InformacjeFelieton

Branżę trzeba nauczyć odpowiedzialności względem graczy

... Kamil Ostrowski

Brak szacunku dla graczy, naciąganie, agresywny marketing, zwykłe naciągactwo i olewanie klienta można zwalczyć tylko siłą.

W komentarzach pod tekstem sprzed paru dni dotyczącym optymalizacji (a raczej jej braku), znalazłem świetny komentarz użytkownika Terem: „Gracze lubią sobie myśleć, że są najbardziej wymagającą grupą użytkowników i zamiast źródła problemów szukać w lenistwie deweloperów, szukali go w braku mocy obliczeniowej. (…)”. Strasznie spodobała mi się myśl. Faktycznie… tak o sobie sądzimy, prawda? Technokraci, którzy na maszynach rodem z filmów science-fiction odpalają małe dzieła sztuki, powołujące do życia niewielkie wirtualne światy. High-endowi userzy, na forach nawijający w języku nieznanym szaremu człowieczkowi – o anty-aliasingu, lagach, rozdzielczościach i klatkach na sekundę. Nasze gusta przecież nie tak łatwo zaspokoić! W rzeczywistości jesteśmy łatwą grupą, którą można wydoić, którą się steruje, manipuluje, a która kiedy już się ewidentnie sparzy, to tylko westchnie i pod nosem zamruczy „cóż, takie życie”. Nie mamy siły przebicia i jesteśmy konsekwentnie rolowani, tak przez duże firmy, które powinny dbać o swój wizerunek, jak i drobnych cwaniaczków.

Nie trzeba grzebać w odległej przeszłości, żeby podać przykłady skrajnej bezczelności wydawców i twórców gier. Młode jeszcze No Man’s Sky stało się już niemalże ikoną, sztandarowym przykładem na nieczyste zagrania deweloperów. Prawie osiemset tysięcy sztuk sprzedanych na samym tylko Steamie, a przecież gra wyszła również na PlayStation 4! Takie wyniki produkcji, która zebrała aż 69% negatywnych recenzji użytkowników i zaledwie 61/100 na Metacritic (wersja PC)? Skąd taki sukces? Z kłamstw.

Gra wbrew wcześniejszym zapowiedziom okazała się być niemalże pozbawiona sensownej zawartości, poprzednie pokazy były wbrew wcześniejszym deklaracjom skryptowane, a twórcy wręcz wprost kłamali w kwestii multiplayera – tego zwyczajnie w No Man’s Sky nigdy nie było, podczas gdy deweloper twardo twierdził, że możliwość spotkania innego podróżnika, chociaż bardzo niewielka, teoretycznie istnieje. Byłal więc techniczna możliwość, aby przeżyć bliskie spotkanie trzeciego stopnia z innym astronautą. Jak się okazało, była to po prostu nieprawda.

Jeszcze jeden aktualny przykład – Sony po latach batalii sądowej podpisało ugodę, która jest dla nich ewidentną przegraną w tym sporze – musi wypłacać rekompensaty użytkownikom PlayStation 3 za to, że pozbawiło ich możliwości instalowania alternatywnego systemu . Tutaj posunięto się jeszcze dalej, bo pozbawiono graczy możliwości, którą już mieli. Wykastrowano urządzenia, nie poczuwając się do jakiejkolwiek odpowiedzialności w stosunku do osób, które już za sprzęt zapłaciły.

Wystarczy, że sięgniemy pamięcią ledwie parę miesięcy wstecz, aby przypomnieć sobie o aferze dotyczącej hazardu skórkami w Couter-Strike: Global Offensive. Związane z tym wydarzeniem jest poniekąd wezwanie Valve do zaniechania naruszeń, jakie wystosowała organizacja Washington State Gambling Comission. Oczywiście szykuje się batalia sądowa, ale twórcy Half-Life’a nie widzą powodu, aby zmieniać swoją politykę czy wprowadzać bezpośredni nadzór nad obrotem skórkami. To prawnicza zabawa w kotka i myszkę, połączona z markowaniem czynności, która sprawia tylko, że cierpią gracze wystawieni na pokusy hazardu (możecie się śmiać, ale hazard nie bez powodu jest koncesjonowany). Valve stworzyło ekosystem, który im się opłaca i generuje dodatkowe zyski. Wiedzą oczywiście, że prowadzi to do nadużyć, ale bardziej opłaca się pozorowanie walki z wybranymi, najbardziej popularnymi stronami i udawanie głupiego na potrzeby postępowań przed organami władzy. Stara śpiewka.

