Recenzja

Cisza przed burzą - recenzja Life is Strange: Before The Storm

Paweł Pochowski, 24.10.2017 10:30 3

Oceniamy trzeci i zarazem ostatni epizod Before The Storm.

Ubolewaliście, gdy Dontnod Entertainment ogłosiło, że kontynuacja Life is Strange skupi się na zupełnie nowych postaciach? Bo ja szczerze powiedziawszy tak. Chyba każdy gracz, który przeszedł pierwszy sezon Life is Strange śledząc losy ospałej, ale sympatycznej Max próbującej poukładać swoje życie i zupełnie przy okazji uratować małe miasteczko korzystając z umiejętności cofania czasu zgodzi się, że fabuła pierwszej części bynajmniej nie wyczerpała potencjału tkwiącego w tych postaciach. Co więc można zrobić, jeżeli nie ma miejsca na sequel? Ano prequel właśnie i to na taki ruch zdecydowali się twórcy, oddając jednocześnie swoje dziecko w ręce studia Deck Nine. Na szczęście zmiana nie jest zbyt odczuwalna, a nowi twórcy z powodzeniem zabierają nas na ponowną przejażdżkę po znanych miejscach i motywach. Co prawda historia nie kręci się już wokół Max, ale Chloe okazuje się być urodzoną pierwszoplanową bohaterką.

Siema Max, tu Chloe. Fuck you.

W Life is Strange: Before The Storm Chloe poznajemy całkowicie z innej strony. Nie jest jeszcze tak zgorzkniałą, ale już nieźle doświadczoną przez życie osobą. Nie poradziła sobie ze śmiercią ukochanego taty, gdy straciła następną ważną osobę – Max wyprowadziła się do Seattle i od tego momentu nie daje znaku życia, zupełnie jakby zapomniała jak odpisuje się na smsy. Dodajcie do tego wszystkiego nowego faceta matki, który próbuje ustawić ją wedle swoich zasad, brak znajomych, z którymi można szczerze pogadać, a będzie już tego całkiem sporo jak dla młodej dziewczyny. Nie więc dziwnego, że szuka oderwania przy piwie oraz trawce, zaczyna wagarować i imprezować z ludźmi znacznie starszymi od siebie, a swój gniew wyraża poprzez mazanie po ścianach czarnym flamastrem.

Całość ponownie ma więc polot młodzieżowego serialu obyczajowego, ale nikt kto przeszedł Life is Strange nie powinien czuć się zaskoczony ani tym bardziej rozczarowany. Twórcy przyzwyczaili już nas do tego, że opowiadają w gruncie rzeczy o codziennych sprawach i problemach, ale podawanych wraz ze świetną realizacją, ciekawymi spostrzeżeniami i realistycznymi dylematami bez specjalnego kolorowania rzeczywistości. Tak jest i tym razem, choć całość po wycięciu motywu manipulowania czasem jeszcze mocniej przypomina serial telewizyjny, ale gdyby wszystkie z nich odznaczały się równie dobrze nakreślonymi postaciami oraz ciekawymi dialogami, to pewnie siedzielibyśmy dziś więcej przed tv niż komputerami.

Wspomniane dialogi przewijają się zresztą znacznie częściej, bo choć Chloe nie potrafi manipulować czasem jak Max, prawdziwa z niej twardzielka i gdy się wkurzy lub mocno czegoś chce potrafi wdać się w kłótnię i tak nagadać swojemu rozmówcy, że temu idzie dosłownie w pięty. Całość przybiera natomiast formę minigierki w przerzucanie się argumentami, w której naszym zadaniem jest wykazanie się umiejętnością rzucania celnych ripost poprzez używanie ukrytych w dialogach słowach-kluczach. W pierwszym odcinku nie jest to można kluczowa mechanika pod względem popychania akcji naprzód, ale zdecydowanie ciekawy i przyjemny dla graczy element.

