InformacjeZapowiedź - PC

Cyberpunk 2077 - rozgrywka oczami weterana, czyli jak zostałem fanbojem

... Myszasty

Krzemowi nanobogowie cyberprzestrzeni, obdarzcie mnie cierpliwością! Bo na Cyberpunk 2077 trzeba niestety poczekać.

Zacznę może od najważniejszej sprawy. Lata temu, gdy Copernicus wydał u nas podręcznik do Cyberpunk 2020 nie tylko grałem, ale też przez kilkanaście przynajmniej miesięcy prowadziłem sesje jako mistrz gry. Przyznam się bez bicia, że wiele niuansów dotyczących mechaniki, czy lore zdążyło już wyparować z mojej głowy (ileż innych systemów przewinęło się przez te lata!). Jednak mimo upływu czasu, ten specyficzny klimat ówczesnych sesji jest wciąż odczuwalny. Po wielu przygodach ze światami fantasy, czy World of Darkness, granie w Cyberpunka było powalająco odświeżającym doświadczeniem.

Tym bardziej, że wykreowany przez Pondsmitha świat ponurej przyszłości, zdominowanej przez wszechpotężne megakorporacje, pełen sztucznego blichtru i pozy, po stokroć bardziej rozwarstwiony niż nam wtedy współczesny, był kwintesencją naszych ówczesnych obaw. Z jednej strony kusił nowoczesną techniką, niespotykanymi możliwościami i wizją meta-człowieczeństwa, z drugiej sprzedawał otrzeźwiającego kopniaka, pokazując, że to co najlepsze, dostępne będzie tylko dla elit. Na czym polegała największa moc tego przekazu? Otóż doświadczaliśmy tego świata bezpośrednio, nie jako bierni czytelnicy, lecz „żyjący” tam ludzie. Zaczynający na dodatek na samym dole łańcucha pokarmowego. To całkowicie pozbawiło nas złudzeń co do tego, jaki jest świat roku 2020.

Właśnie z tych powodów czekałem prezentacji rozgrywki jak kania dżdżu. Przyznam też, że po prezentacji trailera na E3 należałem do grupy nie tyle może sceptyków, co osób nieco zawiedzionych samą formą prezentacji. Zobaczyliśmy bowiem świat, krajobrazy Night City, kilka scenek rodzajowych i niewiele więcej. Nie samym tłem żyją przecież gry cRPG. Fabuła, wątki poboczne, kreacja postaci niezależnych, mechanika rozgrywki, sposób przedstawienia świata, dbałość o spójność tych wszystkich elementów i przede wszystkim miodność samej rozgrywki – to są elementy budujące tego typu produkcje. Jak więc prezentowała się rozgrywka w Cyberpunk 2077 oczami kogoś, kto spędził w Night City setki godzin?

Zaprezentowany nam długi fragment rozgrywki obejmował kilka etapów zadań, skupiał się też przede wszystkim na walce. To zrozumiałe – gra była pokazywana nie tylko dziennikarzom, ale również inwestorom, partnerom biznesowym i całej masie ludzi, którym trzeba było zaprezentować coś efektownego. Mam tylko nadzieję, że choćby z okazji gamescomu, CD Projekt RED zdecyduje się ujawnić również inne aspekty zabawy, choćby netrunning, bez którego Cyberpunk nie będzie przecież cyberpunkowy. Tak czy inaczej uspokajano nas kilkukrotnie, że grę będzie można przejść nie tylko jako solo, ale również specjalizując się w innych dziedzinach. Zapewne nie da się jej całkowicie „przegadać” i „przehakować”, liczę jednak na to, że wspomniane aspekty będą mocno wpływać na rozgrywkę.

Skoro od walki zacząłem, przyjrzyjmy się bliżej temu elementowi zabawy. Nie musimy się raczej martwić, że z powodu widoku FPP Cyberpunk 2077 stanie się „strzelanką z dialogami”. Owszem, na prezentacji te elementy grały pierwsze skrzypce, jednak sama mechanika potyczek jest na tyle bogata, że daleko CP2077 do prostych shooterów. Wynika to przede wszystkim z zaawansowanych technologii dostępnych dla gracza, zarówno w kontekście samej broni, jak i cybernetyki. To właśnie ona sprawa, że walka zaczyna wykraczać poza schemat. Cybernetyczne wszczepy rozszerzą znacznie nasze możliwości, począwszy od opcji skanowania pola walki, a skończywszy zapewne na silnych modyfikacjach ciała: wyposażone w broń cyber-kończyny, podskórny pancerz, dopalacze refleksu etc. Widać tutaj także zmiany w systemie walki i uzbrojenia, odróżniające 2077 od 2020. Ot choćby inteligentna broń, obliczająca trajektorię lotu pocisków i pozwalająca razić ukrytych wrogów rykoszetami. Co jednak najważniejsze, wszystko to wyglądało bardzo sycąco, nie wypadając przy tym z konwencji. Ciekawi mnie tylko, na ile podatne na zniszczenie będzie środowisko gry. W kilku momentach widzieliśmy przebijanie ścian przez pociski, inne przeszkody wydawały się natomiast zupełnie odporne na ostrzał.

