Według Page Six Hollywood to jednak nie sam box office stał się najgłośniejszym tematem po premierowym weekendzie. Więcej emocji wywołała negatywna recenzja Owena Gleibermana, wieloletniego krytyka Variety, który bardzo ostro ocenił film oraz scenariusz Supergirl. W sieci szybko pojawiły się zarzuty o seksizm, a część osób uznała, że tekst przekroczył granice zwykłej krytyki filmowej.
Gleiberman napisał między innymi, że Supergirl to:
Film komiksowy z najgorszym scenariuszem, jaki pamiętam.
Krytyk odniósł się również do wizerunku Milly Alcock, porównując ją do Kristy McNichol połączonej z Dzikim Dzieckiem z Mad Maksa 2, w zbyt dużych okularach w stylu Penny Lane. To właśnie ten fragment stał się jednym z głównych punktów zapalnych całej dyskusji. Variety nie odcięło się jednak od swojego autora. Redakcja przekazała, że stoi po stronie Gleibermana i broni prawa krytyków do niezależnych opinii.
Variety ma długą historię wspierania swoich krytyków i zachęcania ich do wyrażania szczerych oraz niezależnych punktów widzenia.
Redakcja dodała także, że w pełni popiera Gleibermana oraz jego recenzję. W odpowiedzi na tekst w sieci zaczęły pojawiać się artykuły i komentarze uderzające w krytyka. Wśród nagłówków przywoływanych w sprawie znalazły się między innymi teksty sugerujące, że nie trzeba lubić Supergirl, ale napisanie seksistowskiej recenzji jest czymś odpychającym. Inny materiał przekonywał, że Supergirl zasługuje na coś lepszego niż obecna medialna nagonka. Page Six określa całą sytuację jako:
Złowrogą kampanię oszczerstw.
GramTV przedstawia:
Według serwisu w Hollywood zaczęły krążyć plotki, że ktoś z otoczenia Milly Alcock mógł pomóc w nagłośnieniu przynajmniej jednego z tekstów krytycznych wobec Gleibermana. W publikacjach pojawiały się sugestie, że krytyk jest po sześćdziesiątce i ma opinię osoby oderwanej od współczesnej kultury. Przedstawicielka Alcock w rozmowie z Page Six zaprzeczyła jednak, aby aktorka lub jej zespół mieli jakikolwiek udział w rozpowszechnianiu takich twierdzeń.
Kontrowersje nabrały dodatkowego znaczenia, gdy pojawiły się informacje, że co najmniej jedna osoba krytykująca Gleibermana wcześniej skorzystała z w pełni opłaconej wizyty na planie Supergirl w Londynie. To z kolei uruchomiło dyskusję o potencjalnym konflikcie interesów i o tym, gdzie kończy się obrona filmu, a zaczyna próba wywierania presji na krytyków.
Część przedstawicieli branży stanęła po stronie Gleibermana. Jeden z krytyków, cytowany przez Page Six Hollywood, uznał porównanie do Kristy McNichol za nieszkodliwe.
Kristy McNichol jest świetna. Nie uważam, żeby to były niesprawiedliwe analogie.
Inny rozmówca serwisu nazwał oburzenie wokół recenzji zawstydzającym i stwierdził, że zorganizowane kampanie nacisku na krytyków narastają od lat. Sprawa Supergirl wpisuje się więc w szerszy problem relacji między mediami, twórcami, aktorami i społecznościami fanowskimi, które coraz częściej reagują na negatywne opinie w sposób bardzo emocjonalny.
Tymczasem kampania przeciwko Gleibermanowi nie wygasła. Co najmniej jedna autorka tekstów krytycznych wobec recenzji Variety opublikowała kolejny materiał, w którym pyta:
Kiedy branżowe publikacje wyciągną wnioski ze swoich błędów i przestaną brnąć dalej?
Dla Warner Bros. i DC Studios to wyjątkowo niewygodny moment. Supergirl już teraz musi mierzyć się z rozczarowującym wynikiem finansowym, a medialna debata zamiast pomagać filmowi, przenosi uwagę na konflikt wokół jednej recenzji. W praktyce oznacza to, że nowa produkcja DC walczy dziś na dwóch frontach, w kinach oraz wizerunkowo.
To działa w obie strony. Twórcy gniotów znajdują milion powodów dlaczego ich szmira się nie przebiła. Z kolei niedoszli widzowie krytykują filmy zanim jeszcze wyjdą, doklejając mu łatkę "woke", bo w filmie główną rolę gra kobieta. Warci jedni drugich.
Tego argumentu też nie lubię. Realia są takie że daj mi temat a ja Ci na internecie znajdę skrajne opinie w obie strony. Praktycznie zawsze. Nawet jak próbujesz gadać o ornitologii to się ktoś znajdzie kto powie że ptaki to rządowe drony które ładują się od kabli i dlatego na nich siedzą.
Dajesz miliardom ludzi internet - znajdą się idiotyczne opinie.