Co najlepsze, trend wcale nie się nie odwraca. On się nawet pogłębia, a wyrazem braku szacunku dla graczy jest chociażby ostatnia próba pozywania ich za wystawianie negatywnych recenzji na Steamie przez paru narwanych deweloperów (co się kiepsko dla nich skończyło). Gracze są robieni w balona, a większości przypadków, poza najgłośniejszymi – twórcy, wydawcy, producenci sprzętu, słowem wszyscy przedstawiciele świata gier wideo „zza drugiej strony barykady” pozostają nieukarani, nie ponoszą odpowiedzialności za swoje czyny. Tymczasem to szeroko pojęta „branża” posuwa się dalej i dalej w wykorzystywaniu społeczności graczy.

Jakie możliwości walki z producentami mają zwykli obywatele, miłośnicy wirtualnej rozrywki? Niewielkie, a już zwłaszcza w Polsce, gdzie swoje oddziały co prawda mają co większe firmy, jednak zupełnie odcinają się one od swoich spółek matek kiedy tylko jest im to na rękę. Czy w Polsce posiadacze PlayStation 3 również będą mogli odzyskać kilkanaście dolarów za pozbawienie ich możliwości instalacji Linuxa? Oczywiście że nie. W Polsce, jak zresztą w dużej części Unii Europejskiej nie ma takiej „kultury” pozywania dużych korporacji jak w USA. U nas od czasu do czasu swoje trzy grosze wtrąca Komisja Europejska, która walczy z monopolami, albo nieetycznymi praktykami. Nie da się jej jednak przymusić do pochylenia się nad każdym problemem i każdą złodziejską zagrywką – zajmuje się ona wielkimi przekrętami, generującymi wielkie szkody dla gospodarki (jak optymalizacje podatkowe uskuteczniane przez Apple w Irlandii). Na otarcie łez możemy sobie powiedzieć, że nie tylko w świecie gier wideo zdarza się nierówne traktowanie – Volkswagen po ostatniej aferze zaczął wypłacać odszkodowania posiadaczom swoich samochodów, ale oczywiście pominął przy tym wszystkie kraje poza USA, twierdząc że koncernu po prostu na to nie stać.

Tutaj wracamy do myśli, która pojawiła się na początku tego tekstu. Wydaje nam się, że jesteśmy wymagającymi klientami, ale to nieprawda. Wręcz przeciwnie – przełkniemy wszystko i rzadko kiedy będziemy wymagać od firmy, która nas naciągnęła choćby zwrotu zainwestowanych w wadliwy produkt środków. Wszyscy umywają ręce. Sklep pieniędzy nie zwróci, bo oni sprzedali to co im dostarczył wydawca. Wydawca w Polsce jeżeli w ogóle odpisze, to poinformuje nas, że oni tylko dystrybuują produkty Duża Firma S.a.r.l. z siedzibą w Luksemburgu i do nich należy kierować ewentualnie roszczenia. Duża Firma S.a.r.l. powoła się na Ogólne Warunki Sprzedaży, które wskazują, że kupując produkt zrezygnowaliśmy z wszelkich roszczeń. W ostateczności możemy szukać luksemburskiego prawnika, który będzie nas reprezentował.

Kiedy kupując sok znajdziemy w środku dajmy na to pleśń i powiadomimy o tym producenta, ten zazwyczaj przeprasza w ukłonach, a w czasach social media zazwyczaj wysyła nam jeszcze paczkę z prezentami w ramach zadośćuczynienia. Nabici w butelkę przez sprzedawcę w sklepie odzieżowym możemy śmiało iść do sądu, jeżeli okaże się, że chociażby t-shirt za 20 zł z sieciówki nie przetrwa dwuletniej próby czasu (okres obowiązywania rękojmi). Kupując cokolwiek przez sieć mamy aż czternaście dni na bezpłatny zwrot. Telemarketerzy, którzy bezprawnie do nas zadzwonią np. wybierając losowy numer, ryzykują sporo, bo takie praktyki są zabronione i zazwyczaj kończą się na ugodowej wypłacie paruset do paru tysięcy złotych dla organizacji charytatywnych. A w świecie gier wideo? W świecie gier wideo jak w lesie. Nikt nie odpowiada za nic, nawet kłamstwa w żywe oczy kończą się umywaniem rąk, wzmocnioną dawką marketingowego bełkotu, a w ostateczności stawaniem okoniem nawet w ewidentnych sprawach.

Coś się musi zmienić i coraz częściej dochodzę do wniosku, że powtarzanie tylko w kółko o głosowaniu portfelem to martwy postulat. Może po prostu trzeba pozwać raz, drugi, trzeci, piąty? Może trzeba zorganizować się w stowarzyszenia, które pro-publico-bono będą walczyły o odszkodowania? Bo chociaż nie pozostaję bez sentymentu dla twórców gier wideo, producentów konsol, sprzętu, wydawców, i tym podobnych, to przecież skoro oni traktują sprawę jako biznes, to dlaczego nie powinniśmy pozwolić sobie na odrobinę cynizmu i przed siłowo wywalczyć sobie uczciwego traktowania?

Najnowsze
Lubisz nas?