Podczas oglądania rozgrywki cały czas powracała uparcie jedna kwestia – jak to będzie grać kimś innym, niż uzbrojony po zęby solo? Papierowy system oferował nam takie klasy postaci, jak dziennikarz, korpo-szczur, czy fixer. W CP2077 nie ma systemu klas, profil naszego bohatera lub bohaterki „ustawimy” sobie poprzez dowolny dobór odpowiednich umiejętności oraz zapewne cybernetykę. Trudno też się spodziewać, żeby ze względów fabularnych, można było nawet w przyszłości zostać gliną, agentem korporacji, czy gwiazdą mediów. Czy to jednak źle? Nie sądzę. Przyznam, że dużo bardziej cieszy mnie owa swoboda w rozwoju i kształtowaniu bohatera, niż martwi potencjalne ograniczenie „ścieżek kariery” w stosunku do papierowego pierwowzoru. Mimo otwartej struktury kształtowania naszego ja i równie otwartego świata, będziemy podporządkowani osi fabularnej, ta natomiast określa nas z góry, jako początkującego najemnika. Jesteśmy takim zwykłym Bolkiem, zaczynającym gdzieś na dole, powoli pnącym się do góry i zapewne nie raz wplątującym w naprawdę grube afery. Było? Było. Niejeden raz. Ale w tej konwencji mnie to kupuje, tak przecież prowadziłem swoją kilkunastomiesięczną kampanię w CP2020. I działało to doskonale.

Co jest najważniejsze, żeby Cyberpunk był Cyberpunkiem? Oczywiście odpowiedni klimat. Tak, należałem do grupy sol-sceptyków, którzy kręcili nosem na widok skąpanego w słonecznych promieniach Night City. Na szczęście już mi przeszło. I to bardzo szybko, po zaledwie kilkunastu minutach prezentacji. Owszem, Night City to miasto, które żyje nocą. Jak większość dużych metropolii, w których życie zaczyna się po tym, jak spragnione rozrywek miliony, po ciężkim dniu pracy wylegają na ulice, place, zapełniają knajpy, restauracje, kina i sale koncertowe. Ale jak myślicie, jaka będzie szansa na to, że korporacyjny agent wyznaczy Wam spotkanie poza godzinami pracy, późnym wieczorem? Jak wiele urzędowych spraw załatwicie o piątej nad ranem? Ilu ludzi będzie się zrywać w środku nocy, by sprzedać Wam garść potrzebnych informacji? Chwała „Redom” za to, że odmitologizowali tę „wiekuistą ciemność” miasta i pokazali je takim, jakim być powinno. Jasnym, błyszczącym korporacyjnym chromem i szkłem na górze, ciemnym, oświetlonym migającymi neonami, zaśmieconym i brudnym na dole. Po raz kolejny wizja CDPR idealnie pokryła się z moim wyobrażeniem, które starałem się wpajać swoim graczom. Poza tym to wciąż kręcąca się wokół własnej osi matula Ziemia. A jeśli ktoś ma światłowstręt i ochotę na wampirze towarzystwo, zapraszam na ciemną stronę Księżyca. A zaraz... To nie ten system.

Nastrój, nastrój, nastrój... Zapewne czasami dopada Was odczucie zwane déjà vu. Jesteście gdzieś po raz pierwszy, ale macie wrażenie, że znacie to miejsce doskonale. Tak miałem w redowym Night City. Patrząc na rozgrywające się przede mną wydarzenia nie tylko śledziłem akcję, ale też starałem się zwracać uwagę na szczegóły. Nie było to proste, bo liczba detali, smaczków i różnorodnych elementów scenerii chwilami przytłaczała. Jednak poczułem się jak na „starych śmieciach”, w miejscu gdzie wraz z grupą przyjaciół spędziliśmy dziesiątki, jeśli nie setki godzin. To naprawdę sztuka wykreować i zwizualizować rzeczywistość, która pokrywa się tak mocno z czyimiś wyobrażeniami. Diabeł tkwi w szczegółach, tych jest całe mnóstwo, a wszystkie budują ten właściwy nastrój. Reklamy produktów, kultowe dla lore postacie, znane wszystkim cyberpunkom marki, głos Pondsmitha w jednej z kluczowych ról, zachowanie Trauma Team w stosunku do bohatera, piosenka Johnny'ego S. w radio... Idę o zakład, że będzie nam dane wypić drina w Cafe Chrome, czy szukać pomocnej dłoni w Afterlife. Po prostu widać było, że ekipa odpowiedzialna za CP2077 czuje ten klimat. Czuje go naprawdę dobrze.