Ciekawe jest jednak to, że historia choć pozbawiona jednej ze swoich ciekawszych mechanik generalnie nie traci nic ze swojego ujmującego, magicznego wprost klimatu. Totalnie rozumiem tych, którzy w Life is Strange nie znajdują nic poza nudą, a grę nazywają symulatorem ucinania sobie rozmów z losowymi postaciami. Pewnie tak po części nawet jest. Ale jeśli załapaliście bakcyla na klimat z pierwszej części i spodobała Wam się przejażdżka emocjonalną kolejką wykreowaną przez twórców gry, pewnie ucieszycie się z faktu Life is Strange: Before The Storm dostarcza równie melancholijnej i przyjemnej zabawy pod tym względem, choć nie da się ukryć, że scenariusz delikatnie odstaje od poziomu pierwszej części. Głównie dlatego, że rozwój pierwszoplanowej relacji z fabularnego punktu widzenia przebiegł zdecydowanie zbyt szybko i wprost nierealistycznie.

Gdyby dalej się czepiać, nie da się ukryć, że w Before The Storm twórcy nie pozwolili graczom zbyt mocno wpłynąć na rozwój akcji. I to do tego stopnia, że w niektórych miejscach czułem się wprost pozbawiony kontroli – wybierałem opcje dialogowe sugerujące zdecydowanie inny komunikat niż końcowo wysyłała główna bohaterka zupełnie, jakby sama zaskakiwała się wypowiadanymi przez siebie słowami. Dla ich usprawiedliwienia dodam, że pierwszy epizod został poświęcony wprowadzeniu nowej postaci głównej i nakreślenia tła fabularnego dla przedstawianych wydarzeń, całość jest więc wstępem do dalszej akcji i mam nadzieję, że to właśnie wtedy historia rozwinie skrzydła.

Nie spodziewam się za to poprawy pod poziomu technicznego produkcji, a w przypadku Life is Strange: Before The Storm upływ czasu widać niestety dość wyraźnie. Grafika nadal prezentowana jest ze specyficznymi filtrami nadającymi całości rysunkowy wprost charakter, który w gruncie rzeczy stara się zakryć niedoskonałości oprawy wizualnej, ale tym razem zadanie jest trudniejsze. Przede wszystkim animacje postaci wypadają bardzo nieprzekonywująco, a rozmyte na drugim planie niewyraźne tekstury poszczególnych obiektów nie wpływają na całość pozytywnie. W przypadku jedynki udawało mi się podziwiać całość bez specjalnego grymaszenia, tym razem brzydota niektórych elementów biła już z ekranu zdecydowanie mocniej. Twórcy muszą poprawić ten aspekt w przypadku kontynuacji Life is Strange, bo z całą pewnością przyszedł na to najwyższy czas. Z drugiej strony także pod względem oprawy Before The Storm nie traci nic ze swoich najmocniejszych stron. O tym, że ścieżka dźwiękowa trzyma ten sam wysokim poziom, co pierwsza część gry przekonujemy się jeszcze w menu głównym w pierwszych sekundach rozgrywki. A dalej jest już tylko lepiej.

W ostatecznym rozrachunku pierwszy epizod Life is Strange: Before The Storm broni się całkiem dobrze. Przede wszystkim zmiana twórców nie ujęła grze nic z jej specyficznego tempa i klimatu narracji. Nowa główna bohaterka Chloe przejęła pałeczkę bez specjalnych kompleksów i zawładnęła sceną dając niezłego czadu nawet pomimo faktu, że scenariusz nie pozwolił jej na wiele będąc tak właściwie wstępem do dalszych wydarzeń. Być może z tego powodu główna relacja w grze została rozwinięta ze zbytnim pośpiechem, a całości zabrakło mocniejszych momentów, lecz magia pierwowzoru i potencjał jest tu wyraźnie wyczuwalny i to pomimo faktu, że oprawa wizualna została nadgryziona zębem czasu. Najważniejsze, że muzyka nadal daje radę, a najmocniejsze zalety oryginału pozostały bez zmian. Czekam na więcej.

Ocena pierwszego epizodu: 7.0

Nie ma tego złego...

Jeżeli liczyliście na to, że po TAKIM cliffhangerze, z jakim pozostawiono graczy po pierwszym epizodzie Before The Storm w drugim odcinku koniecznie musi się podziać to... możecie czuć się lekko rozczarowani. Ja przynajmniej tak się czuję. Przede wszystkim dlatego, że scenariusz wpuszcza fanów trochę w maliny. Co prawda nie rezygnuje z opowiadania o mniejszych i większych problemach codzienności i nadal robi to w sposób naprawdę świetny i wciągający, opierając fabułę na dobrze napisanych postaciach oraz fajnie napisanych dialogach, ale mimo wszystko można było spodziewać się znacznie więcej.

