Recenzja - PC

Świetna gra z syndromem jeszcze jednego poziomu - recenzja Die for Valhalla!

Adam Berlik, 06 czerwca 2018 14:00 0

Warto umrzeć za Walhallę, ale zdecydowanie lepiej w gronie znajomych niż samemu.

Die for Valhalla! na pierwszy rzut oka jest typowym przedstawicielem gatunku beat’ em up. Faktycznie mamy tu wszystkie elementy charakterystyczne dla tego typu produkcji (w skrócie idź w prawo i zabij wszystko co się rusza), ale na tle innych wyróżnia się ona bardzo ciekawą mechaniką. Akcja osadzona jest w świecie nordyckiej mitologii (nie liczcie jednak na jakąś przejmującą historię; jakaś tam jest, ale stanowi tylko zbędny dodatek do rozgrywki), a my wcielamy się w postać Walkirii. Do wyboru mamy przedstawicielki czterech pór roku, czyli wiosnę, lato, jesień i zimę. Trafiając na mapę nie powinniśmy jednak natychmiast ruszać przed siebie, ale zwrócić uwagę na wszędobylskie nagrobki.

Można odnieść wrażenie, że świat Die for Valhalla! to jeden wielki cmentarz. Sporo w tym prawdy, bo co rusz natkniemy się na wspomniane już nagrobki poległych Wikingów. Walkiria sama w walce nie jest szczególnie mocna, dlatego też przyzywa zmarłych bohaterów, którzy spróbują swoich sił w starciach z kolejnymi przeciwnikami. Kiedy taka postać zginie, ponownie przejmiemy kontrolę nad Walkirią, próbując znaleźć inny nagrobek i przywołać następnego herosa. Istnieje również możliwość odesłania Wikinga, którym aktualnie kierujemy w zaświaty, ale wiąże się to ze stratą posiadanych punktów Chwały niezbędnych do rozwijania postaci. Sam zgon Wikinga nie sprawia, że nagle przegrywamy – dzieje się to dopiero wówczas, gdy pasek życia Walkirii spadnie do zera.

Die for Valhalla!, o czym już wspomniałem, w żadnym razie nie kładzie nacisku na fabułę. Pomiędzy kolejnymi zadaniami oglądamy krótkie przerywniki filmowe (niekiedy z naprawdę genialnymi, pełnymi humoru dialogami), a oprócz tego wybieramy kolejne lokacje z mapy świata. Istotne jest również wykorzystywanie zdobytych punktów Chwały, które pełnią rolę doświadczenia. W ten sposób przechodzimy do specjalnego ekranu, gdzie wybieramy nową umiejętność dla naszych wojowników (jest ich tyle, że spokojnie można dostosować zdolności do stylu gry). Na przykład kiedy często obrywamy, możemy sprawić, że zadamy większe obrażenia mając mniej niż 25 proc. życia. Gdy jednak preferujemy walkę w ofensywnie, to warto skorzystać z talentu, który powoduje, że w co trzecim ataku postać zadaje obrażenia od pioruna.

Rozwój postaci w Die for Valhalla! opiera się także na runach. A jakże, w końcu to nordycka mitologia. W tym przypadku również zwiększamy swoje szanse na przetrwanie. Do dyspozycji otrzymujemy określoną liczbę ruchów na planszy wypełnionej runami (trzeba uważać, bo są także puste pola, więc można się zagalopować i zmarnować szansę na rozwinięcie bohatera), dzięki którym zwiększymy atak, obronę, liczbę punktów życia oraz siłę ducha.

Zanim gra wyłoży wszystkie karty na stół, a trwa to maksymalnie kilkadziesiąt minut, ciężko oderwać się od ekranu. Potem, kiedy wydaje nam się, że doskonale wiemy, czego możemy spodziewać się po Die for Valhalla!, autorzy potrafią czasem zaskoczyć niewielkimi zmianami w rozgrywce, co sprawia, że czego gra wciąga już bez reszty. Tylko jeszcze kilku wrogów, tylko sprawdzę, co czai się w następnym etapie, jeszcze dwie lokacje i odblokuję wejście do jaskini. Co w niej będzie? Jaki boss na mnie czeka? Tak właśnie jest z debiutancką produkcją studia Monster Couch.

