Felieton

Retrorecenzja: The Elder Scrolls: Arena

Piotr Nowacki, 26 kwietnia 2015 15:00 26

Za niecałe dwa miesiące odbędzie się konsolowa premiera The Elder Scrolls Online. Z tej okazji warto przyjrzeć się początkom tej serii.

The Elder Scrolls: Arena zostało wydane w 1994 roku. Co ciekawe, gra ta z początku wcale nie miała należeć do gatunku RPG. Pierwotnie - zgodnie z podtytułem "Arena" - miała się skupiać na walkach gladiatorów. Elementy RPG stanowiły jedynie dodatek. Penetrowanie lochów i podziemi było poboczną aktywnością, której celem było zdobywanie punktów doświadczenia i lepszego sprzętu na potrzeby starć na tytułowych arenach. Jednakże, twórcy uznali eksplorację za element o wiele ciekawszy niż pojedynki, w związku z czym ta mechanika została rozszerzona, a początkowy koncept zupełnie porzucono.

To, że Arena stała się grą RPG z przypadku da się zauważyć w samej rozgrywce - widać to chociażby w znikomej interakcji z postaciami niezależnymi, czy także w tym, że fabuła nie jest niczym więcej jak tylko pretekstem do zgłębiania lochów i zabijania potworów. Ciekawe jest, że znalazło to swoje odbicie we wszystkich kolejnych grach z serii, które również nie skupiają się na bogatych interakcjach między postaciami czy opowiadanej historii.

Trudne początki

The Elder Scrolls: Arena stawia przed graczem wyzwania już od pierwszego uruchomienia. Do poprawnego działania konieczny jest DOSBox (bądź komputer z zainstalowanym DOS-em, jednak zakładam, że niewielu z czytelników takowy posiada). Podczas gdy w wypadku innych gier DOSBox działał u mnie bezproblemowo, tak Arena wymagała ręcznej konfiguracji różnych parametrów. Konieczne było również samodzielne ustawianie taktowania emulowanego procesora, aby gra mogła działać płynnie - niestety, na moim komputerze w momencie, gdy sama rozgrywka osiągała prawidłową ilość klatek na sekundę, menu wciąż działało bardzo opornie, a przy wyższych wartościach gra z kolei się zawieszała. Na szczęście na stronie internetowej gry jest również zamieszczona szczegółowa instrukcja pomagająca uruchomić grę, co nie zmienia faktu, że już na tym etapie cierpliwość wielu graczy może się wyczerpać.

Co więcej, na tym trudności się nie kończą. Przy kreacji postaci do wyboru jest aż 18 klas, a oprócz tego pozostaje jeszcze wybór prowincji, z której pochodzi nasz bohater, co wprowadza kolejne modyfikatory. Bez skorzystania z instrukcji się nie obędzie.

Sama gra również nie daje taryfy ulgowej. W instrukcji można przeczytać, że lochy w których rozpoczynamy grę zostały specjalnie tak zaprojektowane, by stanowiły dla gracza duże wyzwanie, celem zdobycia odpowiedniego doświadczenia przed wyjściem na powierzchnię. Na poziom trudności wpływa też fakt, że pomimo tego, że gra jest trójwymiarowa, to wrogowie są dwuwymiarowymi sprite'ami. W połączeniu z archaicznym system walki i sterowania gra staje się o wiele trudniejsza niż być powinna.

Przynieś, podaj, pozamiataj

Zadania otrzymywane w grze dzielą się zasadniczo na dwa rodzaje. Przede wszystkim jest garść zadań fabularnych, których celem jest skompletowanie artefaktu znanego jako Staff of Chaos (pozwolę sobie pozostawić w oryginale, bo Laska Chaosu nie brzmi najlepiej). Ten artefakt ma nam pomóc w pokonaniu Jagara Tharna, złego arcymaga, który zdradził dotychczasowego władcę Tamriel i zajął jego tron.

