Recenzja - konsole

Wolfenstein: The Old Blood - recenzja

Grzegorz Ornoch, 08 maja 2015 17:30 17

Wolfenstein: The New Order wydany w ubiegłym roku pozytywnie zaskoczył bardzo wielu graczy. Podejrzewam, że i sami twórcy także byli nieco zdumieni sukcesem swojej produkcji, choć oczywiście nie brakowało także i chłodnych recenzji. Rok po premierze debiutanckiej strzelanki od MachineGames dostajemy doń dodatek.

Blazkowicz tak się zapędził, że aż do Nivigradu dotarł, tylko co tutaj robi ta ciężarówka…

I w tym momencie można powiedzieć, a nawet i napisać, że rok to szmat czasu, kto by wydawał DLC do gry AAA po tak długim czasie? Ano właśnie tu tkwi różnica pomiędzy znanymi nam praktykami z zalewem drobnego DLC, a tym, czym jest The Old Blood. A jest bardziej klasycznym w swej formie, jak to się ongiś mawiało add-onem, który potraktowany został także dystrybucją w postaci pudełkowej. Ta wystartuje jednak dopiero 15 maja, wcześniej zaś twórcy postanowili udostępnić wersję cyfrową.

Wybrano zatem drogę, wymagającą co prawda większego nakładu pracy od strony deweloperów, ale i cechującą się czymś, czego niektórzy wydawcy w naszej kochanej branży nie rozumieją - szacunkiem dla samych graczy.

Wolfenstein: The Old Blood to przede wszystkim nowa kampania przenosząca do wydarzeń mających miejsce przed tym, co działo się w The New Order. Wynikiem tego są na przykład takie smaczki, jak prototypy super-żołnierzy (podpiętych kablami do generatorów energii), którzy w swych rozwiniętych wersjach (już bezprzewodowych) atakowali nas w podstawowej grze.

Całość kampanii rozpisano na dwie części, składające się łącznie z ośmiu rozdziałów. W pierwszej przenikamy pod przykrywką oficera SS do zamku Wolfenstein. Naszym celem jest zdobycie informacji o położeniu tajnego ośrodka badawczego generała Deathsheada (w polskiej wersji przydomek brzmi bardziej uroczo: Trupia Główka). Wiele razy podczas ogrywania tego etapu miałem skojarzenia z - nomen omen - Return to Castle Wolfenstein. Zamkowe komnaty, walka na dziedzińcach czy ucieczka kolejką linową wzbudziły łezkę w oku i miłe wspomnienia!

Drugim etapem kampanii jest wyprawa do wioski Wulfburg, gdzie swoje niecne plany realizuje niejaka Helga von Schabbs. Swoją drogą kolejna zła Helga w tym uniwersum, poprzednio rozrabiała Helga von Bulow. Znaczna część drugiego etapu wraz z zamknięciem skupia się na paranormalnych naleciałościach, z którymi seria Wolfenstein brata się od samego początku.

MachineGames pozdrawia Techland!

W wyniku działań Frau Schabbs The Old Blood troszkę zmienia wizerunek i od pewnego momentu kampanii dosłownie zalewa nas falami nazistowskich zombie, dodam, że bardzo niebezpiecznych i przerażająco szybkich w bliskim kontakcie. Po kilku sekwencjach przebijania się przez zastępy płonących (!) nieumarłych poczułem wręcz lekki przesyt i chęć zrobienia sobie przerwy od gry, czego zupełnie nie czułem w trakcie wcześniejszej eksploracji i walk w zamku. Najprawdopodobniej ma to jednak związek z tym, że zdecydowanie fanem motywów z zombie nie jestem i przez pewną cześć The Old Blood musiałem po prostu przebrnąć. Jeśli jednak są wśród Was zwolennicy tego typu klimatów, to powinni czuć się usatysfakcjonowani nazistami nagle zmieniającymi się w jeszcze większe potworzyska.

Głównym bohaterem wydarzeń ponownie jest B.J. Blazkwowicz, który za sprawą scenarzystów zaliczył przed rokiem rewelacyjny powrót jako postać z krwi i kości.

