Felieton

Trafienie Krytyczne #64. Śmiały marsz naśladowców

Sławek Serafin, 05 czerwca 2018 14:30 10

Fallout 76 nie będzie taki, jak poprzednicy. I bardzo dobrze.

Rany, jak miło, że w końcu w tych wielkich, ociężałych, ospałych i bezwładnych korporacjach, które do tej pory reagowały na zmiany na rynku po dobrych kilku latach, i to zwykle radośnie strzelając wartą dziesiątki albo setki milionów dolarów kulą w płot, w końcu coś się zaczyna dziać tak jak powinno. Tak, tak, wiem, że obrażona śmiertelnie na DICE część fanów zarzeka się, że nigdy nie zagra w Battlefield 5. Bo kolorowo, bo nierealistycznie, bo battle royale. I ortodoksi ze społeczności miłośników Fallout też są przejęci grozą, że ten nowy, właśnie zapowiedziany Fallout 76 będzie bardziej przypominał DayZ czy Rust niż trzy ostatnie gry z serii. To typowe. Ludzie już tak mają, że abstrahując od wszelkiej logiki i tak dalej, boją się zmian i stawiają im opór.

I często mają rację. Zmiany nie zawsze są dobre. Czasem wprowadza się nowe, niesprawdzone rozwiązania, które na papierze wyglądają świetnie, ale w akcji okazują się nie działać jakoś szczególnie szałowo. Gdyby gier dotyczyła teoria ewolucji, to można by powiedzieć, że to są te mutacje, które nie są lepiej przystosowane do środowiska i wymierają. Tyle, że w tym przypadku nie mamy do czynienia z taką sytuacją. Tym razem, w obu przypadkach, producenci idą w stronę koncepcji, które już odniosły sukces, zostały sprawdzone, działają i tak dalej. A że odbędzie się to kosztem rozwiązań znanych z poprzednich gier? To świetnie!

Obydwie serie, i nie tylko one, ale o nich mówimy dziś, popadły w ciężką stagnację. Battlefield nie zrobił niczego nowego i ciekawego od czasów Bad Company 2. Każda kolejna gra była wtórna. Ileż można grać w te same tryby? Mnie osobiście zabawa w Podbój, ciągle taka sama, męczyła już w Bad Company 2 właśnie, bo, kurcze, bawiłem się w to od 1942 roku. Tego battlefieldowego, oczywiście, bo jestem stary, ale nie aż tak stary. I choć często powtarzam, że ta seria straciła dla mnie swój urok przez to, że przestały pojawiać się mody, to tak naprawdę znudziła mnie powtarzalnością ciągle tego samego modelu rozgrywki. Battlefield 5 to pierwsza od lat część serii, w którą mam ochotę zagrać. I to nie dlatego, że jestem fanem PUBG czy Fortnite. Nie jestem. Ale wiem, że wprowadziły nowy, ciekawy, dynamiczny, świeży pomysł na granie. I jestem ciekaw, jak to będzie wyglądało, gdy połączy się go z serią z tradycjami. I z wysokimi, rzemieślniczymi umiejętnościami DICE. Oraz dużą, dużą kasą, taką, o jakiej autorzy tamtych dwóch gier mogli tylko pomarzyć. Gra ma potencjał, może pchnąć serię do przodu, może być naprawdę dobra. Inna, jasne. Ale dobra.

A Fallout 76? Analogiczna sytuacja. Trzy ostatnie gry z serii były takie same. To znaczy, New Vegas wybił się ponad pozostałe jakościowo, ale schemat rozgrywki był identyczny. Serio chcemy czwarty raz robić to samo i tak samo? Ja na pewno nie. Już Fallout 4 był mi idealnie obojętny. A ten nowy? Zagram. To będzie coś nowego, coś znów z potencjałem, żeby być grą naprawdę dobrą. Można psioczyć na te wszystkie online’owe survivale, na całą ich falę, która zalała nas po sukcesie DayZ. Trzeba jednak pamiętać, że te gry tworzyły niedoświadczone studia, z niewielkimi budżetami i bez wsparcia silnej marki. Przyciągały masy graczy mimo to, ale tylko i wyłącznie dzięki temu, że pomysł na rozgrywkę jest atrakcyjny, a nie dlatego, że były naprawdę dobrze zrobione. Tak na bogato. A Fallout 76 taki będzie. To znaczy, mam nadzieję, że będzie. Powinien być. Załóżmy, na potrzeby tego felietonu, że Bethesda się do tego przyłoży. Bardziej, niż do premierowej wersji The Elder Scrolls Online.

