Felieton

Odblokowano Osiągnięcie - o graniu na punkty

Radosław , 01 maja 2011 08:40 54

Gracze mają rywalizację we krwi. Nie zawsze jednak musi ona wyrażać się we fragowaniu wrogów w Call of Duty, czy w ściganiu się w nowym Need for Speedzie. Można przecież zdobywać osiągnięcia, nie odpalając nawet żadnego multiplayera.

Zawsze gdy chcę głębiej zastanowić się nad zbieraniem w grach Osiągnięć, Trofeów czy jakkolwiek inaczej nazwanych handlowo nagród, przed oczami staje mi pewna scena z filmu TRON. Jest późny wieczór. Dwójka programistów z firmy ENCOM przychodzi do salonu z automatami arcade. Lokal tętni życiem. Wokół pełno świetnie bawiących się młodych ludzi. Słychać śmiechy i głośną muzykę, a każdą maszynę okupuje co najmniej jeden fan wirtualnej rozrywki. W centrum uwagi oczywiście Kevin Flynn (w tej roli młody Jeff Bridges), pobijający właśnie rekord w Space Paranoids. Kiedyś w grach, uznawanych teraz za prehistoryczne, nie chodziło bowiem o nieliniową fabułę, wyszukane dialogi czy wyciskające łzy scenki przerywnikowe. Liczyła się dobra, niespecjalnie skomplikowana zabawa, zwieńczona zdobyciem upragnionego wyniku punktowego. Rzecz jasna najlepiej, jeśli był on najwyższy na liście. Kiedy high score było sensem życia. |fot. TRON (c) 1982 Walt Disney Productions|

To nic innego, jak właśnie idea polowania na high score wyewoluowała z biegiem lat do postaci znanych nam obecnie osiągnięć. Warto przy okazji zauważyć, że te ostatnie pojawiły się teraz również w grach z gatunków, które z definicji nie posiadały list najlepszych wyników. Mam tu na myśli chociażby erpegi, strategie czy przygodówki. Wszystko po to, aby wyjść naprzeciw pierwotnej naturze samych graczy. Nie wszyscy muszą się do tego przyznawać, ale z pewnością są gdzieś w głębi serca rozmiłowani w rywalizacji typu: "Mam więcej punktów od Ciebie. Pobijesz mnie?".

Dawniej dana gra posiadała swoją indywidualną listę najlepszych wyników, więc własne dokonania mogliśmy mierzyć właściwie wyłącznie z osobami, korzystającymi z tego samego komputera, konsoli lub automatu. Teraz wszystkie tytuły dla Xboksa 360 i PlayStation 3 podsumowują nasze wysiłki i przeliczają je na zbiorcze punkty czy inne puchary. Te stanowią już konkretną zdobycz, którą możemy pochwalić się przed całym światem za pośrednictwem Xbox Live lub PlayStation Network. A gracze bardzo lubią stroszyć przed innymi pióra.

Osiągnięcia już dawno przestały być jednak domeną konsolowców. Coraz większy udział w ich zdobywaniu mają bowiem posiadacze pecetów. Co prawda w przypadku komputerów nie istnieje jeden, zunifikowany model na wzór tych z X360 i PS3, ale i tak jest całkiem nieźle. Mamy nagrody w wybranych grach na Steamie, jest powiązany z Xbox Live system Games for Windows - Live etc. Nawet najpopularniejszy tytuł z gatunku MMO dołożył swoją własną cegiełkę do tematu. Tym sposobem już od paru lat miliony fanów mogą polować na osiągnięcia w World of Warcraft. Moda nie ominęła też telefonów komórkowych. Dzięki temu powstał chociażby iphone'owy Game Center oraz OpenFeint i Crystal - każdy z tych systemów może pochwalić się pokaźną biblioteką wspierających go gier. Z kolei do tych, którzy lubią mieć wszystko w jednym miejscu, adresowana jest koncepcja firmy Microsoft. Otóż wraz z premierą komórkowego systemu operacyjnego Windows Phone 7 pojawiły się dedykowane mu produkcje, pozwalające na zbieranie osiągnięć w tym samym modelu, co posiadacze Xboksów 360 (Xbox Live) i pecetów (Games for Windows - Live). Jeszcze za mało? Obecnie nagrody przyznawane są nawet za aktywność na niektórych internetowych portalach (vide popularny GameSpot). Dla każdego coś miłego. Ten sam system osiągnięć dla X360, PC i komórek. Microsoft pokazał, że to wykonalne.