W podstawowej grze protagonista wypadł świetnie - B.J. stał się niezwykle charyzmatycznym osobnikiem, który bardzo często - pomijając bezpardonowe działanie na polu walki - dzielił się z graczem iście filozoficznymi przemyśleniami. Niestety w rozszerzeniu twórcy zniżają loty. Zabrakło tu bowiem znanych z podstawki widowiskowych wstawek nakreślających historię, zaś sam bohater udziela się mniej, jakby dopiero przygotowując się do swojej roli w The New Order. Najpewniej ma to związek z mniejszym budżetem produkcji, gdzie nie starczyło już środków na dodatkowe elementy, takie jak sprawnie wyreżyserowane przerywniki filmowe. Wydarzenia są zatem pokazywane od początku do końca z oczu głównego bohatera zaś szczegóły fabularne poznajemy poprzez różnego typu znajdźki - listy, notatki, dzienniki. Rozwiązanie znane i sprawdzone, acz nie ukrywam, że wstawki filmowe były naprawdę bardzo miłym urozmaiceniem ubiegłorocznej gry.

Jak przystało na WOLFensteina, jest i pełnia księżyca!

Ukończenie nowego wątku fabularnego zajęło w moim przypadku około siedem godzin. Muszę tu jednak dodać, że nie jestem raczej strzelankowym wymiataczem, zaś sama gra do tych szczególnie łatwych nie należy. Normalny poziom trudności, zarówno w The Old Blood, jak i The New Order spokojnie mógłby uchodzić za odpowiednik trybu "Hard" w wielu współczesnych shooterach - gdybym miał porównywać w ten sposób. Jeśli wymagające strzelaniny to Wasze ulubione danie, The Old Blood zaliczycie zapewne mając na liczniku godzin pięć.

Inna sprawa, że przez grę nigdy nie przebiegam po prostu brnąc do przodu i olewając wszystko po drodze. Starałem się zbierać sztabki złota czy notatki i listy (zatrzymując się przy tym i czytając je). Poza tym wielokrotnie po skończonej walce zdarzały mi się spacery po lokacji w celach turystycznych, bo jest na czym zawiesić oko - gra wygląda naprawdę bardzo dobrze! A i parę pociesznych smaczków i easter eggów w nagrodę za cierpliwe zwiedzanie dostałem.

Ciut więcej czasu kampania z The Old Blood zajmie w przypadku przechodzenia jej w sposób skryty tam, gdzie jest to możliwe. Pamiętajmy o tym, że twórcy w The New Order poza satysfakcjonującym i widowiskowym strzelaniem wprowadzili także wyjątkowo sprawny system skradania. Bardzo prosty, wręcz umowny, ale w zupełności wystarczający na potrzeby strzelanki. Wszystko to wraca także i w rozszerzeniu, które oferuje sporo poziomów bardziej otwartych na poczynania gracza. Można zatem tuptając na paluszkach oczyszczać zamek Wolfenstein z nazistowskiej plagi. Nie będę się krył z tym, że w większości przypadków nie mogłem sobie odmówić przyjemności stosowania otwartej konfrontacji, ale szalenie doceniam fakt, że wielokrotnie dano mi wybór. Zabrakło może tylko nieco większego zróżnicowania lokacji, ale można na to przymknąć oko z uwagi na bardziej kameralne realia działań Blazkowicza w porównaniu z rozmachem akcji z podstawowej gry.

Nazwa trofeum idealnie określa pozycję Blazko w The Old Blood. Swoje pięć minut będzie miał dopiero w The New Order

Kampania nie stanowi jednak wszystkiego, co w The Old Blood znajdziemy. Na deser po fabularnych wydarzeniach przygotowano także tryb wyzwań, nawiązujący nieco do Bulletstorm. Na mapkach opartych o lokacje z gry, B.J. walczy na punkty z nacierającymi nazistami. Liczy się tu czas, sposób eliminacji przeciwników, mający wpływ na zdobywane punkty i ewentualne bonusy (stąd moje skojarzenie z Bulletstormem) oraz oczywiście zręczność i kombinowanie z pomysłami na generowanie jak największych wyników. Mimo dalece posuniętego uproszczenia tryb wyzwań jest w stanie zapewnić od godziny do dwóch dodatkowej zabawy. Oczywiście w zależności od zaangażowania się weń. Jeśli będziecie chcieli wymaksować każdą z map, to pewnie tych godzin zbierze się więcej.

