Recenzja

World of Warships - recenzja

Sławek Serafin, 20.01.2016 21:08 0

Po czołgach i samolotach przyszedł czas na okręty. Jakie wnioski Wargaming wyciągnął z dwóch pierwszych gier?

Idę całą naprzód, ale nie na zachód, w kierunku przeciwnika, lecz skosem, na południe. Wieże odwrócone na bakburtę, wszystkie działa skierowane w stronę morza, a nie tam, gdzie jest wróg. Planuję. Chcę jak najszybciej wyjść na flankę, a potem zrobić zwrot na północ i przeparadować przed nadpływającymi wrogami. Wtedy te odwrócone na lewo działa będą tam gdzie trzeba. Zresztą, pewnie i tak z nich nie skorzystam, w końcu jestem niszczycielem. Tylko bym zdradził swoją pozycję, a przecież chodzi o to, żeby pozostając poza zasięgiem widzenia drugiego zespołu rozpoznać jego pozycje dla kolegów w pancernikach i krążownikach, którzy zostali za moją rufą. Oni będą strzelać. W tej fazie gry moje zadanie to rozpoznanie.

Zadania są bardzo ważne w World of Warships. Zadania w obrębie drużyny oczywiście. To nie World of Tanks, gdzie każdy pędzi, by zająć najlepszą miejscówkę do przyczajenia się. Tutaj ruchy floty muszą być spójne i wspólne, albo wszyscy pójdziecie na dno, jeden za drugim, bo lepiej zgrany przeciwnik skoncentruje swoje siły i zmiecie was przewagę ognia. I każdy ma swoją rolę. Pancerniki mają zabijać. Krążowniki mają obstawiać pancerniki, chronić je przed niszczycielami i atakami lotnictwa. Niszczyciele mają prowadzić rozpoznanie i ewentualnie szarżować z torpedami, gdy sytuacja przybierze odpowiedni obrót. A lotniskowiec ma tak manewrować, żeby jednocześnie być blisko głównych sił, na wypadek gdyby potrzebował pomocy z odparciu ataku jakiegoś ninja-niszczyciela, który przekradł się na tyły, ale żeby cały czas trzymać się poza zasięgiem dział wroga, bo nie ma ani pancerza, ani dział własnych. Ma swoje eskadry, którymi musi dowodzić w czasie gdy nieustannie koryguje swoją pozycję.

Manewr, pozycja, szyk i współpraca - na tym opiera się zwycięstwo w najnowszej grze Wargamingu. Grze pod wieloma względami zupełnie innej niż dwie poprzednie, co jest zresztą konsekwencją przyjętej tematyki. To właśnie zajęcie się okrętami i bitwami morskimi wymusiło tak wiele zmian, tak odmienne podejście. Zmieniło się tempo, zmieniła się cała dynamika rozgrywki. Głównie przez to, że mamy do czynienia z majestatycznymi, dostojnymi bestiami ważącymi tysiące ton, które ani nie kręcą się jak baleriny, ani nie przyspieszają jak sprinterzy, ani też nie mogą się schować na murem wystawiając jedynie lufę. Jest wolniej, jest spokojniej, jest więcej czasu na podejmowanie decyzji. Mniej zręczności, więc główkowania. Strzelanie to ćwiczenie nie z koordynacji ruchowej, ale geometrii. Nie jakiejś zaawansowanej, na szczęście, bardziej intuicyjnej, ale mimo wszystko w sytuacji gdy nasza salwa będzie zmierzała w stronę przeciwnika przez ładnych kilka, a może i kilkanaście sekund, trzeba jednak trochę pomyśleć i policzyć, zanim się naciśnie spust. Bo następna może być dopiero za minutę nawet, w przypadku największych pancerników. I dlatego spudłowanie nie jest opcją. Choć i tak nie trafimy w większości przypadków.