Z tym ostatnim zresztą spóźniła się tak lekko licząc o dekadę, nie? Rzuciła na rynek MMORPG już po tym, jak ten gatunek zaczął wymierać. Typowe dla dużych korporacji, które, przez swoją wielkość i bezwładność, mają fatalny refleks i na nowinki na rynku reagują z bardzo dużym opóźnieniem. A jeśli robią coś szybko, próbując chwycić okazję i wstrzelić się w nowy segment, to nie angażują się w taki projekt na sto procent. Tak było z tym całym wysypem klonów DOTA 2 i League of Legends, nie? Kilkanaście tytułów, często firmowanych przez wielkich wydawców takich jak Blizzard i Electronic Arts, próbowało wbić się na rynek i… żadnemu się nie udało. Są albo martwe, albo ciągną niemrawo na sztucznym oddychaniu, jak Heroes of the Storm.

Tym razem może być inaczej. Właśnie dlatego, że to nie są takie na szybko montowane, dysponujące relatywnie małym budżetem projekty niskiego ryzyka. Nie, to jest nowy Battlefield. Nowy Fallout. Potężne marki. Tutaj trzeba się przyłożyć, tutaj trzeba przycisnąć, kasą sypnąć, wypucować na wysoki połysk. Nie można liczyć na to, że sama nazwa udźwignie kiepską grę, bo jak nam to pokazał Mass Effect: Andromeda, można w ten sposób zaliczyć potężną wpadkę. I to taką, która może rozłożyć na łopatki całą markę, budowaną od wielu lat. Na to sobie ani Bethesda, ani DICE, nie mogą pozwolić ze swoimi sztandarowymi produkcjami.

Tak szczerze mówiąc, to jestem nawet trochę zdziwiony, że i jedni, i drudzy, idą na takie ryzyko. Bardzo się z tego cieszę, żeby nie było. I, sam się sobie dziwię, że to mówię, ale trzymam za nich kciuki. Tyle, że do tej pory ci wielcy wydawcy nie byli tak szybcy, nie reagowali tak energicznie na zmiany, nie rzucali śmiało na szalę swoich klejnotów koronnych. Takie zagrania va banque nie są do nich, dawniej ostrożnych, kunktatorskich i zachowawczych, podobne. A tu proszę, ułańska fantazja, świeża krew i w ogóle. Obrywa im się za to od konserwatywnych fanów, tych spod znaku „chcemy, żeby było jak dawniej”, którzy, moim zdaniem, jeszcze nie zauważyli, jak bardzo stęchłe, zgrzybiałe, archaiczne stały się obie serie. Nie wydaje mi się jednak, żeby to było jakimś wielkim problemem. Nie, jeśli gry będą dobre. Jeśli w jednej i w drugiej nie będzie się forsować jakichś idiotycznych koncepcji w stylu agresywnej monetyzacji, która zarżnęła Star Wars: Battlefront 2. A coś czuję, że właśnie tego nie będzie. Że ten bolesny przykład nauczył ważnych ludzi z wielkich firm, że nie tędy droga. Że sukces osiąga się, co tu dużo gadać, naśladujących tych, którzy już go odnieśli. Trzeba zrobić to samo, co oni… tylko lepiej. Blizzard zbudował na tej filozofii tworzenia gier całą swoją potęgę, kradnąc pomysły skąd się tylko da i dopieszczając je do perfekcji. Czyżby ktoś się w końcu zaczął od nich uczyć?

Zobaczymy. Wyjdzie Battlefield 5, pojawi się Fallout 76, i się przekonamy. Ja jestem dobrej myśli. I po raz pierwszy od lat mam ochotę zagrać w nowe części obu serii. Przynajmniej mnie jednego udało im się już kupić. Zawsze jakieś osiągnięcie, nie?

Blizzard i Bethesda poznały prawdziwą definicję pojęcia siła marki
Fallout 76 - recenzja. Bugerfall out!
W co zaGRAMy w listopadzie 2018 roku - najciekawsze premiery miesiąca
Kodowanie popkultury: ten nasz wspólny Wiedźmin
najnowsze