Zadań fabularnych nie ma w tej grze wiele - jest ich łącznie dziesięć. Przez większość czasu będziemy się zajmowali losowo generowanymi zadaniami, które można otrzymać albo w oberżach, bądź od lokalnego władcy. Ilość typów zadań losowo generowanych jest dosyć skąpa - zwykle jest to dostarczenie danego przedmiotu, eskortowanie postaci czy zabicie konkretnego potwora. W związku z tym, że lochy z głównego wątku fabularnego nie należą do najłatwiejszych, konieczne jest wielokrotne wykonywanie tych podstawowych zadań celem osiągania wyższych poziomów doświadczenia i zdobywania coraz to lepszych przedmiotów. W związku z tym skromna gama dostępnych losowych misji może być dosyć dokuczliwa, szczególnie, że na ogół służymy jako chłopiec na posyłki.

Buggerfall: The Prequel

Rozmaite błędy, bugi i niedopracowania są nierozłączną częścią gier z otwartym światem. The Elder Scrolls II: Daggerfall na tyle wyróżniał się rozmaitymi błędami, że został przez graczy złośliwie ochrzczony mianem Buggerfall. Arena być może nie jest aż tak zabugowana jak jej niesławny następca, co nie znaczy jednak, że nie wystawia cierpliwości graczy na próbę.

Bugi, które napotkałem dzielą się na mniej i bardziej dokuczliwe. Zdarzały się sytuacje, kiedy np. po wykonaniu danego zadania nie byłem w stanie go zakończyć - nie pojawiała się postać, z którą miałem porozmawiać celem ukończenia misji. Nie było to szczególnie irytujące, gdyż tak, jak wspominałem wcześniej, zadania poboczne są generowane losowo, nie powodowało to więc braku możliwości otrzymania unikalnej nagrody, lecz jedynie stratę punktów doświadczenia, złota i czasu.

Oprócz tego gra miała tendencje do zwyczajnego zawieszania się np. podczas ładowania lokacji. Współczesny gracz, przyzwyczajony do automatycznego zapisu stanu gry może więc w ten sposób łatwo stracić dużą część postępu. Trudno mi stwierdzić, czy było to spowodowane uruchamianiem tej gry na współczesnym komputerze, czy raczej jest to wina samej Areny, jednak w związku z tym, że według tego, co czytałem bugi trapiły tę pozycję od samego początku - skłaniałbym się ku tej drugiej możliwości. Granie w tytuł z 1994 roku na dużym ekranie jest przyjemnością dosyć nietypową.

Dwadzieścia lat wstecz i z powrotem

Czy warto więc sięgać po ten tytuł? Szczerze mówiąc - The Elder Scrolls: Arena dla dzisiejszego gracza nie będzie niczym więcej niż ciekawostką. To, co 20 lat temu zachwycało - czyli przepastny świat dający możliwość nieograniczonej eksploracji - dzisiaj już na nikim nie zrobi wrażenia, kiedy co trzeci tytuł w opisie ma magiczne słowa open world. Sama rozgrywka się niestety bardzo zestarzała, i chociaż zwiedzanie kolejnych lochów było dla mnie na swój sposób ciekawą rozrywką, to nie jestem w stanie powiedzieć, że czuję, że był to czas dobrze spędzony. Archaiczny model walki, losowo generowane podziemia i problemy techniczne skutecznie psują radość z gry. Z drugiej strony fabuła nie rekompensuje tych niedogodności, bo jej w zasadzie prawie nie ma.

Chyba najlepszym powodem by zagrać w Arenę jest przekonanie się o tym, jak daleką drogę The Elder Scrolls przeszło od pierwszej odsłony do Skyrima. W związku z tym, że Arenę można pobrać za darmo ze strony Bethesdy, a na Steamie trwa teraz darmowy weekend ze Skyrimem, można w łatwy sposób samemu porównać obie te gry.

Czy jesteście zainteresowani kolejnymi retrorecenzjami? Jeśli tak, dajcie znać w komentarzach. Być może są konkretne tytuły, które chcielibyście, by zostały zrecenzowane?

Co w modach piszczy #26 - Darkest Dungeon, Oblivion, Skyrim
Strzeż się pszczół-morderców: retrorecenzja Divine Divinity
StarCraft okiem nooba - retrorecenzja
Co w modach piszczy #22 - Dark Souls, Doom 3, GTA V
najnowsze