Tutaj też pochwały należą się całej ekipie odpowiedzialnej za design. Świat gry musiał ulec unowocześnieniu w stosunku do papierowego pierwowzoru, jednak jakimś cudem udało się zachować tak charakterystyczne dla CP2020 elementy designu, nawiązujące do lat 80. Choćby sam samochód, który (łącznie z rewelacyjnym kokpitem) wygląda niczym wyjęty z desek kreślarskich Pinifariny, czy Ghia. W świecie Cyberpunka mamy do czynienia z wciąż futurystyczną technologią, gdzie zawsze łatwo o przesadę i tanie efekciarstwo połączone z tandetą, dodatkowo to przecież świat, w którym poza jest wszystkim. Mimo to każdy element otoczenia, broń, stroje, czy cybernetyczne zabawki wyglądają naturalnie, funkcjonalnie i realistycznie. To kolejna po Wiedźminie gra Redów, w której trudno nie zachwycać się owym „fantastycznym realizmem” znamionującym dobry smak i na wskroś profesjonalne podejście do tematu. Ten świat jest fantastyczny, ale przy tym tak piekielnie realny. Ledwie go liznąłem, a jestem zachwycony.

Nikt nie lubi spoilerów, ale moim zdaniem twórcy mogli się pokusić o pokazanie nieco ciekawszych zadań. Nie żeby było źle. Był klimat, były niezłe dialogi i wykorzystanie różnych elementów mechaniki rozgrywki. Jednak same zadania nie odbiegały niestety od cyberpunkowej klasyki. Wiecie, takich zadań, które robi się na starcie, żeby zarobić trochę grosza na lepszy hardware, czy giwery. Pokazano nam początek, więc jest to poniekąd zrozumiałe, nie sądzę też, by ktokolwiek odważył się zaprezentować jakieś fabularne opus magnum, psując tym samym przyszłą zabawę. Nie wierzę jednak, żeby takowych w grze nie było. Po tym co zobaczyliśmy w Wiedźminie, po Sercach z Kamienia w szczególności, mam w tej kwestii tak wielki kredyt zaufania do Redów, że byłbym pełen wiary nawet, gdyby pokazano nam polowanie w piwnicy na cyber-szczury. Cała reszta jest tak na wskroś cyberpunkowa, widać jak wiele pracy włożono w dbałość o detale, że najważniejszego elementu gry fabularnej, czyli jakości historii i historyjek możemy być raczej pewni.

Niecała godzina oglądania – bo zagrać nam przecież nie dano – a tak wiele myśli, wniosków, nadziei, ale i obaw. Gdybym chciał opisać każde w z moich odczuć po obejrzeniu w akcji CP2077, powstałby z tego zapewne ciągnący się przez kilkadziesiąt ekranów elaborat. Nie skupiałem się więc na kwestiach technicznych, czy szczegółowych analizach (tych powstało już sporo), ale chciałem opisać Wam tę prezentację widzianą oczami człowieka, który w Night City spędził swego czasu wiele godzin. Który miał swoją wizję, współdzieloną z innymi graczami i od samego początku będąc tak samo pełnym nadziei, jak i obaw, skonfrontował ją z rzeczywistością. Ta zaś dała radę. Redzi dali radę. Wciąż brakuje wielu informacji, wciąż nie pokazano mnóstwa aspektów rozgrywki, ale po tym co zobaczyłem, czekam teraz najbardziej na dwie gry. Cyberpunk 2077 od CDPR i Fallouta od Obsidianu. Szkoda, że tylko jednej się doczekam...

O! I jeszcze coś. Ta gra aż prosi się o tryb fabularnej kooperacji. Choćby dwuosobowy. Serio. I o wersję VR. To zdecydowanie pierwszy erpeg, którego chciałbym przejść z goglami na głowie. Jest do tego stworzony.

Najnowsze
Lubisz nas?