Popkultura

Śmiech przez łzy - recenzja filmu Batman: Zabójczy żart

Joanna Kułakowska, 21.08.2016 17:30 0

Czy Joker rzeczywiście jest wcieleniem zła? Czy Batman ma czyste sumienie? Odpowiedzi na te pytania oferuje animacja Sama Liu.

Batman: Zabójczy żart w reżyserii Sama Liu stanowi ekranizację komiksu o tym samym tytule. Komiks stworzony przez Alana Moore’a i Briana Bollanda przez wielu uznany został za dzieło przełomowe, chociażby przez sam fakt rzucenia nowego światła na jedną z najważniejszych postaci uniwersum (podobnie jak Born, który ukazał doświadczenia kształtujące psychikę Punishera). Niniejsza animacja to zdecydowanie film dla dorosłych odbiorców, który z czystym sumieniem można nazwać solidnym kinem psychologicznym, pomimo iż zawiera sporo charakterystycznych dla powieści graficznych uproszczeń i przerysowań. Jako że mamy do czynienia z kreskówką, brak tu „oszałamiających efektów specjalnych” (choć „śmiałe dialogi” jak najbardziej występują), które przysłaniałyby potencjalne niezręczności oraz luki fabularne, co miało miejsce w obrazach Batman v Superman. Świt sprawiedliwości i Legion samobójców. Fabuła jednak rzeczonych mankamentów nie posiada, jest syntetyczna, spójna, choć – co istotne dla pierwiastka psychologicznego – nielinearna.

Na obraz Liu składają się dwie historie. Pierwsza stanowi luźne wprowadzenie do następnej, zarazem jednak każda z nich w specyficzny sposób mogłaby pełnić funkcję preludium tej drugiej. Ta nieoczywistość to jedna z rzeczy, jakie czynią film interesującym. Obie opowiadają o tym, jak łatwo zanurzyć się w mrok i stracić z oczu swój pierwotny cel, jak kruche jest wszystko to, co na początku swej drogi uznaliśmy za życiowy pewnik lub drogowskaz. To po trosze ilustracja Nietzcheańskiego stwierdzenia: Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich. Kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie. Im dłużej to robisz, na tym większe niebezpieczeństwo się wystawiasz. Jak stwierdza Batgirl, prywatnie bibliotekarka Barbara Gordon (córka komisarza Gordona), będąca narratorką pierwszej opowieści: Nie można opierać się jej w nieskończoność. A Batman robi to już bardzo długo. Czy aby na pewno na dnie jego duszy nie tkwi już zanoszące się cynicznym rechotem monstrum, które zasłania się wymierzaniem sprawiedliwości, lecz tak naprawdę pragnie budzić strach? Czy jeśli spojrzy w lustro naprawdę długo i uważnie, nie ujrzy tam przypadkiem wyszczerzonych zębów Jokera?

Sama Batgirl także poczuje na własnej skórze, czym jest otchłań. Historia z jej udziałem to rzecz o dojrzewaniu – o tym, jak młodość, romantyzm, działanie dla dreszczyku emocji i chęci przygody ustępuje miejsca dogłębnemu zrozumieniu, że każda decyzja pociąga za sobą koszty, które trzeba będzie zapłacić, że wszystko można stracić w jednej chwili braku ostrożności czy rozsądku. O tym, że czym innym jest bronić miasta, a czym innym osoby, na której ci zależy. I że bardzo trudno to połączyć – wielu kompletnie się do tego nie nadaje. Niektórzy nie są w stanie wytrzymać straty tego, co stanowiło treść ich życia. A czasami wystarczy jeden zły dzień... Jeden dzień, który przesądza o całym życiu. Egzystencjalne pytania dotyczące tożsamości, niuansów uczuć czy ulotności chwili, która decyduje o „być albo nie być” nie są obce Batmanowi. W filmie Batman: Zabójczy żart symptomatyczne są jego odczucia wobec swego Nemezis Jokera. Jak można tak bardzo nienawidzić kogoś, kogo się nie zna? Jak można tak bardzo nienawidzić siebie? Ironią losu każdy z nich całkiem dobrze zna tego drugiego, a od zmiany sytuacji (i relacji) dzieli ich bariera cienka niczym włos. Niestety, takie najtrudniej pokonać.