Idę na północ. Już ich widzę. Cztery krążowniki, jeden pancernik. Reszta musi być po drugiej stronie cieśniny. To nie moje zmartwienie w tym momencie. Nie widzę wrogich niszczycieli, ale to normalne. Zobaczę je jak już będzie za późno. Na razie jestem bezpieczny, nikt mnie nie wypatrzył, płynę prostopadle do ich kursu zbliżeniowego i mam jeszcze spory zapas dystansu, żeby dać nogę jakby co. Ale nie jestem aż tak daleko, żeby ograniczać się do samego rozpoznania na szczęście. Jeden z wrogich krążowników idzie kursem mocno na południe. Też flankuje. W tym momencie jest poza zasięgiem torped, ale uwzględniając jego prędkość, ich prędkość i kierunki ruchu, powinny go dosięgnąć jeśli nie zmieni kursu. Niestety, system celowania wskazuje, że musiałbym walnąć salwę prosto w wyspę, żeby go trafić. No to strzelam z większym wyprzedzeniem, byle tylko wypuścić rybki. Wyrzutnie powinny się przeładować zanim będą znów potrzebne. Torpedy zaczynają swój bieg, a ja właśnie zostałem wykryty przez lepiej skradający się niszczyciel wroga, więc stawiam zasłonę dymną, ster ostro prawo na burt i zaczynam taniec, bo już widzę rozbłyski salw. Taktyczny odwrót. Ale wrócę.

W World of Warships fajne jest to, że poszczególnymi klasami okrętów gra się tak bardzo odmiennie. Pancerniki i krążowniki są dość zbliżone, to prawda, choć te drugie mają inne zadania do realizowania. Ale już niszczyciele i lotniskowce to całkiem inna bajka. Te pierwsze też mają działa, ba, nawet mogą z nich korzystać z morderczym efektem w wielu sytuacjach, ale ich główną bronią jest prędkość, zwinność, zasłony dymne i oczywiście torpedy. Zabójcze torpedy. Dobra salwa jest w stanie posłać na dno dowolnego przeciwnika. Niewiele jest w World of Warships bardziej satysfakcjonujących momentów niż ten, w którym nasze rybki robią "headshota" jakiemuś pancernikowi. Prawie tak samo ekstatyczne jest walnięcie salwy ze wszystkich dział pancernikiem i patrzenie, jak wszystkie pociski trafiają, przebijając pancerz, wybuchając w środku i zmiatając przeciwnika z powierzchni morza w pięknej eksplozji. A niewiele mniej przyjemne jest uchwycenie wroga w kleszcze ataków samolotów torpedowych i obserwowanie z góry, w widoku taktycznym, zarezerwowanym dla dowódców lotniskowców, jak znaczniki zrzuconych do wody cygar nieuchronnie zbliżają się do odsłoniętej burty.

Granie lotniskowcem przypomina trochę zabawę artylerią w World of Tanks. Tyle, że jest ciekawsze. Mamy kilka eskadr, coraz więcej im wyższy poziom okrętu. Bombowce, torpedowce, myśliwce. Bawimy się nimi jak w strategii czasu rzeczywistego, próbując jednocześnie dokonać ataków, osłonić swoje samoloty, zestrzelić wrogie i jeszcze może mimochodem przeprowadzić jakieś rozpoznanie. A potem modlić się, by w czasie, gdy nasze eskadry wracają po amunicję i jesteśmy praktycznie bezbronni, nikt nas nie dopadł. Wrogie samoloty można jeszcze jakoś zestrzelić, przechwycić albo wymanewrować. Ale jeśli podkradł się do nas niszczyciel, to kaplica. Jeśli któryś z naszych krążowników nie jest w pobliżu, jeśli nikt nie gra zespołowo i nas nie osłania, to nasza bitwa wkrótce się skończy. Tutaj nie da się schować w krzakach i śmiać się z wrogów przejeżdżających kilkanaście metrów od nas, jak w World of Tanks. Lotniskowiec to wielki, tłusty, dobrze widoczny z wielu kilometrów cel. I wyjątkowo mało odporny na trafienia.

Trafiłem tamtą salwą torped. Jakimś cudem. Pewnie tamten krążownik podjął złą decyzję gdy je wypatrzył. Skręcił nie tak jak trzeba i nie dał rady ich wymanewrować. Komunikat o jego zatopieniu dostałem, gdy już wycofałem się dzięki zasłonie dymnej i zacząłem okrążać pozostałe krążowniki od północy. Już były zajęte wymianą ognia z naszymi siłami głównymi, więc może uda się przekraść skrajem, między ich granicą pola widzenia a lądem. A przekraść się chcę, bo samotny pancernik wroga podjął fatalną decyzję i zamiast zostać z kolegami, postanowił między wysepkami przepłynąć na drugą stronę, żeby dołączyć do sił walczących po tamtej stronie cieśniny. Jeśli go dogonię, jeśli go dopadnę, jeśli zdążę puścić torpedy z minimalnego dystansu wyskakując zza wyspy zanim on pośle mnie w niebyt salwą z głównych baterii, to będę miał drugiego fraga. I dodatkowe doświadczenie. Oraz kochane pieniążki.

