Tydzień z

Extra Klasyka przedstawia: Deadfall Adventures i Zaginięcie Ethana Cartera

Gram.pl, 26 kwietnia 2016 18:30 0

Graliście w Deadfall Adventures? Albo w Zaginięcie Ethana Cartera? Jeśli nie, to właśnie nadarzyła się idealna okazja do nadrobienia zaległości.

Być jak Allan Quatermain

Deadfall Adventures

Większość osób zapytana o imię i nazwisko słynnego podróżnika oraz badacza, który w wolnych chwilach poszukuje skarbów, rozwiązuje najtrudniejsze zagadki i ratuje swoich bliskich z najgorszych opresji, a głowę skrywa pod charakterystycznym kapeluszem, bez wahania odpowie „Indiana Jones”. I oczywiście byłaby to prawidłowa odpowiedź, jednak nie jedyna z możliwych. Przypadkowo bowiem jest ktoś jeszcze, kto pasuje do tego opisu. Kojarzycie Allan Quatermaina? Pewnie nie, a jeśli już, to być może z nie najlepszych filmów przygodowych wydawanych przez ostatnich kilkanaście lat. Jest to natomiast postać stworzona przez Sir Henry’ego Haggarda, słynnego brytyjskiego pisarza, którego powieści mieszały w sobie wątki przygodowe z elementami science-fiction osadzonymi w historycznych realiach z odrobiną romansu w tle jeszcze u schyłku XIX wieku. Osobiście poznałem go właśnie dzięki Deadfall Adventures, grze autorstwa polskiego studia The Farm 51.

Jej głównym bohaterem jest James Lee Quatermain, prawnuk słynnego poszukiwacza kopalni Króla Salomona, który odziedziczył po swoim przodku smykałkę do ładowania się w zawiłe sytuacje, talent do wymachiwania bronią oraz kapkę archeologicznego talentu. Te wszystkie umiejętności okazują się kluczowe podczas naszej przygody z Deadfall Adventures, w której szukamy fragmentów Serca Atlantydy rozsianych po różnych kontynentach, dzięki czemu odwiedzamy spalone słońcem piaski Egiptu, skutą lodem Arktykę czy soczyście zieloną dżunglę wokół azteckich ruin. Akcję osadzono w latach 30-tych XX wieku, nic więc dziwnego, że potężnego artefaktu poszukują także Naziści oraz Rosjanie, zresztą nie tylko oni, bo walczymy także z mumiami i generalnie rzecz ujmując całą masą potworów o nieludzkiej naturze. Dla podobnych historii jest to standard, z którego Deadfall Adventures się nie wyłamuje. Nie ma co bowiem ukrywać, że to nie fabuła ma tutaj najistotniejsze znaczenie – nadaje ona co prawda ton i tempo poszczególnym wydarzeniom, ale jak przystało na grę akcji nie jest zbyt głęboka.

To, co najbardziej spodobało mi się przy przechodzeniu Deadfall Adventures to przyjemne wymieszanie różnych elementów. Rozgrywka zapewnia sporo strzelania i to z niezłym arsenałem do wyboru – jest strzelba, są pistolety, znajdzie się też miejsce dla granatów, karabinu snajperskiego i wielu innych przydatnych w opresji narzędzi plujących kulami na odległość. Gdy ustaje jednak odgłos wystrzałów, akcja zabawy zwalnia i często mamy okazję do eksploracji ciekawych miejsc. Na szczęście nie skaczemy po gzymsach czy jaskiniach niczym górska kozica, bo i z Jamesa żaden akrobata – rozwiązujemy za to ciekawe i złożone zagadki, które często wymagają znacznie więcej zachodu niż naciśnięcie odpowiedniego przycisku otwierającego zamknięte drzwi. Część z nich nie jest prosta i z całą pewnością pozwoli Wam na wysilenie szarych komórek, ale jednocześnie nie są frustrująco trudne. Dodatkowo oprócz nich zwiedzane lokacje obfitują w śmiertelne pułapki. I to właśnie te elementy sprawiły, że bardzo miło wspominam czas spędzony z tym tytułem.

Całości towarzyszy rozpieszczająca uszy strona dźwiękowa, a także niezła oprawa wizualna, która póki co nie zestarzała się zbyt mocno, co jest dodatkowym bodźcem, by nadrobić zaległości i w Deadfall Adventures zagrać. Czy jest to produkcja pozbawiona wad? Absolutnie nie, znajdziecie w niej także słabiej wykonane elementy czy bugi, ale jeśli macie ochotę poczuć się jak Allan Quatermain i pobawić w poszukiwanie potężnego artefaktu, rozwiązując ciekawe zagadki i strzelając w między czasie do hordy przeciwników, jego premiera w ramach Extra Klasyki to idealny moment do nadrobienia zaległości.