Before The Storm z całą pewnością ponownie dowodzi, że Chloe świetnie wypada jako pierwszoplanowa postać i radzi sobie pod tym względem znacznie lepiej od Max. Dziewczyna dopiero wchodzi w fazę buntu, ale już teraz ma charakterek. Potrafi odpyskować, ale jednoczesnie gdy trzeba nie boi się wziąć sprawy w swoje ręce i zdobyć się na rzeczy, których Max nie zrobiłaby z całą pewnością. A to natomiast sprawia, że akcja jest żywsza, jej śledzenie bardziej wciąga, a Chloe jako bohaterka jest po prostu bardziej ciekawa i intrygująca.

I to nawet pomimo faktu, że akcja nabiera tempa znacznie wolniej niż spodziewałem się po pierwszym odcinku. Zakładałem, że biorąc pod uwagę długość aktualnego sezonu w połowie drugiego odcinka przynajmniej część wątków rozkręci się na dobre, a wcale tak nie jest. Co więcej, deweloperzy pozwolili sobie na dłużyzny, a nawet zostawienie całych sekcji, które nie wnoszą zbyt wiele do rozgrywki. Nie dowiadujemy się z nich zbyt wiele ani o głównej bohaterce, ani o postaciach drugoplanowych. Dodatkowo nie są one zbyt interesujące pod względem gameplay'u. Mógłbym co prawda bronić twórców tym, że w sumie Brave New World trwa aż trzy i pół godziny, ale przecież zamiast zapychacza mogli w tym miejscu wstawić coś lepszego.

Co więcej, Deck Nine bardzo chętnie zabiera nas w wycieczkę po znanych już miejscach. Było widać to przy pierwszym odcinku, pojawia się i przy następnym, który prawie w połowie rozgrywa się w lokacjach, które mogliśmy odwiedzić już w poprzedniej części gry. Szkoda tylko, że twórcy prequela wypadają na tym tle gorzej od twórców oryginału, a lokacje przez nich tworzone są nie tylko mniejsze, ale i dodatkowo biedniejsze w liczbę możliwych interakcji. Dodatkowo pojawiają się też miejsca znane z pierwszego odcinka Before The Storm. Wszystko to wraz z dłużyznami z poprzedniego akapitu sprawia, że zabawa w drugim odcinku traci na tempie i bywa lekko nużąca. Nie pomaga fakt, że w drugim odcinku "wielka improwizacja" (bo także jest dla niej miejsce, podobnie jak i w pierwszym!) odbywa się na teatralnych deskach, a jej zrozumienie i śledzenie jest przez to trudniejsze niż sesja RPG z pierwszego odcinka.

Niesty nie będzie to koniec moich narzekań na Before The Storm. Po kolejnym spędzonym z grą epizodzie jeszcze mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że prequel jest brzydszy od pierwszej części. Owszem, mimika twarzy wygląda lepiej, ale to chyba tylko dlatego, że Life is Strange pod tym względem po prostu kulało. Natomiast mam wrażenie, że ogólnie animacja znacznie się pogorszyła. Postacie poruszają się sztucznie i nienaturalnie, a momentami zamiast wypadać przekonująco, prezentują się raczej śmiesznie.

Dobrze, że jedno się nie zmieniło i po raz kolejny oprawa audio jest na piątkę z plusem. Świetnie udźwiękowione postaci, przyjemni dla ucha aktorzy głosowi i nastrojowa, klimatyczna muzyka, którą doceniam nawet pomimo faktu, że na co dzień podobnego gatunku raczej nie słucham. Ale przy Life is Strange idealnie łączy się ona z pracą kamery i nastrojem rozgrywki co sprawia, że całość tworzy idealną, magiczną wręch harmonię.

Reasumując, Brave New World trochę mnie zawiodło. Liczyłem na szybszą akcję, dodatkowo sądząc, że pod koniec drugiego epizodu niektóre główne wątki będą bardziej rozwinięte. Tak się nie dzieje, a dodatkowo odwiedzamy głównie znane już miejsca - albo z poprzedniego sezonu, albo z poprzedniego epizodu. To wszystko razem plus raczej niepotrzebna scena na złomowisku sprawiają, że całość miejscami nuży i to pomimo faktu, że scenariusz czy dialogi jak zwykle stoją na odpowiednio wysokim poziomie. Lekki spadek formy odnotowuje w ocenie drugiego odcinka, co nie zmienia faktu, że trzymam kciuki za ostatni epizod i czekam na niego z niecierpliwością.

