Felieton

Jak Nintendo próbuje przekonać graczy do Wii U?

Krzysztof Janicki, 18.12.2014 19:15 16

Nintendo Wii U radzi sobie bardzo słabo. To jednak nie zmienia faktu, że firma matka na różne sposoby próbuje zmienić ten stan rzeczy. Jeśli nie z uwagi na samą konsolę, to choćby dla ludzi, którzy już ją kupili, oraz z myślą o przyszłości swojego biznesu.

Zacznę od tego, dlaczego Nintendo swoją konsolę ratować musi. Bo przecież mogłoby się wydawać, że sprzęt, który sprzedaje się gorzej niż GameCube i niewiele lepiej niż Dreamcast, najłatwiej możliwie szybko i bezboleśnie uśmiercić. A środki i czas przeznaczyć na dopieszczenie i wypuszczenie z przytupem nowej platformy. Tak to może wyglądać z bliska, ale w szerszej perspektywie sprawa nie jest taka prosta.

Wystarczy zastanowić się, dlaczego premiery Playstation były w naszym kraju takim sukcesem. Chodzi mi szczególnie o PS3 i Vitę. Pierwszy sprzęt start miał bardzo słaby i przez pierwszy rok na rynku wydawał się sporą porażką. Mimo to w Polsce cieszył się popularnością. Vita z kolei start miała może nie najgorszy, ale w tej chwili jest praktycznie martwą platformą. U nas w kraju jednak od samego początku była popularniejsza od konkurencyjnego 3DS-a. Powód? Wydaje się, że przede wszystkim zaufanie. Sony to w kontekście konsol u nas producent kultowy. Ich sprzęt dla wielu rodzimych graczy stanowił gamingowe początki. Są tej firmie wiele wybaczyć, a nawet kupić ich sprzęt lub gry w ciemno.

I właśnie dlatego Nintendo nie może spalić mostów i porzucić Wii U. U nas tego nie widać, ale w wielu innych krajach Ninny to duża marka, z którą ludzie wiążą pozytywne wspomnienia i skojarzenia. To pośrednio dla nich ludzie wędrują po konsole w dzień premiery, również po Wii U. Jeśli ich zabraknie, każda kolejna konsola będzie "dead on arrival". Jeśli nikt nie kupi na starcie, to nikt nie będzie robił gier, więc nikt nie kupi konsoli również później. Błędne koło. Nikt tak dobrze jak Sony nie wie, jak trudno odwrócić początkowy negatywny trend (casus PS3). Nową konsolę w pierwszych tygodniach kupują najwięksi fani, a tych N już częściowo straciło za sprawą Wii, które zbyt mocno dopieściło graczy niedzielnych, zapominając nieco o starej gwardii, którzy byli z Nintendo od lat. Teraz, kiedy Wii U serwuje sporo tytułów przeznaczonych dla fanów Nintendo, niewielu z nich powróciło na łono firmy.

I w ten sposób dochodzimy do chwili obecnej. Najwierniejsi fani firmy już kupili Wii U. Niezdecydowanych trudno przekonać, skoro nowy Donkey Kong, Mario Kart czy Pikmin do tej pory ich nie skusiły. Casuale, którzy napędzali sprzedaż Wii, grają teraz na komórkach albo w ogóle zainteresowali się innym sposobem spędzania wolnego czasu. Co więc musi zrobić N? Zainteresować swoimi tytułami pozostałych graczy. Tych, którzy do tej pory zakupu Wii U nie brali pod uwagę.

I wydaje mi się, że to właśnie obecnie robi. Mam tu na myśli przede wszystkim dwa tytuły: Super Smash Bros. Wii U oraz Pokken Tournament. W momencie kiedy piszę te słowa, ten pierwszy właśnie trafił do sprzedaży, więc nie jest jeszcze znany jego długofalowy wpływ na popularność konsoli. Drugi dopiero niedawno zapowiedziano. Co je łączy? Oba wydają się być "straconymi exclusive'ami" konsoli, chociaż w obrębie tego samego producenta. Seria Smash zawsze była zarezerwowana dla stacjonarek, teraz zaś po raz pierwszy trafił również na handhelda. I to właśnie na 3DS-ie ukazał się wcześniej! Z kolei Pokken Tournament, czyli bijatyka 3D z Pokemonami w roli głównej opracowywana w studiach Namco Bandai, na razie została zapowiedziana wyłącznie na automaty. O wersji konsolowej oficjalnie się nie mówi.

