InformacjeBez prądu - film

Luke Cage gubi flow: recenzja drugiego sezonu serialu Netfliksa

... Piotr Nowacki

Perspektywy dla seriali Marvela na Netfliksie nie wyglądają najlepiej.

Trudno znaleźć obecnie franczyzę bardziej nierówną niż netfliksowy odprysk Marvel Cinematic Universe. Z jednej strony mamy doskonałe kreacje aktorskie, jak chociażby niezrównana Krysten Ritter jako Jessica Jones, klejnotem w koronie poprzedniego sezonu Luke’a Cage’a był ubiegłoroczny laureat Oscara, Mahershala Ali w roli Cottonmoutha, a Vincent D’Onofrio niezmiennie zachwyca swoją neurotyczną interpretacją Kingpina. Na dodatek Daredevil oczarowuje świetnymi scenami walki, które z powodzeniem mogłyby się znaleźć w kolejnej części Johna Wicka, a Luke Cage i Jessica Jones urzekają swoją ścieżką dźwiękową. Z drugiej strony, trudno przejść obojętnie obok takich porażek, jakimi okazały się seriale Iron Fist oraz Defenders. Dlatego do nowego sezonu Luke’a Cage’a podchodziłem ze sporą dozą sceptycyzmu.

Nowe odcinki rozgrywają się po wydarzeniach z serialu Defenders. Luke po wyjściu z więzienia wrócił na dawne włości i ponownie pełni rolę strażnika Harlemu. Pomimo tego, że złoczyńcy z poprzedniego sezonu zostali unieszkodliwieni – Cottonmouth zginął z ręki Marii Dillard, a Diamondback trafił do więzienia – Luke’owi nie jest dane odpocząć. Mariah przejęła biznes po zamordowanym przez siebie kuzynie, a równocześnie na arenę wkracza Bushmaster, jamajski gangster, który ma z nią personalne zatargi. Harlem znów znajdzie się w krzyżowym ogniu gangsterskich porachunków.

Często o jakości filmu czy serialu świadczy złoczyńca. Właśnie ze względu na tytułowy czarny charakter Goldfinger jest zwykle stawiany jako jeden z najlepszych filmów bondowskich, a zarówno w pierwszym Batmanie Tima Burtona, jak i w Mrocznym Rycerzu Joker przyćmiewa człowieka-nietoperza. Równocześnie marny złoczyńca może dużo napsuć, i tak stało się w wypadku drugiego sezonu Luke’a Cage’a.

Mariah Dillard w poprzednim sezonie stanowiła świetną przeciwwagę dla Cottonmoutha – ona skupiała się na politycznej karierze, on zaś zajmował się kryminalną stroną rodzinnego biznesu, a ich relację definiował konflikt wynikający z próby połączenia tych sprzecznych interesów. Teraz Mariah jako głowa gangu jest niestety postacią zupełnie niewiarygodną. Po przejściu na ciemną stronę stała się paranoiczna, rozchwiana i krótkowzroczna. Przez cały sezon zastanawiałem się, jakim sposobem ktokolwiek jest w stanie jej zaufać i nabrać się na jej grubymi nićmi szyte manipulacje. Supermoce Luke’a Cage’a (i talent aktorski nominowanej do Oscara Alfre Woodard) zwyczajnie marnują się przy Marii Dillard. Bushmaster z kolei jest wyraźnie ciekawszym złoczyńcą, ale to nie wystarczyło, żeby wyrównać niedostatki Marii.

Szefowa gangu nie jest jedyną postacią, która straciła w tym sezonie wiarygodność. Podobny problem dotyczy również tytułowego bohatera. Wzorem komiksowego pierwowzoru, Luke Cage stał się bohaterem do wynajęcia i zaczął przyjmować płatne zlecenia od osób potrzebujących jego talentów. Jednak ten teoretycznie ciekawy koncept nigdzie w zasadzie nie prowadzi. Na początku najemna praca pasuje Cage’owi jak pięść do nosa, a ostatecznie wątek zostaje porzucony zanim ma szansę rozwinąć się w cokolwiek interesującego.

Ewidentnym problemem dla scenarzystów drugiego sezonu Luke’a Cage’a były moce głównego bohatera. Wymyślanie wiarygodnych zagrożeń dla człowieka z kuloodporną skórą nie jest łatwe, szczególnie w “ulicznym” settingu netfliksowych serialu – Cage zajmuje się walką ze względnie przyziemnymi oprychami, nie z kosmitami czy magicznymi istotami. Twórcy nie wybrnęli z zadania obronną ręką. Największym niebezpieczeństwem dla głównego bohatera w tym sezonie jest Bushmaster, jamajski gangster, który zyskał nadludzką siłę i odporność dzięki… paleniu ziół. Co prawda tych ziół nie zwija w tęgiego lolka i nie odpala ich w rytmie ska, tylko się nimi inhaluje, jednak czegoś takiego mógłbym spodziewać się w parodii filmów superbohaterskich autorstwa Kevina Smitha, nie w serialu, który teoretycznie próbuje utrzymać poważną atmosferę.

Efekt jest kuriozalny. Z jednej strony, na samym początku drugiego sezonu dowiadujemy się, że na Cage’a nie działają już znane z pierwszej serii pociski “Judasz”, które były stworzone z użyciem technologii kosmitów, a granaty i bomby stanowią dla bohatera z Harlemu co najwyżej drobną niedogodność. Mimo to, w pierwszych starciach Bushmaster spuszcza Cage’owi srogie manto jedynie z pomocą ziołowych dopalaczy i jamajskiego klonu capoeiry. Zupełnie nie trzyma się to kupy.

