InformacjeRecenzja - konsole

Polowanie czas zacząć - recenzja Monster Hunter: World

... Jakub Zagalski

Capcom zrobił ukłon w stronę nowicjuszy, a zarazem pozostał wierny hardcore'owej tradycji. Czy można sobie wyobrazić lepsze zaproszenie do MonHuna?

W czasach świetności PSP seria Monster Hunter była dla mnie wielką zagadką. Kiedy tylko pojawiała się nowa odsłona, Japończycy szturmowali sklepy, wykupując grę Capcomu i edycje specjalne konsol, które im towarzyszyły. Miłośnicy "japońszczyzny" na Zachodzie oczywiście zdawali sobie sprawę z tego fenomenu, ale przez całe lata MonHun był u nas relatywnie niszowym tytułem. Czy Monster Hunter: World zmieni stan rzeczy? Wszystko wskazuje na to, że tak.

Seria Monster Hunter od samego początku przyciągała bardzo specyficzną grupę odbiorców, którzy czerpali satysfakcję z wymagającego i powtarzalnego modelu rozgrywki. Grind, ulepszanie sprzętu i bardzo przemyślana walka to synonimy gier z tego cyklu, w którym cała zabawa sprowadza się do relatywnie prostego schematu. Wyruszamy na polowanie, zabijamy potwora, zabieramy trofeum, tworzymy lepszy ekwipunek potrzebny do walki z kolejnym przeciwnikiem i tak w kółko. Może nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale każdy, kto zasmakował tej uzależniającej powtarzalności wie, że satysfakcja z realizacji kolejnego zadania skutecznie zabija pozorną nudę. Krótko mówiąc, Monster Hunter to jedna z tych serii, którą albo się kocha, albo nienawidzi. Przynajmniej ja nie znam osoby, która lubiłaby sobie np. raz w miesiącu zapolować na jakąś bestię, by po udanym pojedynku odstawić grę na półkę na kilka tygodni. Jeśli dasz się wciągnąć w świat Monster Huntera, to szykuj się na czasochłonny nałóg, wymyślanie strategii, samodzielne szukanie rozwiązań lub czytanie poradników dotyczących tworzenia najlepszego oręża lub fragmentu pancerza do walki z tym oślizgłym skurczybykiem, czającym się w bagnistej lokacji.

Monster Hunter: World to pod wieloma względami kolejne action RPG Capcomu, które stara się zadowolić weteranów serii. Z drugiej strony gra na PS4 i Xboksa One (i za jakiś czas na PC) stanowi najlepsze wprowadzenie do tej marki dla nowicjuszy, lubiących wymagające i bardzo złożone produkcje na długie godziny. Trzeba bowiem pamiętać, żeMonHunowi bliżej do Dark Souls niż God of War – to nie jest prostolinijny slasher, w którym wystarczy opanować dwa przyciski ataku, a najbardziej widowiskowe akcje uruchamiamy sekwencjami Quick Time Event. Życie łowcy potworów nie jest takie lekkie.

Aby nie wrzucać nowych graczy od razu na głęboką wodę, Capcom zadbał o wprowadzenie fabularne i serię tutoriali – niektóre sprytnie wplecione w ciąg wydarzeń, inne opcjonalnie dostępne z poziomu menu itp. Po stworzeniu bohatera i towarzyszącego mu koleżkota (tak brzmi oficjalne polskie tłumaczenie), lądujemy na okręcie piątej ekspedycji, która ma za zadanie dotrzeć do Nowego świata. Na miejscu zaczynamy łączyć poszczególne elementy układanki, tworzące całkiem zgrabną opowieść – co prawda narracja, dialogi, zwroty akcji nie są w Monster Hunter: World kluczowe, ale miło, że Capcom zadbał o spójne tło, pełne znaków zapytania i nie do końca oczywistych odpowiedzi.

