InformacjeFelieton

Nasz człowiek w Japonii: impresje gracza

... Bartłomiej Nagórski

Sklepy z grami, śmierć kieszonsolek, kocie kafejki, małe miasteczka pośród mgieł.

Piszę te słowa siedząc w malutkim mieszkanku w malutkiej miejscowości Kurayoshi. Nigdy nie słyszeliście tej nazwy? Nie przejmujcie się, ja do niedawna też nie, mimo że w Japonii mieszkałem, pracowałem i bywałem po wielokroć. Do tego niewielkiego miasteczka we wschodniej części wyspy Honshu trafiłem w zasadzie przez przypadek, podążając za narzeczoną, która została czasowo oddelegowana do lokalnej filii dużego koncernu. Co zabawne, jest to moja pierwsza wizyta w Japonii od czasu jak zacząłem więcej pisać o grach, dlatego przyglądałem się ludziom i miejscom z nieco innej perspektywy niż dawniej. Poniżej znajdziecie zatem kilka obserwacji na temat Kraju Kwitnącej Wiśni z punktu widzenia gracza.

Jak większość przybyszy z zewnątrz wylądowałem w Tokio. Zdecydowana większość lotów do Japonii kończy się na jednym z dwóch olbrzymich tokijskich lotnisk, Narita lub Haneda. To pierwsze do niedawna było jedyną opcją dla podróżnych przybywających zza granicy. Jego wadą jest odległość - ponad pięćdziesiąt kilometrów oznacza konieczność poświęcenia dodatkowego czasu na dojazd, co bywa bardzo męczące po wielogodzinnym locie międzynarodowym. Na szczęście od 2010 roku otwarto dla lotów zagranicznych położone znacznie bliżej lotnisko Haneda, co pozwala od razu wylądować nieomal w samej metropolii. Paradoksalnie, redaktorzy i dziennikarze udający się na wrześniowe Tokyo Game Show 2014 niespecjalnie odczują różnicę: dojazd do kompleksu konferencyjnego położonego tuż nad zatoką tokijską Makuhari Messe trwa długo z obu lotnisk.

A zatem przystanek pierwszy - Tokio. Największa aglomeracja świata, w obrębie której stłoczono populację niewiele tylko mniejszą niż całego naszego kraju. Raj dla graczy i fanów japońskiej animacji, pełen specjalistycznych sklepów z grami, konsolami, figurkami, koszulkami, makietami, kreskówkami, komiksami, książkami, albumami, soundtrackami, poradnikami i opracowaniami. Również wylęgarnia wszelkiego rodzaju dziwactw: growych barów stylizowanych na klimaty Final Fantasy czy Dark Souls, maid cafés, gdzie Japonki w strojach pokojówek szczebioczą przesadnie cienkimi głosikami, cuddle cafés, gdzie za sutą opłatą można przespać się z dziewczyną (dosłownie przespać - nie uprawiać seks, tylko przytulić w ubraniu, zamknąć oczy i leżeć) czy cat cafés, gdzie z kolei towarzystwa dotrzymają koty.

Zdjęcie "The Akihabara Maids" autorstwa OiMax na licencji CC 2.0.

Growe bary nie wymagają specjalnego komentarza - ot, kolejne miejscówki jakich w Tokio mnóstwo, próbujące wyróżnić się stylizacją. Maid cafés, popularne zwłaszcza w mekce nerdów, jaką jest dzielnica Akihabara, to już inna para kaloszy. Tu dziewczyny w charakterystycznych czarno-białych mundurkach (które pojawiają się w wielu grach i filmach, ot, choćby Persona 3) podadzą wam kiepską kawę i kawałek ciasta, popiskując przy tym w sposób, który, choć podobno seksowny dla Japończyków, niżej podpisanego akurat odrzucał. Skośnooka lolitka w stroju służącej słodząca kawę i skandująca przy tym "moe-e-e-e" do rytmu sypania cukru to trochę za dużo jak dla mnie. Jeśli nawet macie fetysz na pokojówki, to i tak nie warto się napalać: dziewczyny są z reguły niezbyt urodziwe, a ich sztucznie wesolutkie zachowanie jest zarazem piekielnie irytujące i nieco przerażające.