Sam najwięcej gram na X360 i PC, co naturalnie znajduje swoje odzwierciedlenie w osiągnięciach. Na Xbox Live mam zatem w chwili pisania tego artykułu wynik na poziomie 42881 G. Czy to dużo? Moim zdaniem wcale nie, biorąc pod uwagę, że są to punkty zebrane w nieco ponad dwustu grach. Nie mam w zwyczaju wyciskać z każdego tytułu maksimum, aczkolwiek zdarzyło mi się np. śpiewać w Lips do dwóch mikrofonów naraz, aby samemu odblokować nagrodę za zabawę w duecie. Mimo wszystko nie uważam się za jakiegoś szczególnego zboczeńca w temacie osiągnięć, gdyż znam całe mnóstwo o wiele poważniejszych przypadków. Sporo jest bowiem osób, zaopatrujących się w konkretne gry tylko z powodu łatwych do zdobycia punktów. Bardzo poszukiwanym towarem na aukcjach internetowych jest chociażby Avatar: The Last Airbender - The Burning Earth. Wszystko, że wystarczy zaledwie kilka minut zabawy, by zdobyć przysłowiowego "calaka". A co powiecie na to, że swego czasu pewien popularny polski sklep internetowy ostro reklamował grę Peter Jackson's King Kong hasłem "1000 punktów achievementowych w 5 godzin"?

Moim zdaniem łatwe osiągnięcia wypaczają ideę ich zdobywania. Nie jest dobrze, gdy twórcy zbyt hojnie nagradzają graczy za wykonywanie zadań, ściśle przewidzianych przez scenariusz i nie wymagających jakiegokolwiek niestandardowego wysiłku. Niekiedy spotykamy się bowiem z absurdalnymi sytuacjami, gdy wystarczy wcisnąć jeden klawisz, aby otrzymać za to punkty. Wyśmiano to zresztą w The Simpsons Game, gdzie znalazło się trofeum o wymownej nazwie "Press START to Play", opisane w simpsonowym duchu jako "Easiest achievement... ever". Zdobycie wirtualnej nagrody powinno być na tyle trudne, żeby dawało tak potrzebną satysfakcję, ale jednocześnie nie okazywało się zadaniem niemal niewykonalnym. Zatem prawdziwą sztuką jest opracowanie gry z tak przemyślanymi osiągnięciami, aby po jej jednokrotnym przejściu pozostawało jeszcze sporo wciągających wyzwań do zaliczenia za dodatkowe punkty. Najłatwiejsze osiągnięcie w historii?

Czy gracz może obejść się bez osiągnięć? Oczywiście, że tak. Jednak przygotowane przez twórców nagrody nierzadko potrafią naprawdę urozmaicić zabawę. Ich zdobywanie w żadnym razie nie może być głównym celem rozgrywki. Ważne jest również, aby rynek zbytnio się nie dzielił w wyniku wprowadzania coraz to nowszych modeli zliczania trofeów. Do takiej sytuacji dochodzi w przypadku telefonów komórkowych, gdzie mamy kilka konkurencyjnych systemów. Według mnie powinno się dążyć do unifikacji osiągnięć w obrębie jednej platformy i próbować potem synchronizować powstałe zbiory ze sobą. Właśnie taką ścieżką idzie Microsoft, któremu akurat w tej materii szczerze kibicuję.

Jako małolat z wypiekami na twarzy przesiadywałem w parkującym okazjonalnie na moim osiedlu barakowozie, pełniącym rolę objazdowego salonu gier. To właśnie wtedy, katując przeróżne automaty, doświadczyłem niezapomnianego uczucia ostrej rywalizacji o pierwszeństwo na liście high score. Bardzo cieszy mnie więc, że osiągnięcia pojawiają się w coraz większej ilości produkcji, gdyż to właśnie je uważam za naturalne rozwinięcie tamtej idei. Granie na punkty to tradycja warta kultywowania.

W charakterze post scriptum wyjaśnię jeszcze, że wspomniana na początku gra Space Paranoids do niedawna była tylko wymysłem twórców filmu. Teraz jednak każdego, kto chce poczuć się choć trochę jak Kevin Flynn z TRONa, serdecznie zapraszam pod adres spaceparanoidsonline.com - gwarantowana dobra, staroszkolna zabawa spod znaku polowania na high score.

najnowsze

Co nowego w PlayLink?

Recenzja gier: Frantics, Wiedza to Potęga: Dekady, Szymparty i Planet of the Apes: Last Frontier.

Chwała Wodzowi! - recenzja Beholder 2

W Beholder 2 przenosimy się do totalitarnego państwa i zaczynamy karierę w Ministerstwie na samym dole urzędniczej drabiny - dokąd zajdziemy?