Popkultura

O pożytkach z bycia świrem napędzanym traumą - recenzja filmu American Assassin

Joanna Kułakowska, 18.09.2017 10:00 0

Obecnie zamachy terrorystyczne ze strony radykalnych muzułmanów zdarzają się tak często, że pewnie zajmą poczesne miejsce w filmach sensacyjnych.

Od takiego właśnie, wyjątkowo brutalnego zamachu terrorystycznego rozpoczyna się American Assassin w reżyserii Michaela Cuesty. Głównego bohatera filmu – Mitcha Rappa (Dylan O’Brien) – poznajemy jako zakochanego do nieprzytomności chłopaka, który oświadcza się swojej ukochanej, i wszystko wskazuje na to, że tę dwójkę, miłą dla oka, sympatyczną i raczej dość zamożną, czeka w życiu wiele cudownych chwil. Niestety, życie pisze różne scenariusze, niektóre spod znaku krwawej łaźni. Mitch przeżył dosłownie cudem. Kiedy wyszedł z szoku (bo traumy nigdy się do końca nie pozbył), postanowił, że nie odpuści – znajdzie winnego i dokona zemsty. Oddał się treningom walki wręcz i strzelania, wyedukował się wszelkich możliwych drobiazgów związanych z kulturą i prawdami wiary islamu, nawiązał kontakt z terrorystami i... wylądował pod kuratelą CIA. O mały włos, a skończyłby w więzieniu, na szczęście członkini „grupy trzymającej władzę”, Irene Kennedy (Sanaa Lathan), miała wobec niego inne plany, dzięki czemu skierowano go do grupy agentów specjalizujących się w usuwaniu zagrożeń – pod kuratelą Stana Hurleya (Michael Keaton). Niemal w tym samym czasie pojawia się wielkie zagrożenie – z newralgicznego (choć już w zasadzie opuszczonego) miejsca w Rosji znika pluton... Kto za to odpowiada? Kto będzie kupcem? Czyżby Iran?...

Tak wygląda tło i zawiązanie akcji. Sama fabuła obrazu American Assassin jest, delikatnie rzecz ujmując, banalna i opiera się na znanych założeniach oraz typowych rozwiązaniach. Mamy tu niezwykle sprawnego fizycznie, utalentowanego, młodego mężczyznę, który pod wpływem ciężkich przeżyć zafiksował się na idei oczyszczenia świata z tych złych. Potrafi znakomicie improwizować i odnajdywać się w sytuacjach „bez wyjścia”. Niestety, nie jest skłonny słuchać rozkazów, właściwie nawet niezbyt to potrafi. Paradoksalnie to, co z jednej strony czyni z niego świetnego agenta, z drugiej stanowi jego piętę Achillesa – emocje, które go napędzają, motywują i sprawiają, że może dokonać niemożliwego, mącą mu percepcję i czynią zeń krnąbrną „dziką kartę”, potencjalnie rozwalającą misterne plany przełożonych. Mamy też jego mentora, który pokazowo traktuje z pogardą szarże, jest twardym superspecjalistą i – jakżeby inaczej – posiada słaby punkt zakorzeniony w swej przeszłości. Ich relacja rozwija się wręcz archetypowo – od niechęci do wzajemnego szacunku i przywiązania.

Co do czarnych charakterów, ich motywacji i zachowań, to, wypisz wymaluj, postacie niczym z płytkich dziełek kina sensacyjnego z lat 80., które czerpały z niepokojów związanych z działaniami po obu stronach żelaznej kurtyny, tyle że American Assassin bazuje na aktualnej sytuacji geopolitycznej, gdzie zagrożenie nie dotyczy komunizmu, a świata muzułmańskiego, który pod religijnym, a nie ideowym płaszczykiem usiłuje zniszczyć „amerykańskich imperialistów”. Do tego dochodzi motyw zawiedzionego zaufania, które de facto przekształca się w chorobę psychiczną. Na szczęście zrobiono unik przed jednoznacznym przesłaniem, pokazując, że nie wszystkimi Amerykanami kieruje jakkolwiek pojęty patriotyzm i nie wszyscy z „obozu przeciwnego” są pozbawionymi skrupułów, krótkowzrocznymi „złolami”. Unik niby dość typowy, ale inaczej film okazałby się przykładem niestrawnej propagandy.

