Recenzja - konsole

Eliksir młodości - recenzja Crash Bandicoot N. Sane Trilogy

Jakub Zagalski, 30 czerwca 2017 15:30 10

Crash Bandicoot N. Sane Trilogy to remake pełną gębą. Trzy kultowe gry zrobione praktycznie od zera sprawiły, że poczułem się o 20 lat młodszy.

Postaci Crasha, Coco czy Dr. Neo Cortexa nie trzeba przedstawiać nikomu, kto miał szczęście dorastać wraz z pierwszym PlayStation. Kultowa seria zręcznościówek od Naughty Dog była prawdziwym system sellerem i ze świecą szukać posiadacza konsoli Sony, który nie grałby, albo chociaż nie słyszał o tej marce. Zresztą, niech przemówią liczby: debiutancki Crash Bandicoot (1996) dotarł do ponad 6,8 milionów odbiorców, zaś sequele Crash Bandicoot: Cortex Strikes Back (1997) i Crash Bandioot: Warped (1998) sprzedały się w odpowiednio 5,2 i 5,7 milionach egzemplarzy. Czapki z głów.

O burzliwej historii serii Crash Bandicoot pisałem rok temu z okazji 20-lecia narodzin kultowego jamraja. Dość powiedzieć, że marka należąca do Activison od lat rozmienia się na drobne i nie wyobrażam sobie powrotu do dawnej świetności. Na szczęście nowo wydana składanka Crash Bandicoot N. Sane Trilogy przełamuje złą passę i po wysypie multiplatformowych sequeli i nieudanych eksperymentów typu Crash of the Titans, remake oryginalnej trylogii pomaga ukoić skołatane nerwy fana dawnego Crasha.

Warto podkreślić, że Crash Bandicoot N. Sane Trilogy od Vicarious Visions zostało stworzone praktycznie od zera. Twórcy mający na swoim koncie kilka crashowych platformówek na Game Boy Advance czy Crash Nitro Kart nie dysponowali kodem źródłowym oryginalnej trylogii i przydatnymi materiałami referencyjnymi (polecam ciekawy artykuł na ten temat), więc musieli włożyć mnóstwo pracy w uchwycenie ducha gier Naughty Dog, z jednoczesnym zachowaniem kluczowych elementów (sterowanie, praca kamery), a wszystko to obudować współczesną oprawą. Z pewnością nie było łatwo, ale efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.

Absolutnie wszystko, od intra, przez menu, aż po wygląd i brzmienie poziomów i postaci zostało pieczołowicie odtworzone, bo trudno to nazwać liftingiem czy wprowadzeniem poprawek. Między poszczególnymi grami nie mamy do czynienia z takim skokiem technologicznym jak 20 lat temu. Różnice graficzne wynikają bardziej z projektu poziomów niż możliwości – te z "jedynki" są bardziej oszczędne i mniej pomysłowe. Ale tak to właśnie było przed laty. Jeżeli nie graliście ostatnio w oryginalne Crashe, to włączcie sobie chociażby jakiś archiwalny zwiastun czy gameplay, by zobaczyć, że między Crash Bandicoot a dwa lata późniejszym Warped naprawdę sporo się zmieniło. Tak pod względem grafiki jak i samej rozgrywki.

Nie ma co ukrywać, pierwszy Crash to najsłabszy element nowej składanki, i chociaż mam do tej gry ogromny sentyment, to różnica między debiutem a sequelami jest widoczna na pierwszy rzut oka. W 1996 roku Naughty Dog dostarczyło świetną i na swój sposób innowacyjną zręcznościówkę 2,5D, która pokazywała moc pierwszej konsoli Sony, jednak dopiero w Cortex Strikes Back (uważanej za najlepszą część serii, choć ja wolę "trójkę") i Warped twórcy rozwinęli skrzydła. Dodali mnóstwo nowych pomysłów, ruchów, pojazdów czy broni, które skutecznie urozmaicały zabawę z udziałem Crasha, a później także Coco. Nota bene, młodsza siostra Crasha jest teraz w pełni grywalną postacią we wszystkich trzech grach – wcześniej mogliśmy nią sterować wyłącznie na dedykowanych poziomach w "trójce", zaś w "jedynce" nie pojawiała się w ogóle. Dodanie tej opcji to miły ukłon w stronę fanów Coco, jednak nie liczcie na wynikające z tego różnice w sposobie grania. To raczej skin dla głównej postaci, z takim samym wachlarzem ruchów i ataków o takim samym działaniu niż alternatywna postać z szeregiem odmiennych zdolności.

