InformacjeFelieton

Zakończenie Mass Effect 3 - geniusz BioWare czy głupota wszech czasów?

... Mateusz Mucharzewski

O zakończeniu Mass Effect 3 powiedziano już całkiem sporo, ale z racji zbliżającej się premiery Andromedy warto na chwilę wrócić do tematu.

Sposób w jaki BioWare zakończyło trylogię Mass Effect to jeden z najgorętszych tematów w całej historii branży gier wideo. Mało jaka rzecz tak rozgrzała atmosferę w dyskusjach. W tym jednak przypadku wyjątkowo społeczność nie była podzielona. Nie powstały grupy hejterów i broniących BioWare. Co najwyżej część graczy wylała wiadro pomyj na kanadyjskie studio, a reszta uznała, że nie warto marnować klawiatury na kolejne negatywne komentarze w Internecie. Ja jednak postanowiłem nieco narazić się fanom uniwersum i przedstawić teorię, wg której zakończenie Mass Effect 3 to przejaw... geniuszu scenarzystów BioWare. Powstrzymajcie się jednak przed pełnymi obelg komentarzami pod tym tekstem. Żadnej teorii spiskowej nie będę promować, chciałbym tylko zachęcić do dyskusji i spojrzenia nieco inaczej na serię Mass Effect.

Na wstępie krótkie wyjaśnienie. Jestem ultra fanem uniwersum. Pierwszą część serii, dla mnie jedną z najlepszych gier w historii, przechodziłem sześciokrotnie. Dla osoby, która po zobaczeniu napisów końcowych zazwyczaj nie zaczyna rozgrywki od początku to spore osiągnięcie. Czytałem też wydane w Polsce książki i komiksy. W okresie największej popularności serii wydawało mi się, że wiem o niej wszystko. Dlatego na premierę Mass Effect 3 czekałem jak na gwiazdkę. Czy się rozczarowałem? Pod względem rozgrywki to moim zdaniem najlepsza odsłona cyklu. Dodatkowo na każdym kroku serwuje tzw. fan service. Liczba smaczków, które wyłapią tylko osoby, które na przykład znają książki jest ogromna. Ta pompatyczna historia o niespotykanej w grach skali kończy się jednak w sposób, który odebrał mi mowę. Nie czułem złości. Po prostu nie wiedziałem co się wydarzyło.

Przechodząc do omawiania zakończenia nie sposób nie ominąć spoilerów. Nie będę zagłębiać się w szczegóły, ale mimo wszystko czujcie się ostrzeżeni.

Pomijając kwestię niesławnych trzech kolorów, zakończenie Mass Effect 3 pozbawione jest happy end-u. Żniwiarze albo wygrywają, albo Shepardowi udaje się uratować galaktykę przy ogromnym koszcie – zniszczeniu przekaźników masy, które pozwalały na poruszanie się po Drodze Mlecznej. Nie ma szczęśliwego zakończenia, życie nie będzie toczyć się dalej tak jak wielu by chciało. Czy to źle? Na pewno pojawia się problem – BioWare stworzyło ogromne uniwersum pełne świetnych historii do opowiedzenia. To prawdziwa kopalnia tematów na gry, książki czy filmy. Gdyby w tamtym czasie EA zainwestowało w wyjście z uniwersum do szerszej publiczności, być może Gwiezdne Wojny znalazłyby godnego siebie konkurenta. Może przesadzam, ale faktem jest że Mass Effect ma ogromny potencjał. Wyobraźmy sobie film o pierwszym człowieku, który przekroczył przekaźnik masy. Był nim Jon Grissom, w grach praktycznie nieobecny (na Cytadeli znajduje się jego pomnik), w książkach odgrywający swoją rolę. Następstwem tych zdarzeń była Wojna Pierwszego Kontaktu, która mogłaby być zwieńczeniem filmu pokazującego uniwersum szerszej publiczności. To moim zdaniem idealny sposób na zaprezentowanie początków ludzkości w świecie Mass Effect.