Z innych dziwacznych miejsc, luźno tylko powiązanych z grami, odwiedziłem też cat café w Shinjuku. Kocie kafejki to swego rodzaju nowość, kiedy pięć lat temu byłem w Tokio ostatnim razem, jeszcze tego nie było. Uwielbiam koty, mam ich trzy (wszystko znajdy po ciężkich przejściach) i dlatego postanowiłem się odwiedzić taki przybytek, Jednak chyba właśnie ta znajomość kocich zachowań spowodowała że to miejsce nie przypadło mi do gustu. Już od wejścia czuć charakterystyczny zapach kociego moczu, co nie świadczy dobrze o utrzymaniu czystości. Poza zabawą (z) kotami, zwiedzający mogą napić się czegoś, poczytać mangi lub pograć na WiiU. Pomieszczenia są spore, ale kotów jest wiele i widać, że nie wszystkie czują się dobrze, stłoczone w kilku pokojach (to zwierzęta silnie terytorialne, stąd duże zagęszczenie powoduje u nich stres). Jedne śpią i mają wszystko w pompie, inne bez cienia kociej godności żebrzą o jedzenie, a jeszcze inne uciekają zarówno przed ludźmi, jak i swoimi pobratymcami.. Wyszedłem zniesmaczony - zamiast odwiedzać kocie kafejki, lepiej rzucić groszem na jedną z rodzimych organizacji zajmujących się pomocą bezpańskim kotom, jak Kocia Mama czy Zwierzaki z Mińska.

Jeśli ktoś liczył też na opis wrażeń z cuddle café, to niestety się rozczaruje. To już nieco zbyt obleśne instytucje jak dla mnie. Jeśli ktoś ma ochotę na trochę rozpusty, to Tokio oferuje wiele ciekawszych możliwości - a płacenie za to, żeby się przy kimś położyć w ubraniu jest bardziej niż tylko trochę żałosne. Innymi słowy, zażenowanie wygrało z ciekawością.

Co jeszcze może robić gracz w Tokio poza odwiedzaniem dziwacznych miejsc w Akihabarze (zdrobniale zwanej Akibą) czy Shinjuku? Ha, możliwości jest sporo. Można buszować po sklepach z grami nowymi i używanymi, a także retro, jak słynny Super Potato - trzy piętra pełne tytułów starych i bardzo starych, a także wiekowego sprzętu. Ostatnim razem kupiłem tam sobie czteropłytowy soundtrack z Final Fantasy VI, teraz tylko pogapiłem na różne różności, pobawiłem chwilę Virtual Boyem i poszedłem dalej. Jeśli idzie o nowości, to w sklepach w Tokio można poczuć się trochę jak w alternatywnej rzeczywistości: zamiast amerykańskich strzelanin na półkach dominują wielkookie postaci z japońskich rpg. Bardzo eksponowanymi tytułami są obecnie kolejny Monster Hunter na PC i gra na bazie serialu animowanego One Piece.

Można też udać się do jednego z rozlicznych salonów gier, które w Japonii są w zasadzie oddzielną dziedziną sztuki. Najczęściej spotkać można należące do Segi: Sega Club i Sega World. Te pierwsze skierowane są bardziej do zagorzałych graczy (nie lubię określenia hardkorowych) i znajduje się tam więcej klasycznych automatów, z kolei te drugie przeznaczone są raczej na rodzinne wypady i więcej tam maszyn dla dzieci i szerokiej publiki. Większość z salonów ma kilka pięter, na których mieszczą się rozmaite automaty: od klasycznych zręcznościowych, przez sieciowe bijatyki, aż po rozmaite dziwactwa, jak gry rytmiczne (moje kalekie tłumaczenie rhythm games, czyli wszystko to gdzie strzela/puka/skacze się do rytmu muzyki) czy karcianki automatowe, w których używa się prawdziwych kart do przyzywania potworów lub kierowania oddziałami. Karty te kupuje się oddzielnie, na podobnych zasadach co np. Magic: The Gathering. Wracając jeszcze na chwilę do gier rytmicznych, to ich popularność jest olbrzymia: przykładowo wesołe bębenki z Taiko no Tatsujin poza salonem gier i sklepami widziałem również na opakowaniu ciasteczek w czekoladzie i jako odpowiednik Happy Meal w japońskiej sieci tanich restauracji Sukiya.

