Indiegram - Chime

Grzegorz Bonter
2011/01/19 19:35
5
0

Jak w przypadku większości Polaków urodzonych w połowie niesamowitych lat '80, kiedy to kobiety nosiły poduszki na ramionach marynarek a mężczyźni dumnie prężyli swe stoczniowe wąsy, moja przygoda z Tetrisem zaczęła się od komunii. Oczywiście od tej pierwszej. Wtedy to, w moje roztrzęsione od nadmiaru komunijnej Fanty dłonie wpadła ona. Szara, bateriożerna konsolka.

Jak w przypadku większości Polaków urodzonych w połowie niesamowitych lat '80, kiedy to kobiety nosiły poduszki na ramionach marynarek a mężczyźni dumnie prężyli swe stoczniowe wąsy, moja przygoda z Tetrisem zaczęła się od komunii. Oczywiście od tej pierwszej. Wtedy to, w moje roztrzęsione od nadmiaru komunijnej Fanty dłonie wpadła ona. Szara, bateriożerna konsolka. Indiegram - Chime

Muszę zaznaczyć, że był to jeden z najstarszych modeli tego szczytu rosyjskiej myśli elektronicznej, jaki trafił do Polski. Musiałem się wtedy zadowolić samym Tetrisem, bez żadnych fanaberii w postaci wężyków czy samochodzików. Tylko Tetris. Ale i tak kochałem to ustrojstwo. Niestety, po jakimś czasie doczekałem się pierwszego komputera i wówczas konsolka wylądowała w szufladzie. Od tamtego czasu nie przypominam sobie, abym miał okazję zagrać w kultowe klocki. Z tym większą przyjemnością odkryłem Chime.

Na pierwszy rzut oka, Chime wygląda jak sekstylion pozostałych klonów Tetrisa. Nie ma zresztą się co dziwić - podzielona na małe kratki plansza z klockami kojarzyć się może z tylko jedną grą. Nie należy jednak karać Chime za to podobieństwo, bowiem w żadnej mierze nie zasługuje na to. To nie jest Tetris. Chime wykorzystuje pewne znane elementy, ale robi to w swój unikalny sposób. Nawet jeżeli coś zapożycza, to zawsze coś jest realizowane inaczej.

Sprawa gameplayu Chime wydaje się na pierwszy rzut oka skomplikowana, ale w rzeczywistości taka nie jest. Podobnie jak w Tetrisie, mamy tutaj zestaw klocków o kształtach specyficzny dla każdej z plansz. Są one dobierane losowo, więc nie ma mowy o dwóch takich samych podejściach. Naszym zadaniem jest takie układanie bloków, aby formować tzw. "quady". "Quady" to nic innego jak zakrycie klockami pola, o kształcie prostokąta, o rozmiarze minimum 3x3. Gdy ułożymy odpowiednią konstrukcję, gra automatycznie wykrywa quady i zaznacza je. Wtedy mamy kilka sekund na przedłużenie jednego z boków "quada" aby zaliczyć więcej punktów. Jeżeli jednak "quad" wypełni się, to pole, które zakrywał, zostaje zabarwione, a klocki go tworzące znikają. I tutaj pojawia się kolejna atrakcja - cała ta zabawa polega właśnie na zabarwianiu powierzchni planszy, a nie jak w Tetrisie na jej czyszczeniu. Gdy zostanie ona przemalowana w 100%, przechodzimy do bonusowej rundy ze skróconym czasem. Spokojnie jednak, bowiem aby zaliczyć dany etap wystarczy dobicie do 50% zasłoniętego obszaru gry.

No dobra, być może jakimś cudem nawet udało mi się was zaintrygować opisem zasad rządzonych rozgrywką w Chime. Ale rozumiem, że wielu oczekuje czegoś więcej, niż tylko układanki pozwalającej się wyżyć dzieciakom z zaburzeniami kompulsywno-obsesyjnymi. Na szczęście Chime ma coś do zaoferowania ponad to.

Tym czymś jest muzyka. Bo to właśnie dźwięki sprawiają, że dziecko studia Zoë Media ma swój niepowtarzalny charakter. Otóż przez cały czas, od lewej do prawej, przez planszę przechodzi pionowa linia. Jej funkcją jest kasowanie "quadów", ale oprócz tego skanuje rozmieszczone klocki i odgrywa na podstawie ich położenia poszczególne dźwięki składające się na utwór odtwarzany w tle. Zaczynamy więc od podstawowego bitu, a dopiero w miarę zaliczania kolejnych prostokątów dochodzi wokal oraz dodatkowe efekty dźwiękowe. Osobiście miałem niesamowitą frajdę z budowania kolejnych kawałków i z czasem odpalałem Chime nie dla klocków, ale dla muzyki i jej stopniowego składania w całość. Należy tutaj zaznaczyć, że utwory zawarte w grze nie pochodzą od byle kogo, ale od takich twórców jak Philip Glass, Paul Hartnoll, Moby, Markus Schulz czy Fred Deakin. No i zapomniałbym - jest też piosenka Still Alive z Portala!

Oprócz tego wszystkiego, warto wyróżnić Chime za sposób, w jaki gra ta jest sprzedawana. Otóż wydano ją za pośrednictwem firmy OneBigGame, która przeznacza dochód ze sprzedaży swoich tytułów na cele charytatywne. Dzięki temu wspierane są organizacje Save the Children oraz Starlight Children's Foundation. Pomagają one dzieciom na całym świecie.

Przyznam, że długo zastanawiałem się, czy Chime zasługuje na polecenie w ramach Indiegramu. Jednak ku własnemu zaskoczeniu wciągnęła mnie i nawet złapałem się na zdobywaniu w niej achievementów, czego nigdy nie robię. Jeżeli macie w kieszeni te kilkanaście złociszy, lubicie muzykę chociaż jednego z wymienionych wcześniej artystów, to Chime jest świetnym sposobem na zapewnienie sobie kilku godzin dobrej zabawy. W moim przypadku jest to pięć godzin i czuję, że jeszcze będę do niej wracał i to nie raz.

GramTV przedstawia:

Chime


Oficjalna strona gry: http://www.chimegame.com/
Cena: Steam 3,99 Euro, Xbox Live 400 MSP
Wymagania: procesor 1.7 GHz, 512 MB RAM, karta graficzna zgodna z DirectX 9.0c z obsługą shaderów 3.0

Chcecie więcej godnych uwagi gier niezależnych? Nie ma problemu - oto zestawienie wszystkich części Indiegramu.

Komentarze
5
Usunięty
Usunięty
20/01/2011 12:07

Hah. W soundtracku znaleźć można "Still Alive" by Jonathan Coulton

Usunięty
Usunięty
20/01/2011 10:14

Jakoś kojarzy mi się to z Lumines ;)

Usunięty
Usunięty
20/01/2011 08:00

Całkiem wysokie wymagania sprzętowe.




Trwa Wczytywanie