Dlaczego Joker stał się ziejącym nienawiścią psychopatą, którego idée fixe jest chaos, zniszczenie Batmana i tego, co dlań cenne i co reprezentuje? To clou drugiej historii. Niegdyś był zwyczajnym człowiekiem, jednym z tych, których Batman poprzysiągł chronić. Aż kiedyś wydarzył się ten jeden szczególny dzień, który wszystko zmienił. Kwestia „jednego dnia” stała się kolejną obsesją naszego superłotra – kiedy po raz kolejny ucieka z Arkham, nie chce tylko siać „radosnego terroru”. Chce coś udowodnić całemu światu, ale najbardziej i sobie, i Batmanowi. O ile poprzednia część filmu Batman: Zabójczy żart emanowała witalnością, pełna była scen akcji i sekwencji walk, o tyle ta ma nastrój grozy i stanowi czystej wody dramat. Opowieść uzupełniają liczne retrospekcje, budujące klimat i kawałek po kawałku odkrywające genezę najbardziej niebezpiecznego, bo nieobliczalnego wroga „Mrocznego Rycerza”. Jest to część pełna przerażającego okrucieństwa i dojmującego smutku – bo w samej swej istocie szalony wyszczerz Jokera to grymas rozpaczy, a jego zabójcze żarty maskują autodestrukcyjne inklinacje. Emocje postaci znakomicie oddają aktorzy podkładający głos (na szczęście obyło się bez polskiego dubbingu): Mark Hamill (tak, ten od Gwiezdnych Wojen), który od wielu już lat jest najlepszym na świecie Jokerem, Kevin Conroy jako Batman i Tara Strong jako Barbara Gordon alias Batgirl.

Dzieło Sama Liu to animacja 2D, choć niektóre elementy – posągi, mozaiki czy główki laleczek o hipnotyzującym, niemal fosforyzującym wejrzeniu – noszą znamiona 3D. Strona graficzna nie jest idealną kopią komiksowego oryginału, lecz dosyć go przypomina – dominuje ciemna, stonowana kolorystyka, co uwypukla mroczny nastrój opowieści. Przyjemnie patrzy się na desig animacji, charakteryzujący się pewną nutką retro – kreska jest klasycznie amerykańska, czyli duże (lecz nie jak w anime) oczy i przesadnie pełne wargi u kobiet oraz wyeksponowana, masywna szczęka u mężczyzn. Akcja dzieje się w czasach nam współczesnych (monitoring, smartfony i ipody nie pozostawiają wątpliwości), a jednak retrospekcje z przeszłości Jokera poprzez barwę piasku i sepii, jak również specyficzną stylistykę, nawiązują do lat 30 XX w. Wszystko to podkreśla ponadczasowość archetypów Batmana i Jokera – fakt, iż niezależnie od czasu, w jakim osadzimy dane wydarzenia, i tego, jak gadżety i społeczne zmiany zmodyfikują różne niuanse, fabuła wciąż będzie nośnikiem treści o podobnym wydźwięku. Batman: Zabójczy żart podkreśla niejednoznaczność swoich bohaterów, ma jednak dość przejrzyste przesłanie – każdy ma szansę podnieść się po tragedii, pod warunkiem że ma motywację. I jeśli jej poszukasz, to ją odnajdziesz, musisz jednak chcieć (a to nie zawsze przychodzi łatwo).

Podsumowując: to porządnie zrobiona gorzko-słodka produkcja, zawierająca wiele smaczków – kunsztowne monologi Jokera, rozbrajająco pompatyczne wejścia Batmana, pojedynki z udziałem Batgirl, świetne zakończenie, które lepiej niż cokolwiek innego ukazuje skomplikowaną relację „Mrocznego Rycerza” i jego Nemezis, a nawet… scena po napisach. Nie jest jednak idealna. Jej największą (w zasadzie nawet jedyną) wadę stanowi brak solidnego kopa. W przebiegu akcji brakuje tego „czegoś”, co sprawia, że siedzimy jak na szpilkach, a puenta żartu pozostawia zabójcze wrażenie.

Film Batman: Zabójczy żart będzie można oglądać w wybranych kinach do 28 sierpnia.

najnowsze