W Tokio znajduje się też wiele firm tworzących gry. Przykładowo, tu właśnie mieści się siedziba From Software, gdzie powstały gry z serii Souls i Armored Core. Niestety, dostać się do środka nie jest łatwo - choć ze znacznym wyprzedzeniem próbowaliśmy umówić się na wizytę, nie udało się. Z aktywności okołogrowych można też zajrzeć do Muzeum Studia Ghibli w Mitaka. Jest to fantastyczne przeżycie dla fanów anime i wielbicieli filmów Hayao Miyazakiego, ale uczciwie trzeba przyznać, że choć Studio Ghibli zaangażowane było w proces tworzenia Ni No Kuni, to w środku nie znajdziemy ani jednego eksponatu powiązanego z tym tytułem.

Buszując po Tokio można też odwiedzić miejsca znane z gier, co jest o tyle łatwe, że wiele z nich znajduje się w dzielnicach które i tak przyciągają nerdów, jak Akihabara, Shinjuku czy popularna wśród turystów i imprezowiczów Shiubya. W tej ostatniej dzielnicy można przespacerować się śladem The World Ends With You, w Akibie pooglądać lokacje znane na przykład ze Steins;Gate, a nieopodal dworca Shinjuku zagłębić w dzielnicę czerwonych latarni i poczuć jak bohater Yakuza. Jeśli interesuje Was takie zwiedzanie prawdziwych odpowiedników miejsc z gier, to za tydzień uraczymy Was dłuższym i bardziej szczegółowym artykułem na ten temat.

Jeżeli Tokio traktować jako barometr trendów i miejsce wyprzedzające o kilka lat resztę świata w temacie elektronicznej rozrywki, to jedno zjawisko widać bardzo wyraźnie: śmierć przenośnych konsol. Piszę to z przykrością, bo jestem ich wielkim fanem od czasów pierwszego GameBoya, ale obserwując Japończyków w odstępach kilku lat nie sposób nie zauważyć, że niegdyś popularne zabawki obecnie prawie zanikły. Dawniej w metrze, kolei i na ulicach co i rusz widać było kogoś z kieszonsolką, teraz jest ich jak na lekarstwo. Przez tydzień w Tokio widziałem zaledwie kilka osób grających na Vicie (zwykle około trzydziestki) i kilkanaście na 3DSie (z reguły dzieci). A jeszcze w 2009 wszędzie pełno było graczy z Nintendo DS lub PSP i to w różnym wieku. Schyłkowi przenośnych konsol winne są niestety (lub stety) komórki, w szczególności smartfony. Pięć lat temu większość w metrze Japończyków zawzięcie klikała na swoich keitai, czyli klasycznych telefonach komórkowych, dziś prawie każdy ma iPhone'a lub Androida (Windows Phone nie widziałem ani jednego). Dość często widziałem, że ludzie na nich grają w pociągach, w tej liczbie również wiele kobiet w różnym wieku. Symbolicznym podsumowaniem tego trendu jest reklama gry Chain Chronicle V, dostępnej jednocześnie na Vitę i na smartfony.

Po Tokio przyszła kolej na resztę Japonii. Choć stolica wabi milionem pokus, warto wybrać się dalej, zwłaszcza jeśli fascynuje Was historia tego kraju. Tokio zostało doszczętnie zniszczone podczas drugiej wojny światowej, dlatego chcąc zetknąć się ze śladami danej kultury Japonii trzeba wyruszyć poza tę metropolię. Ponieważ zarówno ja, jak i narzeczona, mieliśmy już okazję pozwiedzać większość turystycznych atrakcji tego kraju oraz rzadziej uczęszczanych miejsc, tym razem już tylko nadrabialiśmy przegapione zaległości. Jedną z nich był kompleks buddyjskich świątyń Enryaku-ji, położony na górze Hiei w okolicach Kioto. To właśnie tam naszła mnie refleksja, że mgliste miasteczko Silent Hill po prostu musiało narodzić się w Japonii. Kiedy dociera się na górę pustawą drogą pośród lasów, a wszędzie wokół snuje się mgła, skojarzenie gracza może być tylko jedno. Warto tu nadmienić, że z uwagi na wilgotny klimat podzwrotnikowy występuje tu ona bardzo często. Jeśli oglądaliście kiedyś drzeworyty ukiyo-e, mogło Was uderzyć, że popularny jest na nich motyw mgły, zwłaszcza unoszącej się nad zalesionymi górami. Kiedyś myślałem, że brało się to z fascynacji artystów zjawiskiem, podobnie jak opadające kwiaty wiśni czy zachody słońca - ale nie, to po prostu coś, co w Japonii bardzo często widać za oknem.