Na "woke" jest proste wytłumaczenie. Mieliśmy dekadę cenzury gdzie banda ludzi z problemami psychicznymi próbowała dyktować wszystkim innym co wolno mówić, jak żyć, kogo można krytykować itp. To ci ludzie dali nam takie wspaniałe określenia jak "rasizm pozytywny". Ich poglądy są wykorzystywane przez korporacje bo cenzura jest dobra dla reklam. Więc niejako oba te światy się połączyły. Jedni wykorzystują drugich. Aktywiści by przepychać swoje ideologie a korporacje by ściągać kasę z nich wszystkich i by wszystko było przyjazne do wyświetlania reklam.
I ci ludzie robili bardzo specyficzne produkcje. Wszędzie race/gender swapy wg checklisty. Nagle reklama musi mieć przedstawiciela każdej rasy czy płci. Tak samo korporacyjne, bezpieczne wyprane z czegokolwiek słownictwo. I w teorii robisz "bezpieczną przestrzeń" i nie jest to złe ale w praktyce - kiedy ograniczasz wybór i wszystko robisz na jedno kopyto wg jednego wzorca i jednej checklisty to wszystko zaczyna wyglądać i brzmieć tak samo.
I to co mówiłem przy okazji innych wpisów. To zawsze jest w jedną stronę. Co naprawdę ogranicza różnorodność mimo że jest robione z powodu różnorodności. Np. swap znanego bohatera gry - nigdy z kobiety na faceta. Zawsze z kobiety na faceta. I spoko jak ktoś to robi by urozmaicić grę czy serię gier. Ale kiedy absolutnie wszyscy to robią i zawsze tak samo - to zmienia postać rzeczy.
To trochę jak każdy kiedyś opowiadał dowcip i te dowcipy były różne. I nagle banda aktywistów uznała że jeden dowcip jest lepszy niż inne i tylko ten opowiadają i teraz każdy mówi ten sam dowcip. I się dziwią że po dekadzie tego nikt się nie śmieje. To jest właśnie "woke". Ludzie nie wkurzają się że kobieta jest w roli głównej bo gdyby tak było to by mówili że np. Stellar Blade jest woke. Ale tak nie było. Dlaczego? Bo Stellar Blade wyłamywał się ze schematu. Dlatego aktywiści mocno krytykowali tytuł... ZANIM WYSZEDŁ! Bo już wiedzieli że nie pasuje do schematu.
I kiedy takie Sony i Naughty Dog kolejną grę z serii robi z panną w roli głównej i słyszymy że za chwilę kolejna seria będzie miała panne zamiast pana to ludzie po prostu widzą wzorzec zachowania. Ten o którym mówię. I mianowali go "woke". Jak widzą że postać narzeka bo "wszyscy są rasistowscy" widzą milionowy raz ten sam wzorzec i nazywają go "woke". Widzą że cyfrowa postać zmienia po latach kolor skóry a aktywiści z firmy gadają jacy to są progresywni i po "dobrej stronie historii"? Widzą wzorzec i nazywają to woke.
Ale wg mnie co innego za tym stoi. Coś jeszcze głębszego. Bo wiele tych gier coś łączy. Kiepsko napisane postacie które są self-insertem scenarzysty którego obchodziło żeby do gry wsadzić wykład o transach albo rasizmie bardziej niż zrobienie dobrej gry. Art director znanego studia którego bardziej interesuje wkurzenie Elona Muska niż zrobienie dobrej gry. Studio które odrzuca wszelką krytykę mówiąć że "źli mężczyźni nie kupili naszej gry". Potem tytuł wychodzi, nikomu się nie podoba i studio upada albo zwalnia.
Bo widzisz - kiedy motywacją twórcy nie jest to żeby klientowi się podobało, by gra zapewniała rozrywkę i by gracz był zadowolony tylko ich motywacja to aktywizm i szerzenie swoich poglądów, kiedy patrzą z góry na klienta - to bardzo ciężko zrobić dobry produkt.
I tutaj pojawia się kolejny poziom, w zasadzie ostatni. Bo zaczęło się od aktywistów i dziwaków w branży gier. Potem było woke. Potem były problemy. Ale trafiamy na sytuacje gdzie nawet przyzwoite produkcje które nie są aż tak złe obrywają. I tutaj wracamy do tego co mówiłem na początku. Pattern recognition. Tak się przyzwyczailiśmy do tego że pies z pianą w ustach pewnie jest wściekły że nawet nie próbujemy sprawdzić czy może to nie jest mydło albo coś innego.
Kiedy zaczynasz robić szmiry, szmiry dostają labelke "woke" z powodu wzorca zachowań o któym mówię - wielu ludzi przestaje tracić czas na te gry i ich twórców. Widzą oznaki że coś jest "woke" i po prostu nie dadzą temu szansy.
