzeczywiście tak jest?

Życie rodzinne zwykle nie jest sielanką – a co dopiero, gdy ma się pod opieką introwertyczną, chorą na schizofrenię matkę albo córkę-alergiczkę, która zdecydowanie odbiega od emocjonalnej i intelektualnej normy. Można też samemu/samej być osobą, która cierpi wskutek traum z przeszłości, przez co podświadomie zatruwa codzienność najbliższych. Pewne rodziny miewają mroczne sekrety... Na przykład zadają się z siłami, od których każdy rozsądny człowiek powinien trzymać się z daleka, a ich nestorzy zostawiają potomkom w spadku paskudną niespodziankę, wykraczającą poza przykre wspomnienia tudzież album ze zdjęciami, do którego nawet nie chce się potem zaglądać... (a szkoda). Dziedzictwo. Hereditary (ang. Hereditary) w reżyserii Ariego Astera to film, który bardzo dobrze eksploruje kwestię z pozoru poprawnych, a w istocie szalenie skomplikowanych relacji rodzinnych – i chociaż w pewnym momencie objawia się tu czynnik nadprzyrodzony, trudno oprzeć się wrażeniu, że opowieść ta jest pewnym rodzajem metafory i studium bagna niezałatwionych spraw i nierozwiązanych, a nawet niewypowiedzianych problemów. Sam reżyser twierdzi, że przedstawił przede wszystkim dramat obyczajowy – i rzeczywiście, coś w tym jest.

Annie Graham (Toni Collette), w zasadzie postać wiodąca filmu Dziedzictwo. Hereditary (choć cała rodzina odgrywa tu rolę bohatera zbiorowego), przygnieciona zostaje ciężarem, na który złożyły się wszystkie wymienione wyżej elementy. Grahamów poznajemy w chwili, gdy przygotowują się do pogrzebu Ellen, matki Annie. Obserwując poszczególnych członków rodziny, można poczuć gęsią skórkę – to charakterystyczne napięcie sugerujące, że coś jest bardzo „nie tak”, chociaż ciężko uchwycić dokładnie, co to takiego. Sama Annie jest artystką tworzącą wierne, a zarazem mocno niepokojące miniatury wnętrz budynków lub fragmentów krajobrazu z zamrożonymi weń scenkami, a przy tym opiekuńczą matką, choć siłą rzeczy jej zainteresowanie koncentruje się wokół młodszej, wymagającej troski latorośli. Trzynastoletnia Charlie (Milly Shapiro) nie tylko ma bardzo ciężką alergię na orzechy, wydaje się także opóźniona w rozwoju (może być to również zaburzenie rozwojowe ze spektrum Autyzmu), ciężko jej odnaleźć się w grupie, spędza wiele czasu, tworząc nader specyficzne rysunki oraz figurki z drobnych przedmiotów i części ciał zwierząt. Starszy syn, Peter (Alex Wolff), jest całkiem typowym, dość spokojnym i niezbyt popularnym nastolatkiem – jara blanty z kolegami i gapi się na ładne koleżanki. Mąż Annie, psychoterapeuta Steve (Gabriel Byrne), to persona łagodna, pozornie empatyczna, a w istocie trzymająca innych na dystans. Relacja małżonków stanowi intrygujący konglomerat zażyłości i chłodnej rezerwy.

W miarę rozwoju fabuły zagłębiamy się subtelnie dawkowaną, pełną problemów i niezdrowych relacji historię Grahamów. Obserwujemy również coraz liczniejsze (i coraz bardziej niepokojące) dziwaczne zdarzenia, które rozpoczęły się po śmierci Ellen i których katalizatorem staje się zachowanie Charlie oraz budzące się wspomnienia znerwicowanej Annie (wraz z postępem akcji mającej coraz więcej powodów do rozpaczy). Z początku zjawiska te można potraktować jako przypadkowe sytuacje lub zwykłe przywidzenia i złożyć na karb stresu, potem jednak odkrywają się przed widzami coraz to nowe fragmenty zagmatwanej układanki. Poszczególne sekwencje utworu Ariego Astera pozornie nie mają sensu, jednakże w końcu większość puzzli wskakuje na miejsce i historia zaczyna się kleić. Większość wątków zostaje domknięta... ale to nie znaczy, że obraz Dziedzictwo. Hereditary jest całkiem spójny i brak w nim dziur logicznych. Nie znaczy także, że potencjał zasygnalizowany przez mnóstwo klimatycznych chwytów został w pełni wykorzystany. Nie znaczy wreszcie, że ten film – zawierający skądinąd ciekawe pomysły i efektowne sztuczki kamery – naprawdę straszy jako całość. A biorąc pod uwagę zaprezentowaną opowieść i wszelkie jej niuanse, powinien przerażać do szpiku kości.

