Recenzja

Trine 3: The Artifacts of Power - recenzja

Patryk Purczyński, 26.08.2015 18:30 1

Trine 3: The Artifacts of Power próbując wspiąć się po drabinie padło ofiarą własnego ciężaru, którego kolejne szczeble zwyczajnie nie wytrzymały.

Kiedy Frozenbyte ogłosiło prace nad trzecią częścią Trine, jednej z najlepszych platformówek ostatnich lat, zareagowałem niezwykle entuzjastycznie. Kiedy okazało się, że Finowie dodają do swojej perełki trzeci wymiar, byłem równie zaintrygowany, co zaniepokojony. Moje obawy związane były przede wszystkim z tym, jak wypadnie rozgrywka mając do dyspozycji również głębię planszy. Wczesny dostęp nieco mnie uspokoił, ale - jak się okazało - pies był pogrzebany gdzie indziej. Tuż po premierze Trine 3: The Artifacts of Power Frozenbyte postawiło sprawę jasno.

"Podjęliśmy wielkie ryzyko implementując rozgrywkę 3D. Miało to być ogromne usprawnienie względem poprzednich gier pod kilkoma względami. Zawsze byliśmy ambitni, ale tym razem ambicja nas przerosła. Koszty produkcji Trine 3: The Artifacts of Power urosły do poziomu prawie trzykrotnie większego niż w przypadku Trine 2 - ponad 5,4 miliona dolarów. Wszystko, co mieliśmy, wpakowaliśmy w grę. Nic nam nie zostało. Na początku mieliśmy napisaną znacznie dłuższą opowieść i rozplanowanych więcej poziomów, ale stworzenie tego, co planowaliśmy, pożarłoby trzykrotnie więcej pieniędzy, prawdopodobnie nawet 15 mln dolarów. Nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy do czasu, aż było za późno. Skrócenie gry nie było zatem celowym zabiegiem, mającym na celu zarobienie na dalszych DLC czy czymkolwiek. Staraliśmy się zrobić coś zbyt ambitnego, co okazało się finansowo niemożliwe do zrealizowania. (...) Ukończone Trine 3: The Artifacts of Power może nie jest tak długie, jak początkowo zakładaliśmy, ale i tak jesteśmy z naszego dzieła dumni."

Po przytoczeniu tej spowiedzi twórców Trine 3: The Artifacts of Power możemy przejść do właściwej recenzji. Trzecia część serii ponownie daje nam okazję do spotkania z trojgiem dobrze znanych postaci: złodziejką Zoyą, rycerzem Pontiusem i magiem Amadeusem. Bohaterowie woleliby wieść własny, niezakłócony niczym żywot. Zoya pragnie oddać się wyprawom po wartościowe łupy, szlachetny Pontius próbuje odbić skradzioną owieczkę, a Amadeus napawa się sezonem godowym olbrzymich żółwi. Los nie jest jednak dla nich łaskawy - akademia magów zostaje zaatakowana, a Trójnia raz jeszcze porywa ich z zadaniem zaprowadzenia porządku. To jednak dopiero początek dynamicznych wydarzeń, które z czasem przybierają prawdziwie beznadziejny obrót.

Choć scenarzyści poszli tym razem na całość, fabułę trudno nazwać najmocniejszą stroną Trine 3: The Artifacts of Power. Podobnie było jednak również w przypadku dwóch pierwszych odsłon, gdzie opowieść była przedstawiana niejako przy okazji, a gracze mieli inne powody do zachwytu. Żeby nie zajechać tych samych schematów, Frozenbyte wprowadziło zatem wspomniany już trzeci wymiar. O ile w wersji Early Access dało się jeszcze wyczuć sporo niedociągnięć wynikających z poruszania się po trzech osiach, tak na premierę zostały one w dużej mierze wygładzone. Nie oznacza to jednak, że wszystko jest dzięki temu perfekcyjne. Postaciom zdarza się zaciąć czy wskoczyć w niepożądane miejsce, a wypadnięcie poza planszę spowodowane błędnym poczuciem głębi jest prawdziwą zmorą. Jest o wiele lepiej niż we wczesnym dostępie, ale o takiej skali dopracowania jak w dwóch poprzednich częściach nie może być mowy (co można oczywiście tłumaczyć skalą trudności zadania, która gwałtownie wzrosła po dołożeniu trzeciego wymiaru).

Trine 3: The Artifacts of Power cierpi zresztą głównie przez swoje poprzedniczki, które były naprawdę wybitnymi grami. Tymczasem trzecia część jest od nich trochę gorsza w wielu aspektach, nie tylko dopracowania technicznego. Frozenbyte praktycznie całkowicie zrezygnowało z rozwoju postaci. To, co Zoya, Amadeus i Pontius potrafią na początku, potrafią również na końcu kampanii, bez żadnych fachów wyuczonych po drodze. Repertuar umiejętności - zwłaszcza w przypadku maga - w ogóle zresztą ograniczono. W poprzednich częściach potrafił tworzyć sześciany, czworościany foremne i płaskie, podłużne konstrukcje, służące często jako pomost. Teraz z wszystkich tych wytworów pozostał tylko jeden - ten pierwszy.

Oczywiście Amadeus ma też inne moce - może przenosić interaktywne przedmioty, a także posługiwać się nimi w walce z przeciwnikami. Najlepiej w roli czołgu sprawdza się jednak Pontius, którego umiejętność latania dzięki tarczy wzniosła się po dodaniu trzeciego wymiaru na wyższy poziom spektakularności. Zoya częściej bawi się natomiast swoją liną, którą przeciąga rozmaite elementy w taki sposób, by umożliwić całej trójce przejście. Każda z postaci jest przydatna w określonych sytuacjach, które zresztą nierzadko można rozwiązywać na różne sposoby, ale to znamy już z poprzednich odsłon. Tutaj czegoś w tych paletach umiejętności brakuje.

