Bez prądu - film

Recenzja drugiego sezonu The Expanse, science-fiction na jakie nie zasługujemy

Kamil Ostrowski, 22 kwietnia 2017 12:00 8

Najlepszy serial którego nikt nie ogląda stał się jeszcze lepszy. Drugi sezon to prawdziwa klasa.

Powiedzmy sobie szczerze, The Expanse to błąd w Matriksie. To produkcja, która łamie zasady rządzące światem telewizji i biznesu. Istnienie tego serialu jest pozbawione sensu, nie kalkuluje się i nie ma widoków na to, żeby kalkulować się zaczęło. Oglądalność jest słabiutka - ostatnie odcinki oglądało ledwie pół miliona widzów, a to za mało nawet dla niewielkiej stacji telewizyjnej SyFy, która finansuje produkcję. Dla porównania Battlestar Galactica miało prawie czterokrotnie większą oglądalność, kiedy zapadła decyzja o tym, że serial należy skończyć. Kultowe Firefly oglądało prawie pięć milionów osób z odcinka na odcinek. The Expanse nie jest częścią szerszego planu na markę, który miałby poprawić wyniki sprzedaży gier, figurek czy komiksów. Okej są książki, aczkolwiek to raczej one ciągną w górę serial, nie odwrotnie. Nie dajcie się zwieść słabym wynikom. To, że Expanse nikt nie ogląda, to nie znaczy że serial jest słaby. Wręcz przeciwnie – w tym przypadku miliony obojętnych much straszliwie się myli.

Pierwszy sezon chwaliła u nas Joanna Kułakowska, natomiast drugi w obroty wziąłem ja. Miałem sporo szczęścia, bo serial ostro się rozkręcił i kolejna seria naprawdę daje czadu. Zdaje się, że lekko podreperowano budżet, zapewne w związku ze świetnymi recenzjami, a do producenci poczuli się bardziej pewnie i z większym rozmachem podeszli do zadania przeniesienia książek Jamesa S.A. Corey’a (w rzeczywistości to pseudonim artystyczny duetu: Daniela Abrahama i Ty Francka) na język telewizji.

Na początku 2016 roku, wraz z końcem pierwszego sezonu, scenarzyści pozostawili widzów na etapie mniej więcej połowy pierwszej książki stanowiącej przyczynek do serii. Do tamtego momentu The Expanse stanowiło miks kryminalno-przygodowy z wstawkami w postaci politycznych intryg. Drugi sezon w dużej mierze zrywa z poprzednią formułą, idąc bardziej w tony geopolitycznych rozgrywek i cynicznego klimatu spisku. Dziwi, ale też wzbudza podziw fakt, że The Expanse zmienia barwy i adaptuje się tak swobodnie.

Przekłada się to oczywiście również na bohaterów, którzy w drugim sezonie mocno ewoluują. Poważną przemianę zalicza James Holden, na którego idealizmie coraz mocniejsze rysy pozostawiają kolejne dramatyczne wydarzenia. Głębię charakteru, a także nieco bardziej interesujące przymioty dostają także postaci „pierwszodrugoplanowe”, a więc w zasadzie wszyscy członkowie załogi Rocinante: Joe Miller (do czasu), Alex Kamal (okej, odrobinkę głębi), Amos Burton (świetna postać) i Naomi Nagata (zwłaszcza pod koniec).

W tak zwanym „międzyczasie” drugi sezon wprowadził paru nowych bohaterów w miejsce tych, którzy odsunęli się na drugi plan. Relatywnie sporo czasu antenowego dostała Frankie Adams, grająca marsjańską marine Bobbie Draper. Dałem radę się do niej przekonać, pomimo pierwotnej niechęci. Szkoda trochę, że w dalszym ciągu nie przekonuje mnie w stu procentach Steven Strait jako James Holden. Jego postać jest dobrze napisana, ale na drodze do wiarygodności stoi jego gra aktorska, a może też po części aparycja.

W The Expanse dzieje się strasznie dużo. Serial nie zanudza nas ani na chwilę, a patrząc wstecz zdaję sobie sprawę z tego, że sam drugi sezon, ledwie trzynaście odcinków, pchnął fabułę tak bardzo do przodu, że ledwie mogę uwierzyć w to jak on wyglądał w lutym 2017. Gdybyśmy za odniesienie przyjęli The Walking Dead czy Grze o Tron, to mówilibyśmy kilkukrotnie szybszym tempie. Scenarzyści nie wypełniają każdej możliwej szczeliny długimi fillerami i chwała im za to, że praktycznie każdy odcinek pcha fabułę ostro do przodu.

The Expanse pojawiło się znikąd, zaskoczyło mnie i staram się cieszyć tym serialem póki jeszcze jest produkowany. W najśmielszych snach nie liczyłem na to, że znienacka dostaniemy nowego klasyka, który szturmem weźmie serca miłośników gatunku i jakościowo odsadzi konkurencję, również tą o rozepchanych budżetach, o dobrych kilka długości. Pierwszy sezon The Expanse dał mi nadzieję, a drugi upewnił mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Cieszmy się tym, że mamy ten serial, póki go jeszcze nie anulowano. A wspomnicie moje słowa – zostanie on anulowany. Jak długo można produkować serial, którego oglądalność przebijają nawet Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler (z całą moją sympatią do tego programu)? No właśnie…

Waszyngton w ogniu - Tom Clancy's The Division 2 - recenzja
Przepiękne widoki, dziwna historia - recenzja Trüberbrook
Dobranocka dla dorosłych - recenzja Love, Death & Robots
Bajka na dobranoc w zimową porę życia - recenzja filmu Przemytnik
najnowsze