Recenzja - PC

Podróż w czasie i przestrzeni - recenzja gry Master of Orion

Łukasz Wiśniewski, 25 sierpnia 2016 18:30 0

Seria Master of Orion zapoczątkowała cały gatunek gier, zwanych 4X. Teraz, po ponad dwóch dekadach podjęto próbę jej wskrzeszenia. Na ile udaną?

Wskrzeszanie klasyki to zawsze ryzykowny biznes. Za wiele osób może ciskać oskarżeniami o świętokradztwo jeśli coś zostanie zmienione. Za wiele osób może ciskać oskarżeniami, że to odgrzewanie kotleta i nie ma nic nowego. Wszystkim się nie dogodzi. Dlatego recenzując taką grę, jak Master of Orion trzeba zachować maksimum obiektywizmu. O ten zaś trochę trudno, gdy twórcy grają nam na emocjach, przywołując wspomnienia sprzed dwóch dekad...

Ostatnie kilkanaście miesięcy to prawdziwy renesans gatunku 4X - eXplore, eXpand, eXploit, eXterminate. Najpierw trzecia odsłona Galactic Civilizations, czyli konsekwentnie rozwijanej przez Stardock klasycznej linii. Potem Stellaris, czyli dużo świeżego powietrza ze Skandynawii. No i nowa-stara gra Master of Orion. Nowa, bo we współczesnej oprawie graficznej i dźwiękowej. Stara, bo nawiązująca do oryginału w stopniu, który może jej zjednać tyle samo wielbicieli, co wrogów. Tych drugich na szczęście jedynie w kategorii teoretyków, bo wystarczy w nią zagrać, by dać się porwać tej samej magii, która skradła wielu osobom wiele dni z życia te dwie dekady temu.

Master of Orion może też przyciągnąć do gatunku 4X nowych graczy, bo dzięki doskonałej oprawie audiowizualnej i przejrzystym zasadom rozgrywki ma niski próg wejścia. Jednocześnie ma sporo do zaoferowania również weteranom. Jeśli odrzuci się wszelkie ułatwienia i zacznie ręcznie sterować każdym elementem, otwierają się przed nami zupełnie nowe pokłady zabawy. Szkoda tylko, że zabrakło tego, co w drugiej odsłonie pierwowzoru przykuwało mnie i znajomych na długie godziny do ekranu: rozgrywki wieloosobowej w trybie hot seat. Jasne, jest normalny tryb Multi, sieciowy – ale to jednak nie to samo, co wspólna nasiadówka w doborowym gronie.

To, że grę przygotowano zarówno dla debiutantów w kosmicznej eksploracji, jak i dla weteranów tego sportu, widać już od samego początku. Konkretnie zaś na etapie rozpoczynania rozgrywki. Mamy do dyspozycji rozgrywkę instruktażową, jeśli Master of Orion jest dla nas nowością. Możemy też odpalić szybką grę za pomocą jednego kliknięcia. Dla wtajemniczonych jest zaś normalna droga, w ramach której wybieramy sobie jedną z dziesięciu (lub jedenastu, jeśli nabyliśmy grę wcześniej) dostępnych ras i określamy parametry galaktyki, w której wylądujemy. Nie tylko rozmiar i kształt, ale również wiek, erę startową i mnóstwo detali, takich jak obecność kosmicznych potworów czy możliwe warunki zwycięstwa. A gdy i tego jest nam za mało, zawsze możemy wykreować sobie własną rasę - wizualnie będzie to jedna z dostępnych, ale mechanicznie zupełnie inna, bo tworzymy ją za punkty i wybieramy spomiędzy mnóstwa różnych cech pozytywnych oraz negatywnych.