World of Warships to gra Wargamingu, więc mamy tutaj klasyczny dla nich system awansu i odblokowywania kolejnych okrętów. Poziomów jest dziesięć. Floty jak na razie tylko dwie - amerykańska i japońska. Jest linia niemieckich krążowników i radzieckich niszczycieli, ale to na razie wszystko. Brytyjczyków w ogóle nie ma jeszcze. Tak samo reszty Niemców i okrętów rosyjskich. Floty francuska i włoska, które jak najbardziej powinny się w grze też w przyszłości znaleźć, nie są nawet zasygnalizowane jeszcze. Ale będą. I jeśli Wargaming nie zacznie wymyślać jakichś głupot, w stylu niemieckich lub radzieckich lotniskowców, to World of Warships może nie będzie grą zaludnioną przez niedorzeczne, idiotyczne, fikcyjne maszyny wojenne. W odróżnieniu od World of Tanks, które dawno przestało już być grą historyczną, "statki" mają szansę przez długi czas trzymać się rzeczywistości. Tylko czy ktoś będzie przez ten długi czas grał? Wątpię.

Ja osobiście bawiłem się w World of Warships znakomicie. Lepiej niż przypuszczałem. Były emocje, była radość, była duma z osiągnięć. Ale do pewnego momentu tylko. Gdzieś tak w okolicach szóstego poziomu, może trochę wcześniej, może trochę później, gra zaczyna się psuć. Nie tylko dlatego, że trzeba grać coraz więcej i więcej, żeby cokolwiek odblokować. Nie tylko przez to, że niektóre okręty są naprawdę nietrafione i gra się nimi o wiele gorzej niż tymi niżej i wyżej w drzewku technologicznym. Nie, głównie przez to, że środek ciężkości się przesuwa. Do szóstego poziomu cała gra pozostaje we względnej równowadze. Pierwsze poziomy są zdominowane przez niszczyciele, to fakt. Ale zostawia się je za sobą po kilku godzinach, więc są nieistotne. Od czwartego do szóstego każda klasa ma swoją niszę, każdą gra się dobrze, każda daje satysfakcję. Niestety, wyżej następuje przechył. I to w stronę krążowników i pancerników. A te ostatnie są najmniej interesujące w całej grze. Co z majestatu, co z dostojeństwa, gdy ruszamy się jak ciężarny żółw, gdy obracanie wież trwa całe godziny a między jedną salwą a drugą można zaparzyć herbaty i wyjść na spacer z psem? Dynamika? Tempo? Emocje? Brak. Owszem, cały czas pozostaje nam zgranie drużynowe, ba, zacieśnia się nawet i wskakuje na wyższy poziom, ale to nie rekompensuje zepchnięcia na drugi plan pozostałych klas okrętów. Gra robi się jednostajna. Monotonna. I to nie tylko pod tym jednym względem.

Fakt, trzeba sporo pograć, musi minąć ładnych kilkanaście lub kilkadziesiąt godzin, żeby się zmęczyć tym, jak World of Warships wygląda. Ale w końcu do tego dochodzi. Okręty? Okręty są śliczne. I coraz śliczniejsze na wyższych poziomach. Kto by pomyślał, że góry stali mogą być takie seksowne, nie? Ale są. Niestety, tylko one. Morze jest cały czas takie samo. W World of Tanks mamy urozmaicenie przynajmniej. Są pory roku różne. Są lasy, wioski, miasta, pustynie i tak dalej. Nie patrzymy cały czas na dokładnie to samo. Jak tutaj. Woda. Cały czas ta sama woda. Zmienne warunki pogodowe? Nie. Inny stan morza? Nie. To chociaż inna pora dnia? Może bitwa w nocy? Mgła? Cokolwiek?! Też nie. Woda. Woda nigdy się nie zmienia w World of Warships.