Akcja jest bardzo prosta. W filmie Michaela Cuesty są tak naprawdę jedynie dwa przyzwoite zwroty akcji (z czego oba do przewidzenia przez fanów i fanki szpiegowskich thrillerów) oraz może ze trzy budzące zainteresowanie cliffhangery. Przez większość seansu widz prowadzony jest jak po sznurku, ale, co ciekawe, fabuła generuje – nie wiadomo, czy zamierzone przez twórców – poczucie koszmarnego bałaganu. Efekt ten częściowo wynika ze sposobu realizacji przy użyciu rozkołysanej, jakby „pijanej” kamery, która przy tym często koncentruje się na twarzach i obejmuje sylwetkę z minimum tła. Prawdopodobnie miało to za zadanie zapewnić lepsze wczucie się w „chwieją” sytuację bohatera, którego życie jest zagrożone, i podkreślić dynamikę scen akcji, ale wywołuje raczej wrażenie choroby morskiej (szczególnie w scenie na morzu, choć nie tylko). W produkcji American Assassin zastosowano zabieg znany chociażby z niedawno wyświetlanego na ekranach kin thrillera szpiegowskiego (również o tematyce walki z islamskim terroryzmem) – Tożsamość zdrajcy, którego recenzję można przeczytać tutaj – nadano światu przedstawionemu pozbawione ciepła, spopielałe, ciemne, a przez to nad wyraz ponure barwy i wykorzystano mocno klaustrofobiczne ujęcia. Podobać się może solidnie spreparowany, malowniczy efekt specjalny (ale by uniknąć spoilera, nie można powiedzieć nic więcej).

Warto wspomnieć o polskim akcencie obecnym w obrazie Cuesty – scenie, która wywołała ryk śmiechu na sali. Trudno go jednak uznać za prezent. Może za, nomen omen, perskie oko? Że możemy skończyć niczym wyznaniowy Iran albo już tak skończyliśmy? Na pewno na tym przykładzie widać, jak jesteśmy postrzegani w USA. Tak czy owak, przyznać trzeba, że przynajmniej mamy do czynienia z poprawnym językiem polskim, a nie żenadą, jak to było w przypadku X-Men: Apocalypse Bryana Singera. Jeśli chodzi o grę aktorską, to wypada ona przeciętnie – aktorzy nie zaliczyli tu wielkich wpadek, ani też nie popisali się wirtuozerią. Dylan O’Brien (Mitch Rapp), który wizualnie bardzo się zmienił od czasu Więźnia labiryntu Wesa Balla, wypada całkiem wiarygodnie, zwłaszcza w napadach agresji, w przeciwieństwie do nieco drętwego Taylora Kitscha w roli jego głównego adwersarza. Michael Keaton (Stan Hurley) prezentuje się tak, jakby próbował odtworzyć swoją interpretację Batmana w filmie Tima Burtona, niestety chyba brakowało mu ochoty, by się w pełni zaangażować (a już na pewno daleko tu do kreacji tytułowego bohatera Birdmana Iñárritu). Sanaa Lathan (Irene Kennedy) i Shiva Negar (Annika) w rolach agentek są doskonale nijakie.

Trzeba przyznać, że American Assassin stawia dość ciekawe pytania o rolę emocji w funkcjonowaniu naprawdę dobrego agenta, a de facto zabójcy na usługach rządu. Przecież łatwo powiedzieć, że emocje należy wyłączyć – prawdą jest, że mogą zaburzyć ocenę sytuacji, ale czy zawsze? Czyż nie dodają siły? Łatwo powiedzieć, że agenci nie powinni tworzyć więzi, że każdy ma być traktowany jak pionek, który po prostu może spaść z szachownicy. Czy aby na pewno zawsze jest to słuszne? Czy w ogóle jest możliwe? I wreszcie – gdzie leży granica między patriotą a terrorystą? Kiedy stajesz się chorym psychicznie potworem? Co będzie, jeśli pies dostanie wścieklizny i pogryzie swego pana? Przesłanie filmu Cuesty jest zdecydowane i proste – dosyć gołębi, więcej jastrzębi. Na radykalizm trzeba radykalnie odpowiedzieć, bo tamci nie przestaną zabijać. Trzeba ich więc znaleźć i zlikwidować. Są ludzie, którzy mają potrzebę zemsty, i warto to umiejętnie wykorzystać, przekuwając w wyższe dobro, jakkolwiek by to kontrowersyjnie nie brzmiało. Niestety, to wszystko traktowane jest powierzchownie i znika gdzieś w pijanych podrygach kamery. Generalnie niniejsza produkcja miała potencjał, by stać się porządną rozrywką wykorzystującą aktualne lęki i bolączki, ale wyszło przeciętne, trochę nużące filmidło, które można obejrzeć albo i nie. Brak tego seansu w osobistych doświadczeniach niespecjalnie zuboży odbiorcę.

najnowsze

Do Mordhau nadchodzą spore zmiany

Twórcy gry Mordhau podzielili się planami rozwoju swojej produkcji – dostaniemy między innymi dwie nowe mapy, dodatkowy tryb rozgrywki oraz inne przydatne funkcje, które dziś omówimy.