Realizatorom udało się wygenerować ciężką, mroczną atmosferę, za co odpowiadają zarówno ponure, artystycznie wycyzelowane zdjęcia, wykonane przez polskiego operatora Pawła Pogorzelskiego, ścieżka dźwiękowa współgrająca z obrazem, jak i gra aktorów i aktorek, z których każde pochwalić się może solidnym wyczuciem postaci. Problem stanowi fakt, że płynąca sennie i powoli akcja dzieła Astera w połączeniu z rzeczonym nastrojem straszliwie nuży zamiast straszyć, bo cały zgromadzony kapitał w postaci poczucia „czegoś nie tak” i „mrówek”, które tylko czekają, by przebiec po plecach widza, ulatnia się pod wpływem tempa. W rezultacie, kiedy w końcu pojawia się jakaś żywsza sekwencja – choć sama w sobie zapewne jeżyłaby włos na głowie – nie wstrzymujemy oddechu, nie podskakujemy na fotelu, tylko cieszymy się, że wreszcie coś drgnęło, wreszcie coś się dzieje... Twórcom Dziedzictwa. Hereditary zapewne chodziło o to, by poprzez spokojną, nieco oniryczną narrację i sygnalizowane, wepchnięte głęboko pod powierzchnię tajemnice Grahamów, które wpływają na ich wzajemne stosunki, wykreować wrażenie zimnej pustki, dzięki czemu nawarstwiające się elementy związane ze spirytyzmem i okultyzmem oraz nagłe, gwałtowne wypadki powinny tym bardziej szokować oglądających i budować tym większe wrażenie grozy. Niestety, twórcy ewidentnie przedobrzyli.

Szkoda również, że wiele klimatycznych motywów nie zostało wykorzystanych. I znów – twórcy bawili się z widzami: zapewne chcąc tych mniej wnikliwych po prostu oczarować wizualnie, a tych, którzy lubią tropić smaczki sygnalizujące kierunek fabuły, wprowadzić w błąd. Niestety, znów przedobrzyli, wywołując żal, że rozmaite, budujące napięcie kadry okazały się tylko pustymi ozdobnikami. A jest na co popatrzeć, zachwyt budzi chociażby wysmakowane otwarcie, polegające na hipnotycznym zbliżeniu modelu autorstwa Annie i płynnej przemianie tegoż w autentyczne wnętrze... Oczywiście można to potraktować jako sposób przekazywania informacji o przeszłości, metaforę domku dla lalek, którego mieszkańcy są marionetkami w rękach mrocznych, ledwie zrozumiałych potęg; sztucznej, ładniutkiej fasady, za którą skrywa się prawdziwa, bardzo nieładna tragedia, jednakże tego typu rozwiązania wręcz proszą, by stać się pełnoprawną częścią scenariusza – jak było na przykład z główką gołębia czy ludzikami w pokoju Charlie, a także z prawdziwym znaczeniem lunatykowania jej matki (genialne pomysły!). W pełni wykorzystano natomiast możliwości oferowane przez psychologiczne meandry historii ukazanej w filmie Dziedzictwo. Hereditary. Patrząc pod tym kątem, na uwagę zasługuje bardzo wiele scen – wiarygodnych, tętniących emocjami i generujących dużo większą grozę aniżeli występujący tu pierwiastek nadnaturalny. Filmowcy musieli mieć na podorędziu sensownych konsultantów ds. psychologii.

O Dziedzictwie. Hereditary Ariego Astera powiedziano też, iż jest to Dziecko Rosemary 21 wieku, jak również Egzorcysta nowej ery. Owszem, pewne motywy są podobne, pewne sceny równie dobre, lecz niniejszy horror bynajmniej do arcydzieł nie należy, a jeśli już, to broni się przede wszystkim jako dramat psychologiczny. Niestety, prawdziwa krew, która została użyta w filmie i która ponoć zadziałała na grupę ochotników, chyba nie na każdym wywołuje wrażenie. Mimo wszystko lepiej ogląda się wciąż obecne na ekranach kin Przebudzenie dusz, którego recenzję można przeczytać tutaj. Podsumowując: Ciężko znaleźć film, który jest jednocześnie przekombinowany i przez większość czasu nudny jak flaki z olejem. Trochę tak, jakby David Lynch zaczął kręcić polskie kino moralnego niepokoju...


Dziedzictwo. Hereditary ma szansę Ci się spodobać, jeśli:

  • oprócz gier video lubisz też sklejać modele i malować figurki;
  • grając w Far Cry 5, choć przez chwilę identyfikowałeś/identyfikowałaś się z sektą.
Chwała Wodzowi! - recenzja Beholder 2
Śmierć autentyczności - recenzja filmu Narodziny gwiazdy
najnowsze

Co nowego w PlayLink?

Recenzja gier: Frantics, Wiedza to Potęga: Dekady, Szymparty i Planet of the Apes: Last Frontier.

Chwała Wodzowi! - recenzja Beholder 2

W Beholder 2 przenosimy się do totalitarnego państwa i zaczynamy karierę w Ministerstwie na samym dole urzędniczej drabiny - dokąd zajdziemy?