InformacjeFelieton

Trafienie Krytyczne #6. Wielki powrót wojny

... KeyserSoze

Nie wiem jak wy, ale ja na jej powrót czekam już od lat. Od wielu lat. I w tym roku się doczekam w końcu.

Taki tekst jak ten poniższy pisałem już… och, no nie wiem, z pięć czy sześć razy. Przy różnych okazjach. Zawsze narzekając i marudząc, że nie ma, że powinno być, ale nikt na to nie zwraca uwagi, że ludzie czekają, a marketingowcy, zapatrzeni z swoje cyferki, nic nie kumają. Teraz będę pisał w zasadzie to samo, tyle, że w zupełnie innym tonie. Bo jesienią ona wróci. Ona? Wojna. Druga wojna. Światowa. Nareszcie!

Następne Call of Duty będzie osadzone w realiach II wojny światowej właśnie. To znaczy, tak przypuszczam, na podstawie naprawdę solidnych przesłanek z różnych źródeł. Activision nic na razie nie zapowiedziało, żadnych konkretów nie podało. Ale wydaje mi się, że nie ma innej opcji. Z wielu przyczyn. W tym także dlatego, że II wojna światowa jest jednak najlepsza. Do gier. Do gier takich jak Call of Duty czy Battlefield, czyli sieciowych, drużynowych strzelanek. Dlaczego jest najlepsza? Dlaczego jest takim idealnym tłem dla tego typu zabawy?

Plac Czerwony w Stalingradzie w Call of Duty

Cóż, po pierwsze dlatego, że wszyscy ją znają. Jest tak rozlegle zakorzeniona w popkulturze dzięki książkom, filmom, serialom i innym grom, że jest mniej lub bardziej swojska dla każdego w sumie. Nie trzeba żadnych wprowadzeń, nie trzeba budować żadnego fikcyjnego świata i martwić się, czy będzie on atrakcyjny czy też nie bardzo. II wojna światowa jest atrakcyjna już na wejściu. Także przez to, że jest prawdziwa. To całkiem inne uczucie grać w jakiegoś zmyślonego shooterka i brać udział w jakiejś zmyślonej bitwie, a brodzić w czerwonej od krwi fali odpływu na plaży Omaha w Normandii. To drugie od razu tworzy w naszym umyśle całą falę skojarzeń, pozytywnych i bardzo silnych, dzięki którym klimat w zasadzie buduje się sam. Twórcy gry muszą tylko uważać, żeby tego nie popsuć. Wygodne, dla nich. I bardzo fajne, dla nas.

II wojna światowa świetnie nadaje się do gier także dzięki różnorodności. Toczyła się na całym świecie, w przeróżnych sceneriach, co można wykorzystać w grze do przełamania monotonii. Każda mapa może wyglądać inaczej. I jednocześnie być swojska i od razu rozpoznawalna, z uwagi na to, co napisałem w poprzednim akapicie. Do tego jeszcze dochodzi sprzęt. Mnóstwo sprzętu. Jasne, nie ma tych wszystkich pierdółek w stylu kolimatorów, celowników laserowych i innego badziewia. Ale za to mamy cały arsenał ikon broni palnej. I ciężkich zabawek. Och, te czołgi i samoloty. Na każdej mapie mogą być zupełnie inne, a i tak nie użyje się nawet połowy tych, które faktycznie były wtedy w służbie. Co prawda Call of Duty w te rejony nie zbacza, ale już po Battlefieldzie widać różnicę. W tym pierwszym, drugowojennym właśnie, było w sumie kilkanaście różnych czołgów i samolotów do dyspozycji. Jak nie więcej. A w tych współczesnych? Słabizna. Jeden czołg na stronę konfliktu. Jeden samolot. No, może dwa. I to wszystko. Nuda. Straszna nuda w porównaniu z grą, w której można pojeździć i Pz III, i Pz IV, i Tygrysem, i Panterą, i jakimś StuGiem czy czymś w tym stylu. Tyle możliwości, taka różnorodność, coś pięknego.