Ocena drugiego epizodu: 6.0

Ostatni z aktów

Hell is Empty, finałowy epizod Life is Strange: Before the Storm, mógł sprawić, że prequel zostanie zapamiętany i oceniony lepiej od oryginału. Niestety, ostatecznie okazuje się, że ta poprzeczka została zawieszona trochę zbyt wysoko.

Pewnie nie będzie dla nikogo specjalną tajemnicą, że w Hell is Empty jeszcze więcej dowiadujemy się o Rachel. Rodzinne sekrety klanu Amberów okazują się być niezwykle istotne dla głównego wątku fabularnego, choć trzeci epizod zamyka naturalnie także wątki poboczne. Cześć z nich okazuje się zresztą nie mieć zbytniego znaczenia dla rozwoju scenariusza, ale dokładna eksploracja podczas zabawy oraz postępowanie według pewnego kodeksu umożliwia nadanie finałowym wydarzeniom lekko innego biegu. Before the Storm zgodnie z zapowiedziami buduje tło dla postaci Chloe, jej relacji z Rachel oraz fabuły samego Life is Strange, ale pozostawia wiele niedomówień. Jeżeli mieliście nadzieję na to, że pewne rzeczy z finału "jedynki" mogą zostać wyjaśnione w Before the Storm, to niestety mogę Was zapewnić, że tak się po prostu nie dzieje.

Najmocniejszym punktem Before the Storm ostatecznie okazuje się sama Chloe. Jej przemiana na oczach fanów w postać, którą znamy z pierwszej części gry przebiega ze sporym ładunkiem emocjonalnym. To przede wszystkim świetna okazja do lepszego poznania Chloe i jej polubienia, bo jest to sympatyczna i bardzo energiczna postać, napisana i zagrana w bardzo fajny sposób. Odbywa się to wszystko głównie w licznych dialogach, bo Hell is Empty, jak i całe Before the Storm to głównie rozmowy, a w mniejszym stopniu interakcje ze światem gry. Na szczęście nie brakuje ani akcji, ani jej nagłych zwrotów, które sprawiają, że historia wciąga nawet wtedy, gdy nie mamy zbyt wiele do zrobienia. Dodatkowo, dzięki dobrze zrealizowanym ujęciom, całość bardzo dobrze się śledzi. Dobrego efektu nie psuje nawet słaba animacja postaci, choć grafika w Before the Storm z całą pewnością nie należy do najmocniejszych punktów gry, a Hell is Empty jedynie to potwierdza.

Z całą pewnością jednak finał trzeciego epizodu trudno uznać za szczególnie satysfakcjonujący. Szczególnie, jeśli zobaczycie to samo zakończenie, które widzi 90 procent graczy, jak wynika ze statystyk prezentowanych na koniec. Twórcy przez większą część ostatniego epizodu budują wątek, który rozpada się właściwie na samej końcówce i to nie do końca wiadomo nawet dlaczego. I niestety odniosłem to wrażenie nawet pomimo faktu, że byłem dość uważny i wchodziłem w interakcje ze wszystkimi możliwymi postaciami i przedmiotami. Wyniki osiąganych niektórych rozwiązań dla wątków pobocznych przez graczy na poziomie 0% mówią same za siebie - o pewnych możliwościach nie dowiaduje się prawie nikt, co chyba jasno pokazuje, że coś jest z tym nie tak. Podobnie było zresztą w dotychczasowych dwóch odcinkach. Trochę szkoda.

Finalnie miałem nadzieję, że Hell is Empty będzie po prostu lepszym zwieńczeniem historii, która do niektórych z poruszanych przez siebie wątków nie dodaje praktycznie nic. Before the Storm otrzymuje plusa za realizację i postać Chloe, ale minusa za grafikę i zwieńczenie głównego wątku. Wydarzenia śledzi się z zapartym tchem, ale trudno pozbyć się wrażenia, że miejscami całość nie wszędzie się klei. Mimo wszystko, fanom Life is Strange radzę się skusić, bo dostaną więcej tego samego, co przykuło ich do monitora poprzednim razem.

Ocena trzeciego epizodu: 6.0

Ocena całego sezonu - 6.3

najnowsze