Trzeba jednak powiedzieć, że Die for Valhalla! skierowane jest przede wszystkim do tych, którzy mają ogromną kanapę, a przynajmniej taką mieszczącą cztery osoby. Bo poza opcją rozgrywki dla jednego gracza (ta z czasem staje się nużąca, jeśli gramy w sesjach dłuższych niż 20 minut), otrzymaliśmy tu również lokalny tryb kooperacji i rywalizacji. Ten pierwszy umożliwia przejście kampanii z udziałem innych fanów siekania wszystkiego, co spotkają na swojej drodze, natomiast w drugim możemy stanąć oko w oko z innym Wikingiem sterowanym przez gracza, którzy siebie tuż obok nas. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że nie musi to być osoba mająca na co dzień do czynienia z grami wideo, bo sterowanie jest proste jak konstrukcja cepa, więc możemy włączyć krótki samouczek albo szybko wyjaśnić, czym się chodzi, jak się atakuje, zbiera przedmioty i ucieka przed wrogami.

Przed każdym uruchomieniem kampanii w Die for Valhalla! świat gry jest generowany losowo, więc jeśli zdecydujemy się na ponowne przejście całości, będziemy poruszać się po innej mapce, gdzie zmierzymy się z tymi samymi wrogami, ale pojawiającymi się w innej konfiguracji niż poprzednio. Prawda, że fajnie? Na tym jednak nie koniec, bo zanim w ogóle zaczniemy swoją przygodę z tym tytułem, wybierzemy jeden z dwóch poziomów trudności. Na standardowym nie musimy się niczego obawiać (jasne, przyjdzie nam zginąć – i to wielokrotnie, ale jeśli tak się stanie, to w najgorszym razie będziemy zmuszeni rozpocząć daną misję od początku), ale w trybie roguelite każdy zgon naszej Walkirii oznacza, że wszystkie dotychczas osiągnięte postępy całkowicie przepadają. Dokładnie jak za dawnych lat. Zginąłeś? Zaczynaj od nowa.

Die for Valhalla! z czasem robi się mocno powtarzalna, w związku z czym należy ją sobie odpowiednio dawkować. Trudno spędzić przy tej grze więcej niż kilkadziesiąt minut, ale z drugiej strony na przejście kampanii potrzeba zaledwie siedmiu godzin, więc nawet jeśli włączycie ten tytuł codziennie w przerwie od gier AAA to i tak skończycie go w tydzień. Biorąc pod uwagę fakt, że cenę ustalono na poziomie niespełna 40 złotych, wydaje się to opłacalne. Zwłaszcza, że walki nieustannie sprawiają mnóstwo radości, dialogi potrafią wywołać uśmiech na twarzy, a rozwój postaci nie jest może rozbudowany, ale zdecydowanie wystarczający. Poza tym będziecie mieć w zanadrzu świetną produkcję, która w sam raz nada się na rozruszanie znajomych na drętwej imprezie.

Die for Valhalla! PC

  • motyw Walkirii przywołującej do walki zmarłych Wikingów
  • angażujące starcia z różnorodnymi wrogami
  • ciekawie zaprojektowane lokacje
  • syndrom jeszcze jednego poziomu
  • losowo generowany świat przy każdym rozpoczęciu kampanii
  • dwa poziomy trudności (zwykły i roguelite)
  • tryb współpracy i rywalizacji
  • cena adekwatna do zawartości
  • przy dłuższych sesjach zaczyna nudzić
  • można było wyciągnąć nieco więcej z nordyckiej mitologii
Dobre i polskie 8.0
Kosmiczni piraci kontra cały świat - recenzja Ancient Frontier: Steel Shadows
Nokaut w pierwszej rundzie - recenzja Super Smash Bros. Ultimate
Totalna rozwałka - recenzja gry Just Cause 4
Co cię nie zabije, to cię wzmocni - recenzja Kenshi
najnowsze