A jest co odkrywać, bowiem tytułowy świat jest wypełniony po brzegi NPC-ami do zagadania, surowcami do zdobycia i oczywiście potworami do ubicia. Wbrew obiegowej opinii, Monster Hunter: World nie jest typowym sandboksem z rozległym, otwartym światem. To nie jest ta sama skala co w szlagierach Ubisoftu czy chociażby najnowszej Zeldzie. Świat łowców potworów jest uszyty z wielu bardzo zróżnicowanych lokacji, każdy ma własną charakterystykę i ekosystem. Wpływa to nie tylko na wizualną odmienność , która momentami wprawia w prawdziwy zachwyt, ale także przekłada się na rozgrywkę i doświadczanie tego świata.

Final Boss - sorry za spoiler

To, że w jednej lokacji biegamy po gęstej dżungli, a w innej przedzieramy się przez mokradła, nie zrobi na nikim specjalnego wrażenia. Bo przecież w każdej tego typu rozbudowanej grze musi być leśna, pustynna czy śnieżna lokacja, prawda? Na szczęścieMonster Hunter: World idzie o krok dalej i co chwilę stara się nas przekonać, że za wyglądem roślinek i rzeźbą terenu kryje się niesamowita głębia. Przekonujemy się o tym, gdy na naszej drodze zaczynają się pojawiać tytułowe potwory, które nie są wyłącznie mięsem armatnim stawiającym mniej lub bardziej czynny opór. Może zabrzmi to górnolotnie, ale te groźne bestie naprawdę żyją własnym życiem. Mają swoje przyzwyczajenia, zwyczaje i odmienne zachowania. Niektóre drapieżniki walczą zaciekle o terytorium z innymi przedstawicielami lokalnej fauny, inne są roślinożerne i żyją w stadach. Łańcuch pokarmowy ma tu ogromne znaczenie, na co wskazuje jedna z pierwszych scen przed dotarciem do bazy – w pewnym momencie bramę zasłania nam potężny drapieżca, który chwilę później pada ofiarą jeszcze większego stwora.

Jako tytułowy łowca nigdy nie będziemy tak potężni jak kilkudziesięciometrowe bestie z Nowego świata, które łamią drzewa i kruszą kamienie machnięciem ogona, ale możemy zdobyć oczywistą przewagę, korzystając z odpowiedniego sprzętu i pułapek terenowych. Chcecie się rzucać na wielkiego stwora z pieśnią na ustach, bez wcześniejszego przygotowania? Możecie zapomnieć o długiej karierze w Monster Hunter: World. Żaden bard nie będzie śpiewał o waszych heroicznych czynach, a raczej wyśmieje głupotę i ignorancję. Każdy doświadczony łowca wie, że bez obmyślania strategii, obserwacji przeciwnika, szukania słabych stron, daleko się nie zajedzie. Mówienie, że połowa walki z trudnym przeciwnikiem odbywa się zanim wyciągniemy broń, nie jest przesadą. Poznawanie zwyczajów wroga i wymyślanie sposobów podejścia go od właściwej strony jest tu naprawdę kluczowe. Tym bardziej, że prawa rządzące tym światem dają nam ogromne pole do popisu – zrzucenie sterty kamieni na łeb bestii, zwabienie go w pułapkę, napuszczenie naturalnego wroga to tylko kilka możliwości, które warto wypróbować. Jednocześnie trzeba pamiętać, że walka z wyznaczonym celem nie odbywa się na zamkniętej arenie. Tutaj wszystko się może zdarzyć i choć czasami natura przyjdzie nam z pomocą, to bywa i tak, że wpadniemy z deszczu pod rynnę.