Przy okazji nieszczęsnego wątku popalania zielonych stymulantów na wierzch wychodzi inny niedorzeczny motyw. Jedna z nowych bohaterek serialu to Tilda, która niegdyś była lekarką, dziś zajmuje się ziołolecznictwem i “medycyną” holistyczną. W pierwszej chwili przymknąłem oko na ten wtręt i nie doszukiwałem się w nim drugiego dna. Jednak w tym sezonie zaczęły pojawiać się także inne elementy sugerujące, że twórcy lubują się w teoriach spiskowych dotyczących medycyny: w drugiej połowie sezonu wprowadzono nic nie wnoszący wątek szczepionek, którymi otruwano jamajskie dzieci. W świetle obecnej antyszczepionkowej paranoi byłem zwyczajnie zniesmaczony podejściem twórców do tego tematu.

Nowy Luke Cage zawodzi również od strony politycznej. Jessica Jones i Luke Cage wyróżniały się swoim zaangażowaniem – Jessica nie ukrywała się ze swoją feministyczną perspektywą, zaś Luke oferował spojrzenie na stosunki rasowe w USA. W tym sezonie rasa jest w zasadzie przezroczysta, nie służy jako nic więcej niż sztafaż, pretekst do pojawienia się na ścieżce dźwiękowej (swoją drogą, świetnych) kawałków Wu-Tang Clanu. Prawie idealne stosunki między głównym bohaterem a nowojorską policją aż kłują w oczy, biorąc pod uwagę, że w rzeczywistości w USA relacje rasowe dalej pozostają bardzo napięte i nie przestają spływać doniesienia o bezbronnych czarnoskórych mężczyznach zastrzelonych przez policjantów. Luke Cage byłby również idealnym serialem do poruszenia tematów masowych strzelanin, które w Stanach Zjednoczonych mają miejsce dosłownie co kilka tygodni. Oczywiście, z pewnością niektórzy powiedzą, że zaangażowanie polityczne nie jest w żadnej mierze obowiązkiem twórców, jednak to właśnie ono wyróżniało Luke’a Cage’a na tle innych seriali superbohaterskich. Bez niego ta produkcja jest zwyczajnie uboższa.

Bardzo mdło wypadły nawiązania do obecnego prezydenta USA, Donalda Trumpa. Został on w serialu wywołany z nazwiska przy okazji parafrazy jego sloganu wyborczego – Luke w jednej ze scen mówi I want to make Harlem great again. Jeśli twórcy decydują się wprowadzić tak kontrowersyjną osobę do świata serialu, niech jakoś to wykorzystają! Nie chcę wchodzić tutaj w dywagacja na temat polityki USA, ale jestem pewien, że zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy Trumpa zgodzą się, że ten prezydent zdecydowanie wyróżnia się na tle swoich poprzedników. Dla scenarzystów była to wspaniała okazja: mogli pokazać, jak zmiany u władzy wpływają na życie superbohaterów, podywagować na temat tego, jak ruchy alt-right mogłyby zareagować na pojawienie się czarnego, kuloodpornego superherosa, który stał się idolem czarnoskórych mieszkańców Nowego Jorku. Zamiast tego mamy miałkie nawiązanie do obecnego prezydenta, które niczemu nie służy i nic nie wnosi do serialu. W tej sytuacji wolałbym, gdyby temat zwyczajnie nie został w ogóle poruszony.

Drugi sezon Luke’a Cage’a był dla mnie sporym zawodem. Nie jest to taka porażka, jak nieszczęsny Iron Fist czy The Defenders, ale wyraźnie odstaje nawet od relatywnie słabego drugiego sezonu Daredevila. Obawiam się, że formuła netfliksowych seriali Marvela się wypala i konieczne są zmiany, jeśli chcą utrzymać widzów przy ekranach. Netflixverse wprowadził na ekrany szereg naprawdę świetnych postaci, odgrywanych przez szalenie utalentowanych aktorów, jednak w tym momencie oni się zwyczajnie marnują. Fenomenalny Joe Bernthal w roli Punishera czy Krysten Ritter i jej Jessica Jones nie zasługują na powolną śmierć pośród coraz bardziej nieznośnych dłużyzn netfliksowych seriali. Trzynastoodcinkowe sezony wyraźnie się nie sprawdzają i moim zdaniem ratunkiem mogłoby być postawienie na bardziej zwięzłą formę. Fabułę z obecnego sezonu Luke’a Cage’a dałoby się bez większej straty opowiedzieć na przestrzeni na przykład sześciu odcinków. Innym rozwiązaniem mogłaby by być interwencja ze strony Disneya i całkowite odłączenie netflixverse od respiratora, by potem wprowadzić tych bohaterów na wielki ekran. Niestety, obawiam się, że konfrontacja Spider-Mana z granym przez Vincenta D’Onofrio Kingpinem pozostanie póki co w sferze marzeń.


Luke Cage to serial dla Ciebie, jeśli:

- uwielbiasz czarne klimaty GTA: San Andreas lub nowojorski styl GTA IV;

- zagrywałeś się w City of Heroes zanim serwery zostały wyłączone

Najnowsze
Lubisz nas?