Będzie dziś o świętoszkach, dewotach, gołych laskach i psychopatach z siekierami. Oczywiście również o tym, co mają ze sobą wspólnego. To wszystko jednak przed nami. Na początek zaś chciałbym przeprosić wszystkich czytających moje skromne przemyślenia za zeszłotygodniową absencję. Natłok zajęć i brak weny pozbawiły mnie przyjemności przedstawienia Wam tego tekstu w ubiegłym tygodniu. Mam nadzieję, że takie przypadki będą rzadkością. A teraz przejdźmy do właściwego tematu.
Moje ciało to moja świątynia
Kult ciała sięga antyku i jego przejawy widoczne są zarówno w sztuce greckiej, jak i rzymskiej. W późniejszych okresach nie był on już chyba nigdy tak silny, jednak niejednokrotnie wracał, pojawiał się w malarstwie i rzeźbiarstwie, a następnie w fotografii i filmie. Nie powinno więc dziwić jego wkroczenie do świata gier wideo. Panowie o muskularnych ciałach greckich bogów i panie o kształtach Afrodyty. Przerysowane, stereotypowe, ale silnie uwarunkowane kulturowo. Z kolei golizna jest nieodłączną towarzyszką owego nurtu. Osobiście preferuję oglądanie damskiej nagości, stanowi ona dla mnie widok atrakcyjniejszy, a już na pewno bardziej estetyczny. Ale to właśnie o rzeczoną damską nagość podnoszą wrzask rozmaitej maści konserwatywni idioci.
Nie mniej "konserwatywnym" tematem jest przemoc w grach. Jako że przymiotnik "wideo" zobowiązuje, twórcy gier całymi garściami czerpią między innymi z doświadczeń kina. A te są bogate. Kina już jakiś czas temu przeżywały podobne problemy, związane z ustaleniem norm odnośnie zarówno przemocy, jak i nagości – seksu. Przemoc, seks, przekleństwa i narkotyki to cztery podstawowe kategorie, oznakowane międzynarodowym europejskim kodem PEGI. Do nich dochodzą jeszcze te mniej kontrowersyjne, jak: strach, dyskryminacja i hazard. Jednak tylko seks i przemoc stanowią problem. To te dwa aspekty ludzkiego życia służą do sprzedawania gier i w związku z tym są piętnowane. Z niebotyczną obłudą.
Sex, drugs and Rock and Roll
Dla społeczności amerykańskiej nie jest problemem, że nastolatek gra w produkcje brutalne, krwawe, które mogą (ale nie muszą) wypaczyć nieukształtowaną jeszcze psychikę. Jednak temu samemu nastolatkowi nie wolno oglądać, w tej samej grze, roznegliżowanej przedstawicielki kobiecej części naszego gatunku (która to miałaby o wiele większą wartość edukacyjną, estetyczną oraz byłaby z pewnością zdrowsza dla psychiki dojrzewającego bądź co bądź osobnika). Krótko mówiąc, wniosek brzmi: "Rąbanie – tak, rypanie – nie".
Rozsądniejsi pod tym względem zdają się być Niemcy. W grach u nich wydawanych nie ma prawa pojawić się najmniejsza sugestia świadcząca o przemocy. Z drugiej strony mówimy o kraju, w którym tak zwana świadomość seksualna i swoboda seksualna należą do jednych z najwyższych w Europie. Ale czego innego się spodziewać po kraju, który słynie z porno-biznesu?
Amerykanie i Niemcy prezentują dwa skrajnie odmienne podejścia do tematu. Jednak, co ciekawe, obydwa te kraje swoją protekcję nad młodymi próbują przedłużyć, czy – jak ktoś woli – rozciągnąć także na dorosłych. Niemców nietrudno jeszcze zrozumieć, starają się być konsekwentni w swojej polityce stronienia od pokazywania przemocy, zmniejszając zarazem pokusy dla młodzieży. Jednak sposób myślenia Amerykanów wprawia mnie w zakłopotanie, zdumienie i niedowierzanie. Jest to kraj, w którym odsetek ciąż dziewcząt w wieku szkolnym należy do najwyższych pośród państw uprzemysłowionych. Co więcej, każdy dorosły, funkcjonujący prawidłowo społecznie (niebędący totalnym odszczepieńcem), niewątpliwie widuje przynajmniej od czasu do czasu ludzkie nagie ciało. I chociaż nie lubię podpierać się statystykami (wiem, przed chwilą i tak to zrobiłem), to jednak wspomnę, że to właśnie w Stanach jest największa na świecie grupa dorosłych, którzy nie przeszli inicjacji seksualnej (i nie mam tu na myśli zakonników). Nie dziwota, że młodzież ma tam takiego świra na tym punkcie.
Teraz popatrzmy. Amerykanom udało się wytworzyć, dzięki swoim pomysłom, seksualnie sfrustrowane społeczeństwo o maniakalno-depresyjnej osobowości, a Niemcom, którzy czepiają się przemocy w grach, społeczeństwo świadome i nadspodziewanie (patrząc na zaszłości historyczne) tolerancyjne. Niech pomyślę... komu należałoby tu przyznać rację?
Szlachcic na zagrodzie...
Oczywiście, gry bez przemocy straciłyby w wielu wypadkach sporo na grywalności, jednak przynajmniej nie byłbym zmuszany do oglądania driad w koszulkach nocnych. Obie koncepcje budzą moje spore wątpliwości. Wynika to oczywiście z przekonania o moim (i innych) prawie do samodecydowania. A metody wychowawcze bazujące na zakazach nie są moim zdaniem zbyt skuteczne. Jeżeli widzimy, że komuś wolno, a nam się zakazuje, to budzi się poczucie krzywdy i tworzy mechanizm "zakazanego owocu". Do tego dołóżmy starą prawdę, według której nie wiemy, czy jesteśmy w stanie sobie z czymś poradzić, dopóki nam się nie pozwoli spróbować. Decyduje się za nas, "dla naszego dobra". Krótko mówiąc, jeżeli coś denerwuje jakiegoś dewota, to ja się mam przystosować, a nie on. I tylko mi nie mówcie, że jego razi widok nagich damskich ciał. Bo po pierwsze: jeżeli mu to przeszkadza, to chyba z nim (tak, w domyśle: tym mężczyzną) jest coś nie tak (o ile mi wiadomo, ten nader estetyczny widok – jeżeli jest ładnie, a nie wulgarnie zaprezentowany – nie odstręcza również panów homoseksualnych ani pań), a po drugie ja zawsze mogę podnieść wrzask, że mi się dzieje krzywda, bo pozbawia się mnie możliwości oglądania takich widoków. Niby co, Wenus z Milo trzeba odziać w bikini, bo ta nieobyczajna "szmata" chodzi goła? Równie dobrze mogę zażądać zakazu oddzwaniania mszy, bo to stoi w niezgodzie z moim poczuciem moralnej sprawiedliwości, a w dodatku w niedzielę wyspać mi się nie dają.
Panowie i panie u władzy, dajcie nam dorosnąć, pozwólcie NAM decydować, co będziemy oglądać i w co grać.