Ardeny w Call of Duty: United Offensive

No tak, ale skoro ta II wojna światowa to takie cudo, to dlaczego nikt z tych najważniejszych graczy się za nią nie wziął od… 2008 roku, czyli premiery Call of Duty: World at War? To był ostatni, wysokobudżetowy, sieciowy shooter z najwyższej półki, który siedział w tych klimatach. Potem ani Battlefield, ani Call of Duty, już do nich nie wracały, nie tak na serio i w pełnym zakresie. Robili to inni, jak na przykład obydwa nowe Wolfensteiny, znakomite zresztą. No i World of Tanks i War Thunder. Albo różne małe studia czy grupy modderów, ale… ale to nie było to. A właściwie było, ale za mało i za słabo. Potrzebny był prawdziwy, duży przebój. I jakoś nikt go nie chciał zrobić. I Battlefield, i Call of Duty uwikłały się w te swoje konflikty współczesne czy też przyszłościowe. I siedziały w nich przez te wszystkie lata, tłukąc ciągle to samo i tak samo. Nuda. Okropna nuda. I zły kierunek również, o czym przekonali się właśnie wydawcy z Activision, gdy ich futurystyczne Call of Duty: Infinite Warfare zaliczyło solidną klapę. To znaczy, jak na tę serię oczywiście, bo gra jako taka i tak była największym bestsellerem ubiegłego roku. Ale sprzedaż była prawie o połowę słabsza niż poprzedniego Call of Duty. To z kolei oznacza, że nie tędy droga. Że trzeba wrócić do korzeni. I właśnie taki powrót został przez Activision zapowiedziany. Z czego się cieszę jak dziecko, bo oznacza II wojnę światową.

Pointe du Hoc w Normandii w Call of Duty 2

Dlaczego jestem taki pewien, że właśnie o to chodzi? Call of Duty ma przecież tak jakby dwa korzenie, nie? Jeden to te pierwsze gry, które faktycznie wszystkie rozgrywały się w realiach II wojny. Ale światowym bestsellerem i fenomenem seria stała się od czasów Modern Warfare, więc można tę grę uznać za takiego drugiego protoplastę całej serii, prawda? Więc może chodzi właśnie o powrót do tamtych klimatów, do konfliktów współczesnych? Nie. Nie sądzę. Głównie dlatego, że nie się z kim wirtualnie bić. W Modern Warfare strzelaliśmy do Rosjan i Arabów. Teraz nie można. Nie wypada. To zbyt drażliwe tematy z uwagi na wojnę na Ukrainie i zamachy terrorystyczne. Byłby kontrowersje, protesty, oskarżenia i wyrazy zniesmaczenia ze strony mediów głównego nurtu. Plus ataki obrażonych, patriotycznych hakerów na serwery. Kiedyś można było to zignorować. Dziś gry same są głównym nurtem. I już trzeba uważać. Jeśli nie można wykorzystać tamtych wrogów, to z kim Ameryka miałaby walczyć? No właśnie nie ma z kim za bardzo. Z Chinami? Też grząski grunt. Chińczycy mogą się wkurzyć. I to jest wielki rynek dla gier. Więc lepiej nie. Kto zostaje? Kartele narkotykowe? Ech, trochę mało ekscytujące. Kartele nie mają czołgów, bombowców i rakiet. Nuda. To kto? Może Unia Europejska? W sumie nie jest to najmniej prawdopodobny scenariusz, takie USA vs EU, jeśli weźmie się pod uwagę, kto teraz został głową państwa w Stanach. Ale na to Activision też nie pójdzie. I nie zostają już żadne opcje. Nie ma współczesnej wojny, którą można by bezpiecznie i zyskownie wykorzystać. Trzeba wrócić do historii. Zwłaszcza, że to się sprzedaje jak dzikie.

Polscy żołnierze pod Falaise w Call of Duty 3

Battlefield 1 zmienił układ sił. Pobił sprzedażą poprzednie części Battlefieldów, te wydawane co chwilę takie same kalki z Battlefield 2. Pobił nawet Gwiezdne Wojny. Call of Duty nie pokonał, ale niewiele zabrakło, by pierwszy raz w historii to właśnie Battlefield stanął na pierwszym miejscu podium najlepiej sprzedającego się shootera. Dlaczego? Dlatego, że oferował odmianę od tego nudnego jak flaki olejem strzelania serwowanego przez obie serie od prawie dekady. Do tego dobra kampania promocyjna i mamy wielki sukces. I to na bazie I wojny światowej, która jest przyjemnie egzotyczna, ale nie ma nawet połowy potencjału tej drugiej, lepiej znanej, ciekawszej i bardziej „lubianej”. W tym momencie jest więc tylko jedno wyjście, prawda? I staje się naprawdę jasne, co oznacza ten zapowiadany powrót do korzeni Call of Duty. Niech skonam, ale to będzie II wojna światowa. No jak nie, jak tak? I to już za… ech, dziewięć miesięcy, jeśli w 2017 Call of Duty będzie trzymało się w swojej tradycji i premiera odbędzie się w listopadzie. Nie wiem jak wy, ale ja na powrót II wojny światowej czekałem lekko z dziewięć lat, więc tych dziewięć miesięcy jakoś wytrzymam. Fajnie będzie zagrać w Call of Duty bo ma się na to naprawdę ochotę, a nie z recenzenckiego obowiązku…