Historii wartych opowiedzenia chociażby w grach jest jeszcze więcej. Dla fanów niezwykle ciekawie prezentuje się Bunt Gethów, którzy wypędzili Quarian z ich ojczystej planety. Motyw Pielgrzymki charakterystyczny dla tej rasy to z kolei genialny materiał na produkcję w stylu Telltale Games. Ciekawe byłoby również pokazanie Wojen Rakni czy Buntu Krogan oraz późniejsze powstanie genofagium. Sam Cerberus to materiał na oddzielną podserię. BioWare stworzyło gigantyczne uniwersum, dzięki któremu wielu graczy zakochało się w serii. Ci ludzie czekali jednak na to, aby wyżej wymienione historie, znane głównie z leksykonów i dialogów, zostały wreszcie opowiedziane. Kanadyjskie studio zdecydowało się jednak na rozwiązanie, w którym to wszystko przepadło. Znając zakończenie trylogii motywacja do poznania historii tego świata jest bardzo mała. To już zostało zamknięte, nie ma galaktyki jaką znaliśmy z gier. Tak ogromny potencjał został zmarnowany. Wydaje mi się, że to w dużym stopniu o to mają do BioWare żal fani (ze mną na czele). To dało się rozwijać na przeróżne sposoby, a deweloper zdecydował, że po zrobieniu trzech pierwszych kroków odpuści. Andromeda jest pewnym potwierdzeniem tego. W grze mamy odkrywać nową galaktykę, pojawią się nowe rasy i nowe historie. Może doczekamy się nowych opowieści, ale nie zmieni to faktu że coś tak wspaniałego zostało porzucone.

Patrząc na to w ten sposób wydaje się, że decyzje BioWare były fatalne i kosztowały EA nomen omen kosmiczne pieniądze. Polecam jednak spojrzeć na sytuację nieco inaczej. Fabuła Mass Effect opiera się na motywie Żniwiarzy, którzy niczym Bóstwo przybywają co kilkadziesiąt tysięcy lat i niszczą niemalże wszystko w galaktyce. Pozostawiają jedynie prymitywne formy życia, które stworzą nowy cykl. Przy takim zagrożeniu, z którym nikt do tej pory sobie nie poradził, jak rasy galaktyki pod dowództwem Komandora Sheparda mają wygrać? To byłby happy end niegodny wielkiej kosmicznej epopei, do miana której bez wątpienia aspiruje Mass Effect. Żniwiarze to przeciwnik tak potężny, że nie da się z nim wygrać. Chociaż seria słynie z czarno-białych wyborów, całe uniwersum to szereg odcieni szarości. Szczęśliwe zakończenie rodem z bajek Disney'a tutaj nie pasuje.

Osobiście zupełnie inaczej na zakończenie trylogii spojrzałem po zapoznaniu się z dobrze znaną fanom teorią o indoktrynacji. Proces ten, dzięki któremu Żniwiarze byli w stanie sterować m.in. Sarenem w pierwszej części, miał podobno wpływać również na Sheparda. Kilka wątków w grze, niekoniecznie uważanych za kluczowe, może to potwierdzać. Osobiście uważam, że teoria indoktrynacji jest bardzo prawdopodobna i jeśli faktycznie jest prawdziwa (chociaż nie każdy się z tym zgadza), dodaje trylogii dużo głębi. W takiej sytuacji Mass Effect przypominałby nieco Halo: Reach. Ostatnia części tej słynnej marki stworzona przez Bungie to opowieść bez szczęśliwego zakończenia. Tam od początku było wiadomo, że obrona planety zakończy się klęską i wszyscy biorący w niej udział Spartanie zginą. W Mass Effect może być podobnie, ale w przeciwieństwie do Halo: Reach do samego końca mieliśmy nadzieję na wygraną.

W takim razie BioWare nie stworzyło gry o walce ze Żniwiarzami, a o porażce z nimi lub ewentualnie heroicznym zwycięstwie, w którym koszt okazał się nieporównywalnie większy niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Nie jest to dokładnie to, czego spodziewali się fani – epickiego zakończenia, dzięki któremu uniwersum może być rozwijane dalej, a opisane wyżej historie pięknie przedstawione. Ale czy czasem właśnie na tym nie polega geniusz? Zrobić coś niepowtarzalnego i pójść we własnym kierunku, niespodziewanym i zaskakującym? Nie będę tego oceniać, ponieważ jako wielki fan serii sam jestem bardzo rozdarty. Pewnie jak wielu chciałbym wspaniałego zakończenia, które nie tylko będzie godne tej niezwykłej historii, ale i nie spali za sobą wszystkich mostów. Tylko czy coś takiego jest możliwe? Nie chcę oceniać decyzji BioWare, tylko tą nieco wyolbrzymioną teorią zachęcić Was do innego spojrzenia na sytuację. Ta moim zdaniem wcale nie jest tak jednoznaczna. To oczywiście znacząco utrudnia jej ocenę.

Niedługo do sprzedaży trafi Mass Effect: Andromeda, a my wreszcie będziemy mogli przekonać się jaką przyszłość uniwersum szykuje BioWare. Kto wie czy jeszcze kiedyś nie trafimy do Galaktyki Drogi Mlecznej. Znając kanadyjskie studio na pewno czeka nas wiele niespodzianek. Oby były na tyle atrakcyjne, że Mass Effect ponownie rozkocha w sobie miliony swoich fanów. Ja od samego przypominania sobie setek godzin spędzonych z trylogią jeszcze bardziej nie mogę się doczekać.

Najnowsze
Lubisz nas?