Pozdrowienia z Red Creek Valley

Zaginięcie Ethana Cartera

Debiutancka produkcja The Astronauts jest jedną z tych gier, które wcale nie kończą się wraz z dotarciem do finału i obejrzeniem napisów końcowych. Zaginięcie Ethana Cartera po swoim końcu pozostawia gracza odrobinę bogatszym i odrobinę biedniejszym jednocześnie. Wszystko dlatego, że aby coś z tej gry wyjąć, trzeba jej poświęcić cząstkę siebie. Choćby na moment. I ja tak zrobiłem.

Jeżeli wcześnie interesowaliście się już Zaginięciem Ethana Cartera, z całą pewnością wiecie, że po swojej premierze gra wywołała mieszane uczucia. Z jednej strony prasa wystawiała jej bardzo pozytywne opinie, podobnie jak i część graczy – nie brakowało jednak głosów, że tak właściwie nie wiadomo o co w niej chodzi, fabuła była o niczym, a Adrian Chmielarz zaczyna produkować spaczone dziwadła dla nikogo, które nie powinny nawet nosić miana gier.

Osobiście uważam, że przebiegnięcie przez Zaginięcie Ethana Cartera jak przez inne gry jest szkodą wyrządzoną zarówno tej produkcji, jak i samemu sobie. Deweloperzy nie bez przypadku już na początku informują, że tytuł jest niczym „podróż bez przewodnika”. Wkraczając do Red Creek Valley coraz głębiej zanurzamy się w niezwykle piękny i barwny, ale jednocześnie zagadkowy i dość mocno posępny świat, w którym wyraźnie czuć nawiązania do twórczości Lovecrafta oraz podobnych klimatów. The Astronauts w narracji było tak bardzo oszczędne i delikatne, że wiele osób ma im to za złe – ale twórcy specjalnie wycofali się w cień, pozostawiając gracza sam na sam z niepokojącą, tajemniczą krainą, która zawiera w sobie sporo sekretów. Trzeba to jednak umieć docenić.

W grze wcielamy się w Paula Prospero, detektywa posiadającego nadnaturalne zdolności, z którym skontaktował się nie kto inny, jak sam tytułowy Ethan Carter. Wiedziony przeczuciem na podstawie korespondencji z chłopcem Paulo czuje, że chłopak jest w tarapatach i potrzebna mu będzie pomoc. Ruszamy więc do Red Creek Valley, aby młodego odnaleźć, a wraz z podróżą przez dolinę dowiadujemy się o niej coraz więcej. Natomiast rozwiązując kolejne zagadki, coraz więcej wiemy też o tym, co tak właściwie przytrafiło się Ethanowi.

Uwielbiam scenariusz Zaginięcie Ethana Cartera za to, że nie podaje niczego wprost i pozostawia miejsce do interpretacji. Gra smakuje najlepiej, gdy krok po kroku zanurzamy się w ten przedziwny świat, przyglądając się wszelkim, nawet z pozoru nieistotnym szczegółom i łamiemy głowę nad przypadkiem tego miejsca, chłonąc piękną oprawę i wyraźnie niepokojący klimat. Nie ma tu miejsca na walkę, praktycznie nie da się zginąć, interakcja z obiektami jest minimalna na tle innych gier, a gracze do pomocy nie otrzymują nawet mapy. Nie znajdziecie też tutaj misji głównych czy pobocznych, craftingu ani nawet możliwości przeglądania posiadanego ekwipunku. Grę przeżywa się jednak równie mocno, co inne, znacznie bardziej rozbudowane produkcje, jak nie nawet i mocniej. Dzięki ograniczeniu elementów hudu, ekwipunku oraz innych, klasycznych dla większości gier, „wczuwka” jest mocniejsza.

Przyznam, że w pewien sposób Zaginięcie Ethana Cartera nie jest grą dla wszystkich. Żeby dostrzec jej piękno, trzeba znaleźć w sobie trochę wrażliwości, wyciszyć się na tych kilka godzin, zwolnić tempo zamiast biec przez siebie w poszukiwaniu sterty przedmiotów. Gdy to zrobicie, gra potrafi się odwdzięczyć wciągając do swojego świata klimatem, grywalnością, przywiązaniem do najdrobniejszych detali oraz artystyczną oprawą audiowizualną. Jeżeli macie na to ochotę, możecie śmiało po Zaginięcie Ethana Cartera sięgnąć. Szczególnie teraz, gdy cena gry spadła i można ją nabyć o połowę taniej niż dotychczas.

Akcja "Extra Klasyka przedstawia" jest elementem współpracy firm Cdp.pl i Gram.pl.

Polacy na E3 - skromna reprezentacja, rekordowe sukcesy
Majowe pasmo sukcesów polskich twórców gier wideo
Red Creek Valley w 4K - recenzja The Vanishing of Ethan Carter na Xboksa One
To nie było najlepsze półrocze dla polskich deweloperów
najnowsze

Chwała Wodzowi! - recenzja Beholder 2

W Beholder 2 przenosimy się do totalitarnego państwa i zaczynamy karierę w Ministerstwie na samym dole urzędniczej drabiny - dokąd zajdziemy?