Recenzja - konsole

Gdyby Mad Max był pancernikiem - recenzja Dillon's Dead-Heat Breakers

Jakub Zagalski, 29 maja 2018 14:10 0

Postapokalipsa, antropomorficzne zwierzęta i ciekawe podejście do gatunku tower defence. Właśnie to dostajemy w nowej grze z pancernikiem Dillonem.

Zapewne mało kto słyszał o Dillon's Rolling Western, niepozornej grze z 2012 roku, która trafiła do cyfrowej dystrybucji na Nintendo 3DS. Wygląda jednak na to, że debiut pancernika Dillona i jego przyjaciół trafił do dostatecznej liczby odbiorców, gdyż sześć lat później otrzymujemy nową odsłonę ich przygód – tym razem także w wersji pudełkowej.

Dillon’s Dead-Heat Breakers trudno nazwać kontynuacją, bo fabuła jest tu zepchnięta na drugi plan i stanowi pretekst dla powtarzalnych czynności. Warto jednak wspomnieć o zmianie klimatu – w Dillon's Rolling Western mieliśmy do czynienia z tytułowym Dzikim Zachodem, zaś w nowej grze Dillon ma więcej wspólnego z postapokaliptycznym wojownikiem niż z rewolwerowcem. Akcja przenosi się na pustkowia poprzecinane asfaltowymi drogami i już na samym początku musimy chronić zardzewiałą ciężarówkę przed napaścią zmotoryzowanych dzikusów. Podobieństw do klasyki gatunku w stylu Mad Max 2 jest znacznie więcej, żeby tylko wspomnieć o przyjacielu Dillona, który niczym Gyro Captain porusza się prowizorycznym helikopterem.

Właśnie w takich okolicznościach przyrody przyjdzie nam prowadzić codzienną walkę z hordami najeźdźców, którzy chcą się przedostać do wnętrza chronionych przez nas miasteczek. Odpieranie kolejnych fal wrogów to kluczowe zadanie w Dillon’s Dead-Heat Breakers, łączące elementy gatunku tower defence, zręcznościówki, a nawet gry wyścigowej. Kluczem do sukcesu jest obsadzenie wieżyczek dostępnymi postaciami i reagowanie na zmiany zachodzące na polu bitwy. Zarządzanie strażnikami to jedno (wydawanie prostych poleceń przypomina mi Hyrule Warriors czy Fire Emblem Warriors), ale oprócz tego można, a nawet trzeba brać sprawy w swoje ręce i rzucić się w wir walki. W praktyce oznacza to, że Dillon może poruszać się po mapie i w razie potrzeby atakować najeźdźców niczym rozpędzony Sonic.

Codzienną walkę kończy sekwencja pościgu i atakowania uciekających niedobitków. Ten element poznajemy na samym początku gry i trzeba się przyzwyczaić, że właśnie tak wygląda każdy finał bitwy. Do pewnego momentu można to traktować jako ciekawą odskocznię od standardowej rozgrywki, ale na dłuższa metę powtarzalność daje się we znaki.

Na szczęście nie samą walką i pościgami żyje człowiek w Dillon’s Dead-Heat Breakers. Zabawa jest tu podzielona na cykl dnia i nocy, i kiedy na niebie świeci słońce, możemy wędrować po miasteczku jako Amiimal (antropomorficzna wersja naszego Miiludka – nowość w stosunku do gry sprzed sześciu lat) i podejmować się rozmaitych prac i zajęć. Niektóre to proste minigry w konwencji shoot'em up, inne polegają np. na zarządzaniu sklepem i są kluczowym elementem dla ogólnej rozgrywki. Za dnia zarabiamy bowiem pieniądze, które można przeznaczyć na wzmocnienie obrony przed kolejną bitwą. Ponadto można brać udział w wyścigach na zasadzie trybu time trails, więc mimo ogólnej powtarzalności, do której przyzwyczaiły nas takie gry jak Animal Crossing, w Dillon’s Dead-Heat Breakers nie sposób się nudzić. Pod warunkiem, że nie zamierzamy z nią spędzać długich godzin, bo akurat tego typu produkcje sprawdzają się idealnie na krótkie, ale systematyczne posiedzenia.

Dillon’s Dead-Heat Breakers pod względem oprawy audio-wizualnej nie załapuje się do pierwszej ligi gier na 3DS-a, ale daleko mu też do niskobudżetowych indyków z eShopu. Świat przedstawiony w trójwymiarze, szereg rozmaitych przeciwników, Amiimalsy – wszystko prezentuje się bardzo przyzwoicie, a na dodatek zadbano o efekt głębi na górnym ekranie regulowany suwakiem. Niby normalna rzecz dla gry na 3DS-a, jednak ostatnimi czasy flagowe produkcje Nintendo nie oferują tego dodatku. Muzycznie jest bez zarzutu, nie licząc dźwięków wydawanych przez bohaterów. Po kilkunastu minutach miałem po prostu dość tego bełkotliwego "dialektu". Ogromnym plusem jest natomiast zmienione sterowanie, które przez większość rozgrywki sprowadza się tutaj do operowania gałką i przyciskiem "A". Na szczęście zrezygnowano z wymuszonego sterowania stylusem, które dawało się we znaki w Dillon's Rolling Western.

Jeżeli lubicie gatunek tower defence, postapo i nie szukacie gry do zarywania nocek, zdecydowanie warto przyjrzeć się Dillon’s Dead-Heat Breakers. Ta niepozorna produkcja z mało znanym bohaterem zapewnia kilkanaście godzin rozrywki, którą należy przyjmować w niewielkich dawkach.

Dillons Dead-Heat Breakers (3DS) PC

  • Świat przedstawiony
  • walka łącząca akcję z tower defence
  • Amiimals
  • zmienione sterowanie
  • Powtarzalne minigry
  • nudzi się na dłuższą metę
Trochę Sonica, trochę Mad Maxa i dużo tower defence 6.8
Kosmiczni piraci kontra cały świat - recenzja Ancient Frontier: Steel Shadows
Hyperide VR - recenzja - oda do białej gorączki
Nokaut w pierwszej rundzie - recenzja Super Smash Bros. Ultimate
Totalna rozwałka - recenzja gry Just Cause 4
najnowsze