Nieco polotu jakby straciły zagadki logiczne. Nigdy nie zapomnę tego czaru, jaki roztaczała scena podlania kwiatów we wcześniejszej odsłonie Trine. Rośliny następnie rozkwitały i odpłacały się możliwością wspięcia się na wysokie wzniesienie. W Trine 3: The Artifacts of Power takich zapierających dech scen brakuje. Niezwykłe postacie zliczyć można na palcach jednej ręki, podobnie zresztą jak skomplikowane łamigłówki, do których rozwiązania niezbędne jest rozgryzienie mechanizmów niezwykłych konstrukcji. Za mało Trine w Trine, chciałoby się rzec. To, co było solą poprzedniczek, w "trójce" jest okazem tak rzadkim, że wypadałoby go objąć ochroną przed wyginięciem. Ekipie Frozenbyte albo skończyły się pomysły, albo nie była ich w stanie równie zmyślnie zaadaptować do nowych, trójwymiarowych warunków.

Na plus trzeciej części serii z pewnością można zaliczyć fakt, że do odblokowania kolejnych rozdziałów kampanii twórcy postawili warunek w postaci zdobycia odpowiedniej liczby świetlistych kryształków. Mało tego, w menu uwypuklili, ile z nich znaleźliśmy na poszczególnych etapach danej misji, a ile wciąż czeka na odszukanie. Można nawet przenieść się w konkretny punkt zapisu i od niego zacząć dalsze poszukiwania. W ten sposób Frozenbyte zapobiega sytuacjom, w których użytkownicy jak najmniejszym nakładem sił próbują dobrnąć do końca poziomu. Znów jednak pada istotne zastrzeżenie: zebranie znajdziek w Trine 3: The Artifacts of Power jest jakby łatwiejsze - wymaga mniejszej spostrzegawczości i wysiłku intelektualnego niż w poprzednich odsłonach.

Sama kampania faktycznie nie jest zbyt rozbudowana. Na jej przejście (i przy okazji zakręcenie się wokół maksymalnej liczby skolekcjonowanych kryształków) spokojnie wystarczą cztery godziny, a przy dobrych wiatrach nawet mniej niż trzy. Pierwsze poziomy są iście rozgrzewkowe i przechodzi się je bez mrugnięcia okiem, a dalsze, choć bardziej rozbudowane, tylko w rzadkich momentach rzucają graczowi prawdziwe wyzwanie. Frozenbyte niezbyt rozbudowaną kampanię wzbogaciło na szczęście dodatkowymi mini-poziomami, na których swoje umiejętności i możliwości testują konkretne postacie. Zwykle do rozwiązania dostajemy serię łamigłówek wymagających również zręczności, ale zdarzają się i poziomy, gdzie trzeba się rozprawić z seriami przeciwników.

Jedną z największych zalet Trine zawsze była oprawa wizualna. Przecudnej urody tła można było podziwiać godzinami, a świetliste elementy plansz dzięki intensywnym, żywym barwom nadawały poziomom szczególnego wyrazu. W Trine 3: The Artifacts of Power ta strona jest nierówna. Zdarzają się może nie tyle całe poziomy, co ich fragmenty, które są zwyczajnie mdłe. W większości przypadków artyści Frozenbyte stanęli jednak na wysokości zadania. Pierwszy poziom z udziałem Amadeusa, gdzie na horyzoncie rozciąga się przepiękne błękitne niebo i równie urokliwe wybrzeże, przywodzi na myśl najlepsze widoki z poprzednich odsłon. Sale akademii magów pełne są smaczków, jak choćby mioteł samych oprzątających kolejne pomieszczenia. Prawdziwym majstersztykiem jest plansza stylizowana na książkę. Bohaterowie poruszają się po kolejnych stronicach, które przewracają się w odpowiednim momencie. Niczego nie można zarzucić też animacjom. Zbytnią monotonią charakteryzuje się za to oprawa muzyczna.

Trine 3: The Artifacts of Power próbując wspiąć się po drabinie padło ofiarą własnego ciężaru, którego kolejne szczeble zwyczajnie nie wytrzymały. Owym ciężarem ponad miarę, do czego przyznają się zresztą sami przedstawiciele Frozenbyte, okazał się trzeci wymiar. Trzeci wymiar, który sam w sobie nie jest zły i z pewnością dodaje grze istotnego powiewu świeżości. Martwią za to drobne spadki jakości w innych dziedzinach. Trine 3 nie dorównuje swoim poprzedniczkom, choć grą pozostaje co najmniej dobrą. Szkoda, że również krótką i mniej wymagającą.

Mimo tego, że Trine w trzeciej części zanotowało spadek formy, a samo Frozenbyte stawia poważny znak zapytania nad przyszłością serii, wierzę, że nie będzie to ostatnia odsłona tego malowniczego cyklu. Może być ostatnia w 3D - nie miałbym nic przeciwko powrotowi do dwóch wymiarów - ale Amadeus, Pontius i Zoya zasługują na lepsze pożegnanie.

Trine 3: The Artifacts of Power

  • odważny i wcale nie nieudany eksperyment z trzecim wymiarem
  • śliczne poziomy
  • konieczność zbierania kryształków
  • dodatkowe mini-lokacje
  • prawie w każdym aspekcie trochę gorsza od poprzedniczek
  • poziom trudności mógłby być wyższy...
  • ... a kampania dłuższa
Lepsze czasy Trine ma chyba już za sobą 7.0
najnowsze