Walka w Monster Hunter: World opiera się na wykorzystaniu jednego z 14 gatunków broni. Każdy oręż ma własną specyfikę i można śmiało powiedzieć, że po spędzeniu kilku godzin z ciężkim młotem w rękach, sięgniemy po coś lżejszego i szybszego w obsłudze, odkryjemy zupełnie nową grę. Dostęp do wszystkich podstawowych rodzajów broni mamy już na starcie. Możemy testować różne rozwiązania, poznawać techniki zadawania ciosów, słabe i mocne strony każdego sprzętu, by jak najlepiej dopasować go do własnego stylu gry. Monster Hunter: World zachęca do przejmowania inicjatywy i nie narzuca jedynej słusznej drogi do celu, co wydaje się kluczowe dla produkcji, z którą domyślnie mamy spędzić co najmniej kilkadziesiąt godzin. Ulubioną broń można stale modyfikować, tak samo jak elementy pancerza, który może nam albo bardzo pomóc, albo zaszkodzić w poszczególnych walkach. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy odziani w przeciwogniową zbroję rzucili wyzwanie wodnemu stworowi. Ale zdecydowanie lepszym pomysłem jest wcześniejsze poznanie charakterystyki przeciwnika i odpowiednie przygotowanie się do starcia, m.in. poprzez stworzenie właściwego ekwipunku.

Monster Hunter: World jest pod tym względem ogromną grą, która z początku może przytłaczać mnogością rozwiązań, listą przedmiotów, znajdowanych na każdym kroku surowców i drzewek umiejętności czekających na rozwinięcie. Dlatego jeszcze raz podkreślę, że to nie jest gra na 5, 10 czy nawet 20 godzin. Tutaj nawet po 100 godzinach można odkrywać i uczyć się zupełnie nowych rzeczy. Ukończenie głównych misji fabularnych (a po drodze jest masa sidequestów, powtarzalnych zadań czy sieciowych wydarzeń) to zajęcie na 40-50 godzin, ale prawdziwa przygoda zaczyna się dopiero później. Po zakończeniu historii możemy nadal tworzyć coraz lepsze bronie i ekwipunek, by docelowo móc myśleć o zmierzeniu się z największymi potworami w całej grze.

Ważnym elementem Monster Hunter: World jest także sieciowa kooperacja, którą zwolennicy solowego grania mogą całkowicie pominąć. Tym niemniej 4 zgranych łowców pozna tę grę z zupełnie innej strony. Poznanie mechanizmów działania trybu multiplayer wymaga przebrnięcia przez serię instrukcji, które nauczą nas o Squadach (odpowiedniki gildii/klanów), prywatnych i publicznych sesjach, dołączania do questów etc. W kilku miejscach Capcom postawił na niewygodne rozwiązania (np. konieczność oglądania znajomych cutscenek przed dołączeniem do sesji kolegi), nie pozwala także dołączać graczom o niższej randze do bardziej doświadczonych zawodników, jeżeli mamy za niski poziom do danej misji. Zapomnijcie także o wspólnym przechodzeniu fabuły od A do Z jak w typowej grze kooperacyjnej. Tym niemniej sieciowa kooperacja stanowi genialny dodatek, który pasuje do Monster Hunter: World jak ulał. Granie drużynowe to naprawdę zupełnie inna bajka i jeżeli mamy 3 rozumnych kompanów (najlepiej z komunikacją głosową), to wspólne pokonywanie potężnych bestii jest wielce satysfakcjonujące.

Po napisaniu prawie 10 tysięcy znaków nadal poruszam się zaledwie po powierzchni tego, co Monster Hunter: World oferuje graczowi gotowemu spędzić z tą grą co najmniej 50 godzin swojego życia. To ogromna, rozbudowana i wielce satysfakcjonująca gra. Wymagająca, ale sprawiedliwa mechanika sprawia, że po każdej porażce chcemy szukać nowych rozwiązań, kombinować z uzbrojeniem i wykorzystaniem elementów otoczenia. Ten świat żyje i czeka na poznanie, bo dopiero, gdy staniemy się jego częścią, zaczniemy odnosić zwycięstwa. Dla łowcy biegającego od punktu A do B, który myśli tylko o machaniu mieczem, nie ma tutaj miejsca.

PlayStation 4Monster Hunter: World

  • Rozmach
  • zróżnicowanie terenu i potworów
  • przepiękny świat
  • każda broń to inny rodzaj walki
  • sieciowa kooperacja
  • mnóstwo pobocznych aktywności
  • polskie napisy
  • UI
  • kilka zgrzytów w online
  • sporadyczne glitche

Monster Hunter nowej generacji

Najnowsze
Lubisz nas?