Potem na każdym kroku jest podobnie: można grać z minimalną kontrolą nad wszystkimi aspektami rozgrywki i po prostu prześlizgiwać się po powierzchni mechaniki. Dla chętnych jest jednak zawsze dostęp do głębszej warstwy. Można zarządzać każdą kolonią poprzez ukierunkowanie na konkretny typ rozwoju, albo całkowicie ręcznie, stawiając budynek po budynku. Gdy dochodzi do walki, można albo przeliczyć ją automatycznie, albo przenieść się na mapę taktyczną i tam albo dowodzić z poziomu floty, albo objąć kontrolę nad każdym systemem każdego okrętu. Osobiste dowodzenie może zaś zamienić bitwę nie do wygrania „na automacie” w druzgoczące zwycięstwo. No i w trybie taktycznym mamy zawsze opcję włączenia kamery filmowej i podziwiania dynamicznych ujęć z walki.

Jak zostało wspomniane, strona wizualna to mocny atut Master of Orion. Kolonizacjom kolejnych globów towarzyszą krótkie filmy, dające nam obraz zasiedlanego globu. Zaczynając rozgrywkę najpierw wizyty wprowadzenie mówiące o naszej nacji. Klasyczne, dziwaczne rasy zostały odwzorowane w wysokiej rozdzielczości, z komiksowym sznytem. Animacje przywódców są płynne i posiadają wersje odpowiadające nastawieniu Obcych do nas. Na dodatek wszystkie ich wypowiedzi (tak samo zresztą doradców) zostały w pełni udźwiękowione, a do roboty zatrudniono charakterystycznych aktorów, znanych z szeroko pojętej fantastyki. W obsadzie znaleźli się miedzy innymi Mark Hamill, Robert Englund i Nolan North... A przecież gry 4X zwykle oszczędzają na takich elementach, koncentrując się na rozbudowanym modelu rozgrywki, bo nie posiadają odpowiednich budżetów.

Sam model rozgrywki w Master of Orion to absolutna klasyka. Mamy galaktykę a w niej gwiazdy. Zależnie od ich typu, mogą posiadać systemy planetarne z globami o mniejszej lub większej przydatności do kolonizacji. Niektóre są żyzne, ale ubogie w surowce dla przemysłu. Inne odwrotnie. Do tego na małych planetach nie ma miejsca dla licznej populacji. Trafienie takiej, która nieźle się prezentuje w trzech kategoriach (żywność, surowce, rozmiar) to rzadkość. A już najlepiej, by miała na dodatek księżyc. Kolonizujemy więc to, co ma sens, a z czasem rozwój naukowy pomaga ulepszyć biomy planetarne, wygrać ze zbyt dużą lub zbyt małą grawitacją, usunąć toksyny z atmosfery... Pomiędzy gwiazdami nie poruszamy się dowolnie, lecz korzystamy ze swoistych dróg, czyli tuneli czasoprzestrzennych. Możemy je blokować stacjami bojowymi i w ten sposób wyznaczać granice naszego imperium.

Ręczne zarządzanie planetami – jak wspomniałem – nie jest obowiązkowe, ale w sumie to jeden z fajniejszych elementów gry. Populacja może być przypisana do produkcji żywności, do przemysłu i do badań naukowych. Rozmieszczamy ją w ramach pól, z których pierwsze są najzasobniejsze, kolejne coraz słabsze. Ów potencjał wynika z typu planety i rozbudowy infrastruktury. No, ale infrastruktura bez wydajnego przemysłu buduje się długo. Zaś produkcja generuje zanieczyszczenia atmosferyczne. Przyrost naturalny zależy od nadprodukcji żarcia. W systemach z kilkoma planetami można na pewnym etapie rozwoju łączyć wszystkie globy w jeden wydajny konglomerat. No i oczywiście poszczególne rasy są lepsze lub gorsze w każdej z trzech działek. Sporo tego, prawda? Master of Orion tylko z pozoru jest grą prostą...