Tak samo jak Ty nauczysz swoje dziecko by unikać psa z pianą na ustach. Dmuchasz na zimne. Bo znasz wzorzec. Wyciągnąłeś lekcje i przekazujesz ją dalej.
Bo popatrz - gdyby chodziło tylko o obecność zaimków, gejów, transów czy czegokolwiek takiego to gry jak Baldur's Gate 3 albo Cyberpunk 2077 nie odniosłyby sukcesu. Ale odniosły. Więc to nie jest tak że kobieta ludzi obraża albo gej albo trans albo zaimek. Tylko stosunek twórcy i jego motywacja. Był narzekania na zaimki w BG3 ale utonęły w odgłosach zachwytu nad grą (bo jak mówiłem takie opinie znajdziesz zawsze ale kwestia ile ich jest w stosunku do innych). Gra była po prostu dobra. Ludzie grali i nadal grają. Te rzeczy nigdy nie były problemem. Larian czy CDPR nikogo nie traktowali z góry. I tylko chcieli zrobić dobre gry i zarobić przy tym kupę pieniędzy. I gracze odpowiedzieli dając im pieniądze w zamian za dobre gry. I wszyscy się wzajemnie szanują.
Silverburg
Gramowicz
02/07/2026 11:47
wolff01 napisał:
Wiesz, porażkę Supergirl można było juz dawno przewidzieć:
- postać nigdy nie była popularna
- Gunn to pajac i nie ma pojęcia co robić z DCCU, do znudzenia kopiuje styl (nie tylko estetykę ale też humor, dobór muzyki itp) jedynej serii filmowej jaka mu wyszła w ostatnich latach
- zaadaptowano komiks który od początku zdradzał jaką postacią będzie w tym filmie Supergirl (hint: "nieznośną, zblazowaną imprezowiczką z depresją"). A już na pewno nie heroiczną. Moim zdaniem mało kto lubi takich bohaterów, wbrew temu co nam chcą wciskać media
- dowalili tradycyjną kampanią medialną "nie podoba ci się co robimy to nie oglądaj"
- wyczuwalna pogarda Gunna i aktorów dla docelowej widowni, komiksów (cholewa mamy 2026 i miliardy zarobione przez komiksowe filmy a oni dalej śmieszkują jakie to głupoty - no cóż, niektórzy te "głupoty" traktują powaznie, np... fani). Absolutne ignorowanie krytyki o to tej konstruktywnej (np. to że przepis na solidny film o superbohaterach jest bardzo prosty, ale oni nie chcą tego robić). Skupiają się na aktywizmie i walce z krytyką.
I tu nie chodzi o "jedni warci drugich". Jak coś jest szmirą to jest szmirą i tyle. Niech się teraz Gunn miota przed szefostwem dlaczego jego film utopi 200 baniek... (bo zakładam że film zarobi gdzieś 100 baniek, a jego koszt + marketing to zapewne coś koło 300-400 baniek)
Podejście Gunna to jeszcze inna historia, można by o tym cały traktat napisać :P
wolff01
Gramowicz
02/07/2026 11:42
Silverburg napisał:
To działa w obie strony. Twórcy gniotów znajdują milion powodów dlaczego ich szmira się nie przebiła. Z kolei niedoszli widzowie krytykują filmy zanim jeszcze wyjdą, doklejając mu łatkę "woke", bo w filmie główną rolę gra kobieta. Warci jedni drugich.
Wiesz, porażkę Supergirl można było juz dawno przewidzieć:
- postać nigdy nie była popularna
- Gunn to pajac i nie ma pojęcia co robić z DCCU, do znudzenia kopiuje styl (nie tylko estetykę ale też humor, dobór muzyki itp) jedynej serii filmowej jaka mu wyszła w ostatnich latach
- zaadaptowano komiks który od początku zdradzał jaką postacią będzie w tym filmie Supergirl (hint: "nieznośną, zblazowaną imprezowiczką z depresją"). A już na pewno nie heroiczną. Moim zdaniem mało kto lubi takich bohaterów, wbrew temu co nam chcą wciskać media
- dowalili tradycyjną kampanią medialną "nie podoba ci się co robimy to nie oglądaj"
- wyczuwalna pogarda Gunna i aktorów dla docelowej widowni, komiksów (cholewa mamy 2026 i miliardy zarobione przez komiksowe filmy a oni dalej śmieszkują jakie to głupoty - no cóż, niektórzy te "głupoty" traktują powaznie, np... fani). Absolutne ignorowanie krytyki o to tej konstruktywnej (np. to że przepis na solidny film o superbohaterach jest bardzo prosty, ale oni nie chcą tego robić). Skupiają się na aktywizmie i walce z krytyką.
I tu nie chodzi o "jedni warci drugich". Jak coś jest szmirą to jest szmirą i tyle. Niech się teraz Gunn miota przed szefostwem dlaczego jego film utopi 200 baniek... (bo zakładam że film zarobi gdzieś 100 baniek, a jego koszt + marketing to zapewne coś koło 300-400 baniek)