Sama zaś rozgrywka nie uległa żadnym zmianom. Gameplay nadal nie jest przesadnie łatwy i stanowi odpowiednie wyzwanie dla zręczności i refleksu gracza. Dodatkowo każda potyczka to ogrom soczystego i pieruńsko satysfakcjonującego strzelania. Nadal mamy do czynienia z niezwykle udanym połączeniem starej szkoły i nowoczesności. Dzięki temu gra nie jest archaiczna, jak stare shootery, ale też nie razi przesadnym upraszczaniem wszystkiego. Ot po prostu od strony mechaniki dostajemy więcej tego samego. Twórcy nie zmieniali nic na siłę, bardziej skupiając się na nowej zawartości. Nie przepadam za korzystaniem z tego nieco pokracznego określenia, ale tak zwany 'feeling strzelania' to moim zdaniem nadal najwyższa półka, dająca rewelacyjne wrażenia. Naciskanie spustu na padzie i podziwianie efektów dosłownie za każdym razem generowało banana na twarzy. W tym względzie twórcy z MachineGames pokazują, że znają się na robocie i wiedzą, jak dobrze skroić to, co w każdej strzelance najważniejsze.

Słynnego easter egga z The New Order rozbudowano do tego stopnia, że teraz można przejść kilka klasycznych poziomów z Wolfenstein 3D, w tym etap z zombie. Są nawet trofea za poszczególne levele!

Czy zatem warto sięgnąć po The Old Blood? Ano warto. Fanów The New Order przekonywać nie muszę, bo już pewnie dodatek ukończyli i właśnie delektują się strzelankową esencją w trybie wyzwań. Ci, którzy nie spróbowali jeszcze ubiegłorocznego Wolfensteina mogą śmiało zacząć od The Old Blood z uwagi na fakt, że jest to prequel. Poza tym po ukończeniu dodatku wrażenia z podstawki będą jeszcze lepsze, bo jest ona większa i znacznie lepsza fabularnie. W obliczu całej masy bezwartościowego DLC w absurdalnych cenach, jakie zalewa obecnie co drugi tytuł, dodatek do Wolfensteina stanowi całkiem miłą niespodziankę.

***

Czas gry wynoszący około 7 godzin to wynik, jaki osiągnąłem przechodząc na spokojnie kampanię i eksplorując poziomy w poszukiwaniu znajdziek. Tryb wyzwań dorzuca do puli 1-2 dodatkowe godziny z zabawy w zbieranie punktów.

Wolfenstein: The Old Blood XONE

  • Przyzwoita kampania na 5-7 godzin (zależnie od stylu gry i poziomu trudności)
  • Tryb wyzwań, choć prosty jest w porządku
  • Strzelanie to nadal mistrzostwo!
  • Klimatyczne lokacje
  • Powrót najlepszego i najbardziej grywalnego easter egga w branży
  • Zdecydowanie za mało Blazkowicza, jakiego znamy z The New Order
  • Brak jakichkolwiek innowacyjnych nowości (acz nie zawsze jest to wada)
Dobry dodatek do świetnej gry, nie tylko dla fanów. 7.0
Niezły kocioł! - recenzja filmu Asteriks i Obeliks: Tajemnica magicznego wywaru
Tony Hawk's Skate Jam - recenzja - Panie Hawk, daj pan już spokój!
Podwodne Kino Nowej Przygody - recenzja filmu Aquaman
Monster Boy and the Cursed Kingdom - recenzja - doprawdy Przeklęte Królestwo
najnowsze