Większość reakcji na oba wydarzenia była bardzo podobna - samo Nintendo nie wierzy we własną stacjonarkę i stopniowo opuszcza tonący okręt. A żeby nie stracić na produkowanych grach, wypuszcza je jednocześnie na inne platformy (w tym przypadku mowa o 3DS i automatach, nie o sprzętach Sony albo Microsoftu). W takiej sytuacji nawet jeśli Smash czy inny hit zawiedzenie na Wii U, to firma odkuje się na handheldzie.

Być może po części rzeczywiście tak jest. W końcu Satoru Iwata, prezes Nintendo, stara się obecnie wypracować pierwszy od kilku lat roczny zysk. Ale osobiście uważam, że za tą polityką stoi coś więcej. Intrygująca, choć ryzykowna taktyka przyciągnięcia nowych klientów.

Skoro casuali nie da się już przyciągnąć gadżeciarskim kontrolerem, a graczy kolejną przygodą wąsatego hydraulika, to jak sprawić, żeby jednak zainteresowali się platformą? Trzeba pozwolić im zagrać w świetne gry, a dopiero potem przekonać do konsoli, gdzie znajdą ich więcej. I uważam, że taka właśnie jest rola wyżej wymienionych gier. A i platformy, na jakie trafią, nie są przypadkowe.

Japonia, mimo recesji, to wciąż bardzo ważny rynek dla Nintendo, być może wbrew chłodnym kalkulacjom nawet najważniejszy. A tam popularne w tej chwili są gry na komórki i na 3DS, w mniejszym stopniu wciąż salony gier, a cała reszta mogłaby praktycznie nie istnieć, włączając w to PlayStation 4. Stąd pomysł, by tym kilkunastu milionom Japończyków z 3DS-ami dać posmakować Smasha we wrześniu. A kiedy złapią bakcyla, zaserwować im "prawdziwego" Smasha na Wii U w listopadzie. Oferując przy okazji kompatybilność obu wersji, w myśl "masz jeden nasz sprzęt, kup kolejny".

W przypadku Pokken Tournament modus operandi jest ten sam, choć okoliczności nieco inne. Po pierwsze, historia pokazała, że Pokemony, mimo niesłabnącej popularności na handheldach, nie sprzedają się na konsolach. A więc i na Wii U nie mają prawa zrobić furory. Chyba, że do stworzenia bijatyki z ich udziałem zatrudni się specjalistów gatunku (ludzi od Tekkena), a grę postawi w miejscu, gdzie fanów bijatyk nie brakuje. Salony arcade wydają się doskonałym wyborem. Kiedy w końcu pojawi się dopasiona o dodatkowe postacie i tryby wersja konsolowa (a ukazać się musi, ponieważ salony arcade poza Japonią wymarły śmiercią naturalną), jest duża szansa, że po Wii U ruszą osoby, które normalnie na konsole nawet by nie spojrzały.

Oczywiście taka taktyka niesie ze sobą pewne ryzyko. Wielu graczy może zadowolić się tym, co dostali na już posiadanej platformie. Ale zdaje się, że Nintendo doskonale wie, co robi. Różnice między Super Smash Bros. na 3DS i Wii U są kolosalne i obejmują o wiele więcej niż oprawę audiowizualną. Do tego ta druga edycja startuje trzy miesiące po pierwszej, co wydaje się być starannie zaplanowanym odstępem. A do tego obsługuje amiibo, czyli interaktywne figurki od Nintendo, wzorowane na superpopularnych figurkach Skylanders i Disney Infinity. Nie wiem, czy plan Nintendo zadziała, ale na pewno nie jest przypadkowy. Czy opłaci się firmie, będzie można zacząć analizować, kiedy poznamy grudniowe wyniki sprzedaży.

Trudno w tej chwili pokusić się o prognozy na temat Pokken Tournament, ponieważ premiera gry w japońskich salonach jest wciąż odległa, a o konwersji na Wii U twórcy jeszcze się nie wypowiedzieli. Jednak przypadek Smash Bros. Wii U śledzić będę uważnie. Wyniki ze Stanów Zjednoczonych za listopad nie są jednoznaczne. Z jednej strony gra oraz figurki sprzedają się jak ciepłe bułeczki. Konsola - już niekoniecznie. Być może efekt będzie widoczny w dłuższej perspektywie. W każdym razie, nie można powiedzieć, że Nintendo nie próbuje, choć wielu skreśliło ich już dawno. A stawka jest wysoka, bo idzie przecież o zaufanie klientów i przyszłość firmy jako producenta konsol.

najnowsze