Tokio, Kioto, Himeji, a później coraz mniejsze miasta i miasteczka, aż w końcu dojeżdżamy do prefektury Tottori i celu naszej wędrówki, którą jest Kurayoshi. Tu z kolei dominującym skojarzeniem jest Persona 4 (dla posiadaczy Vity - Golden), której akcja również rozgrywa się w niedużym miasteczku o nazwie Inaba. Przyznam, że nawet kiedy mieszkałem i pracowałem w Japonii, to nigdy nie na takim zad. znaczy, ten tego, było to miejsce znacznie bliżej cywilizacji. Stacja kolejowa, jeden większy dom handlowy, ze dwa boiska, trochę sklepów i restauracji, kilkanaście wyższych budynków, parę hoteli i to w zasadzie wszystko. Podobieństwo uderzyło mnie zwłaszcza nad rzeką, wzdłuż której zbudowano sztuczne brzegi i tereny zalewowe, wykorzystywane przez miejscowych do spacerów, biegania i gry w golfa - wypisz wymaluj jak w Persona 4. Poza tym w okolicy znajdują się onseny, czyli japońskie gorące źródła, a także zalesione wzgórza z których często schodzi mgła (vide skojarzenia z Silent Hill). Na dodatek lokalnym przysmakiem są ciastka w kształcie białych króliczków, co powiązane jest z legendą o zającu z Inaby. Okazuje się, że tak samo jak miasto w Personie nazywała się kiedyś prefektura, umiejscowiona na terytorium, na którym teraz znajduje się prefektura Tottori (gdzie leży Kurayoshi).

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie rozejrzał się za lokalnym sklepem z grami żeby zobaczyć jak wyglądają one na prowincji. I tu ciekawostka: niby taka mała miejscowość, a jednak gracz znajdzie tu coś dla siebie. Nie dość że w Kurayoshi mieści się sklep z grami, to jeszcze jest on bardzo duży i sprzedaje mnóstwo innych nerdowych gadżetów. Gry nowe i używane, wszystkie konsole, włącznie ze starszymi, ale też figurki, komiksy, karty, muzyka, filmy, pornografia, ubrania i komórki - czyli w zasadzie wszystko, co growemu otaku potrzebne do życia. Na zewnętrznych ścianach sklepu znajduje się grafika zapożyczona z okładki starutkiego pisma science-fiction Amazing Stories oraz mnóstwo ogłoszeń dotyczących skupu używanych gier, oznaczonych słowem Wanted, jak na plakatach z Dzikiego Zachodu. Smutnym przyczynkiem do tezy o śmierci przenośnych konsol jest porównanie wielkości półek z grami na Vitę i Nintendo 3DS z półkami PSP i DS. Zwłaszcza Vita wypada tu blado - jakkolwiek bronię tej konsoli przed stwierdzeniem że nie ma na nią gier, to jednak ilość wydań pudełkowych faktycznie jest nader niewielka, zwłaszcza na tle ośmiokrotnie większej ekspozycji PSP.

Na zakończenie warto powiedzieć, że Japonia jest niewątpliwie fascynującym krajem, przyciągającym jak magnes fanów gier, mangi, anime i wszelkiego rodzaju dziwactw. Jako osoba od lat związana z Japonią uważam jednak, że to wszystko stanowi tylko margines - o wiele ciekawsze są historyczne miejsca (Nikko, Kyoto, Nara, Himeji, Miyajima), narodowe sporty (nie, wbrew pozorom nie baseball), odmienna od naszej przyroda, a także mieszkańcy i ich specyficzne obyczaje. Nie warto jechać do Japonii tylko po to żeby pogapić się na sklepy z grami czy przejść śladem miejsc znanych z ekranu. Natomiast potraktować to jako jeden z elementów wyprawy do tego pięknego kraju - jak najbardziej.

Najnowsze
Lubisz nas?