Odtworzenie światów autorstwa Naughty Dog i nadanie im współczesnej głębi było nie lada wyzwaniem. Nowa ekipa podeszła do całej sprawy z ogromnym szacunkiem do materiału źródłowego i udało jej się sprawić, że doskonale znane poziomy czy przeciwnicy nie sprawiają wrażenia współczesnych wariacji. Oczywiście niektóre elementy trzeba było zrobić praktycznie w całości po swojemu – wystarczy spojrzeć na oryginalne otoczenie Wielkiego Muru z Warped i porównać je z dziełem Vicarious Visions. Tam, gdzie w tle widniały surowe, zielone pagórki, teraz widzimy bogate w szczegóły obiekty, które doskonale pasują klimatem do pierwotnego zamysłu. To samo tyczy się chodzących w te i we wte przeciwników, którzy doczekali się stosownych upiększeń, ale to w dalszym ciągu starzy i rozpoznawalni na pierwszy rzut oka znajomi.

Oprawie graficznej Crash Bandicoot N. Sane Trilogy trudno tak naprawdę cokolwiek zarzucić. Ostre jak brzytwa tekstury w połączeniu z szeregiem imponujących efektów (odbicia w lodzie, woda, ogień) tworzą spójną i miłą dla oka całość. Można co prawda ponarzekać, że wszystkie gry hulają w 30 klatkach animacji na sekundę (na szczęście nic nie zwalnia), jednak tak też było w przypadku oryginalnych gier. Fajnie, gdyby Vicarious Visions przyśpieszyło akcję do płynnych 60 FPS-ów, ale brak tego elementu nie jest szczególnie uciążliwy, zwłaszcza dla osób przyzwyczajonych do wersji z PSX-a. Puryści mogą z kolei kręcić nosem na dubbing, który siłą rzeczy musiał zostać nagrany od nowa, a przez to nie udało się zatrudnić aktorów podkładających głos w oryginalnej trylogii. Większość z nich pracowała jednak nad wcześniejszymi grami z serii Crash Bandicoot, więc osoby znające Crash Twinsanity czy Crash Team Racing z pewnością rozpoznają znajome głosy. Grunt, że ekipa spisała się na medal i tchnęła nowe życie w kultowych bohaterów – w niektórych, na przykład Tawnę z "jedynki", po raz pierwszy w historii.

Takich różnic między oryginalnymi a zremasterowanymi grami jest zresztą o wiele więcej, chociaż nie da się ukryć, że tylko najbardziej hardcore'owi fani zauważą, że w danym poziomie są dwie dodatkowe skrzynki do rozbicia, albo że doszła nowa animacja w walce z bossem. Ważniejsze zmiany to chociażby dodanie opcji auto-save do pierwszej gry, ujednolicenie menu czy dodanie trybu Time Trials do wszystkich trzech gier. Krótko mówiąc, Crash Bandicoot N. Sane Trilogy to przemyślany i dopieszczony zestaw, który naprawia i ulepsza dawne potknięcia i niweluje ograniczenia.

Jeżeli w erze pierwszego PlayStation zagrywaliście się w produkcje Naughty Dog, to po prostu musicie sięgnąć po Crash Bandicoot N. Sane Trilogy. Dziecko Vicarious Visions nie jest kolejnym zrobionym na kolanie remasterem, jakich ukazuje się na rynku całe mnóstwo. Jeżeli baliście się, że uświadczymy tu prostej wymiany tekstur, dodania kilku efektów i przycięcia obrazu do panoramicznych telewizorów, to po raz kolejny rozwiewam wszelkie obawy. Crash Bandicoot N. Sane Trilogy nie żeruje na nostalgii, lecz zapewnia sentymentalną podróż w przeszłość w niesamowicie komfortowych warunkach. W epoce PlayStation 3 nie miałem nic przeciwko (z pewnymi wyjątkami) remasterom HD gier z PS2, i zadowalałem się prostym liftingiem ulubionych gier, jednak składanka Crasha to zupełnie inna kategoria i poziom wykonania.

Jestem pod ogromnym wrażeniem pracy następców Naughty Dog, którzy z szacunkiem dla oryginału potrafili stworzyć prawdziwie współczesny produkt. Pod względem rozgrywki to w dalszym ciągu 20-letnie gry z oczywistymi archaizmami, jednak jestem święcie przekonany, że momentami niewygodna kamera czy detekcja kolizji nie przeszkodzi zupełnie nowemu pokoleniu graczy cieszyć się przygodami najbardziej znanego jamraja na świecie.

Crash Bandicoot N. Sane Trilogy PS4

  • dwie genialne gry i jedna słabsza w przystępnej cenie
  • oprawa audio-wizualna
  • idealny prezent dla wygłodzonych fanów Crasha
  • różnice do wyłapania przez weteranów
  • mnóstwo sekretów i dodatkowych wyzwań
  • Coco to miły, ale mało znaczący dodatek
  • 20-letnie archaizmy w rozgrywce
Sentymentalna podróż w przeszłość w niesamowicie komfortowych warunkach 9.0
Bloodborne na PC, Gears of War na Switchu, a Zelda na Xboksie?
Recenzja gry Golf Peaks, która z golfem ma niewiele wspólnego
Gdy magowie się kłócą, planety się rozpadają - recenzja Driftland: The Magic Revival
Pieniądz robi pieniądz - recenzja Anno 1800
najnowsze