Potem spotykamy konkurencję i zaczynają się tańce dyplomatyczne wspierane działaniami wywiadu. No i wyścig do najlepszych planet, który ma w zwyczaju przeradzać się w wojnę. Wtedy używamy naszych wspaniałych gwiezdnych okrętów, które zresztą możemy sami projektować i dostosowywać do potrzeb. Wraz z rozwojem nauki odkrywamy kolejne podzespoły, ulepszenia, broń. Oczywiście dla leniwych graczy są przygotowane ulepszenia domyślne. Da się jakoś z nimi walczyć, ale własny, przemyślany projekt daje wielką przewagę w walce. SI Master of Orion na polu bitwy niestety działa dość przewidywalnie, ale potrafi sprowadzić dużo lekkich okrętów i na przykład rakiety bez systemu przekierowania na nowy cel po zniszczeniu pierwszego marnują się. Po pokonaniu floty przychodzi czas na podbijanie planet – tu możemy albo robić to elegancko, za pomocą wojaków, albo mniej elegancko bombardując z orbity. Można też użyć broni biologicznej, ale nie jest to dobrze postrzegane przez inne rasy.

Przewidziano też w Master of Orion zabawę dla bardziej zaawansowanych graczy, czyli żonglerkę populacją. Podbita ludność z czasem się asymiluje i można ją transportami cywilnymi przerzucać na inne planety. Ma to zwłaszcza sens, gdy dana rasa ma specjalne bonusy do produkcji czy nauki. Odpowiednio żonglując populacją możemy skuteczniej wykorzystać potencjał wielu planet. Jest to ciut czasochłonne, a zegar tyka, ale efekty bywają warte zachodu. Rozgrywka jest przewidziana na 500 tur, ale możemy ten czas modyfikować. Po upływie wyznaczonej liczby tur wygrywa rasa z największą ilością punktów. Na szczęście nie jest to jedyna droga ku zwycięstwu. Można wygrać dzięki łącznej populacji i dyplomacji w ramach rady galaktyki. Można osiągnąć zwycięstwo technologiczne. Można też zostać kontrolerem galaktycznego rynku. No i oczywiście jest opcja totalnego podboju. Wszystkie te możliwe zwycięstwa możemy usunąć z listy rozpoczynając rozgrywkę i zostawić jeden warunek, najbardziej pasujący do planowanego stylu rozgrywki.

Jak widać metod zabawy jest w grze Master of Orion mnóstwo, a generowane losowo galaktyki sprawiają, że każda kampania jest inna i mocno nieprzewidywalna. Dla osób nie kochających losowości istnieje metoda, by kilkukrotnie grac na tej samej mapie. Po wygenerowaniu galaktyki podawany jest jej unikatowy kod. Zachowując go, możemy sprawdzić swoje siły inną rasą w tych samych warunkach. No i możemy takie „ziarno galaktyki” przesłać znajomym, by porównać, komu pójdzie sprawniej. Naprawdę, jak na odświeżoną stara grę, Master of Orion oferuje bardzo dużo opcji. Podkreślam jeszcze raz, ze również opcji dla graczy o różnym doświadczeniu z grami 4X. Cena 28 euro (46 euro za EK) nie należy do najniższych, ale to gra na dziesiątki godzin zabawy, może nawet na setki, jeśli przypadnie wam do gustu. Do tego – jak wspominałem – wykonana bez zbędnych oszczędności na czymkolwiek.

Master of Orion: Conquer the Stars PC

  • przyjazna dla nowicjuszy
  • liczne opcje dla doświadczonych graczy
  • każda rozgrywka jest inna
  • gwiazdorska obsada
  • gustowna oprawa graficzna
  • mimo wszystko mniej złożona niż współczesne 4X
  • przewidywalne SI w walkach
  • brak trybu hot-seat
Dobra zabawa i dla nowicjuszy i dla weteranów 4X 8.6
Twórcy Dark Souls znowu pokazali klasę - recenzja gry Sekiro: Shadows Die Twice
Przepiękne widoki, dziwna historia - recenzja Trüberbrook
Skradanka bez dobrych mechanizmów skradankowych - recenzja Left Alive
999 gier w cenie jednej - recenzja Evoland: Legendary Edition (Switch)
najnowsze