Dorwałem go dokładnie tak jak chciałem. Głupio zwolnił, przyczaił się "za rogiem", żeby posłać pierwszą salwą na dno wroga, który wypłynie zza wyspy. Tyle że ja nie wypłynąłem. Ja wystrzeliłem jak z procy. W sekundę puściłem torpedy i zacząłem dzikie zwroty. A on nie mógł się zdecydować, czy strzelać pojedynczo, czy salwą, czy... i zanim coś wymyślił, to torpedy go dosięgły. Dwa kilometry to dla nich moment. Strzał z przyłożenia. Śmierć instant. Odpłynąłem śmiejąc się z dwóch naszych niszczycieli, które próbowały tego samego łosia zajść od północy, ale się spóźniły. I potem ruszyliśmy we trójkę, jak głodne wilki, żeby zajść od tyłu ostatnie dwa pancerniki wroga na północy, które zajęte były pojedynkami strzeleckimi na długim dystansie z resztą naszych sił. Zauważyły nas za późno. Jednego zapisałem na swoje konto. Przy drugim pomogłem. I potem została już tylko obława na dwa ostatnie ich krążowniki. Dobra bitwa. Dobra gra. Dostałem furę punktów, odznaczenia, zaliczone misje i tak dalej. Szkoda, że to była moja ostatnia gra w World of Warships.

Warto jest w World of Warships zagrać. Okręty są strasznie fajne, rozgrywka unikalna, emocje duże a gra zespołowa satysfakcjonująca. Ale nie jest to zabawa na dłużej. Grind i monotonia wkradają się tutaj relatywnie szybko w piękny marynistyczny obrazek. I odechciewa się. To co wcześniej było tak przyjemne, traci sens i cel. Gra jest zbudowana na fundamencie parcia do przodu, zdobywania nowych poziomów, odblokowywania kolejnych okrętów. Szkoda tylko, że w trakcie tego robi się coraz gorsza. I gdy zdajemy sobie sprawę z tego, że podążamy w złym kierunku, to cała wycieczka przestaje nas bawić, choć do tej pory była przecież całkiem fajna. Gdy mamy w perspektywie żmudne ciułanie punktów przez sto, dwieście, trzysta bitew, żeby odblokować następną łajbę, którą będzie się grało tak samo monotonnie, jaką tą aktualną... to się po prostu odechciewa. W World of Tanks jakoś to przeszło, ten schemat, ten grind. Pewnie dlatego, że było pierwsze, jedyne, bez konkurencji w segmencie darmowym. Teraz konkurencji jest dużo. Przeróżnej. W tym i takiej dużo lepiej skonstruowanej i oferującej ciekawsze wyzwania. I World of Warships jest w starciu z nią na przegranej pozycji. Nie ma już magii w prostej linearnej progresji.

Mimo to polecam. Można z tej gry wycisnąć za darmo przynajmniej kilkanaście, a przy dobrych wiatrach może i kilkadziesiąt, godzin fajnej zabawy. Co z tego, że potem się psuje? Carpe diem! Pływamy póki nas nie zatopią, a jak się nam znudzi, to zajmiemy się czymś innym. Skoro nie trzeba płacić, to dlaczego nie, nie? No właśnie. Nie zmienia to faktu, że World of Warships ujęte całościowo jest porażką. Model biznesowy Wargaming nie bazuje na graczach, którzy przestają grać w okolicy szóstego poziomu. Mają zostać, kupować konta premium, cisnąć, cisnąć i cisnąć. A nie da się. Po prostu się nie da. Za nudno, za męcząco, za jednostajnie. Aż szkoda. Okręt żwawo rwał do przodu, dziarsko strzelał z dział, łopotał flagami radośnie. A potem przesunął się środek ciężkości. Przechył na burtę, zalane przedziały, wszyscy do szalup! Opuścić okręt! Opuścić okręt!!! Smutna historia. Ale morze zna takich wiele...

World of Warships: Yubari Steam Edition - DLC

  • nacisk na grę zespołową
  • śliczne okręty
  • każdą klasą gra się inaczej
  • satysfakcja z umiejętnych zatopień
  • za darmo
  • tempo i dynamika znikają w okolicach VI tiera
  • pyszna zabawa zmienia się w nudny grind
  • monotonia scenerii
  • dwie floty to za mało
Bum tralala, chlapie fala, po głębinie statek płynie... a potem idzie na dno 7.0
najnowsze