Supergirl – recenzja filmu. Żółta kartka dla nowego uniwersum DC

Radosław Krajewski
2026/06/26 19:00
1
0

Nowy superbohaterski film od DC Studios zadebiutował w kinach. Oceniamy, czy to produkcja lepsza od ubiegłorocznego Supermana.

Superaktorka

Nowe DC Studios pod dowództwem Jamesa Gunna oraz Petera Safrana otrzymało spory kredyt zaufania od fanów po premierze Supermana. Chociaż film nie był aż tak kinowym sukcesem, jakby chciało tego studio, to ostatecznie produkcja wyszła na plus i zbudowała solidne fundamenty pod kolejne tytuły z uniwersum. Jednak prace nad rozwojem serii nie idą zbyt pomyślnie i już teraz wiadomo, że część z zapowiedzianych na pierwszy rozdział produkcji ostatecznie nie powstanie, a inne będą poważnie opóźnione. W tym trudnym krajobrazie musi odnaleźć się Supergirl, czyli dopiero drugi kinowy film z nowego DCU, który rusza na podbój superbohaterskiego świata. Problem w tym, że obecnie kino superbohaterskie jest w odwrocie i nawet kolejne filmy Marvela nie notuja spektakularnych wyników finansowych. Na domiar złego wokół Supergirl wytworzyła się atmosfera filmu trudnego w produkcji, który wymagał wielu poprawek i dokrętek, a i tak widzowie podczas pokazów testowych narzekali na wiele aspektów tej produkcji. Teraz już wiemy, że nie były to jedynie plotki i nowa produkcja DC Studios to spore rozczarowanie. Zamiast Strażników Galaktyki od DC otrzymaliśmy film spóźniony o wiele, wiele lat, który bardziej pasuje do uniwersum Zacka Snydera, niż miałoby być realną konkurencją dla MCU.

Supergirl
Supergirl

Ruthye Marye Knoll (Eve Ridley) poprzysięga zemstę na Kremie (Matthias Schoenaerts) z Żółtych Wzgórz, który odpowiada za śmierć całej rodziny dziewczyny. Aby wykonać swoje zadanie, Ruthye udaje się do jednej z knajp, aby prosić o pomoc w znalezieniu oprawcy. Nieoczekiwanie uzyskuje pomoc od Kary (Milly Alcock), która właśnie świętuje swoje urodziny. Niedługo później bohaterki zostają zaatakowane przez Bandytów, którymi dowodzi niebezpieczny Krem, w skutek czego ranny zostaje pies Krypto. Supergirl ma tylko trzy doby, aby odnaleźć Krema i uzyskać od niego antidotum, inaczej zwierzak umrze w męczarniach. Bohaterka łączy siły z Ruthye, aby odnaleźć planetę, która stała się domem dla Bandytów. Nie wiedzą jednak, że Krem zdołał zastraszyć wiele okolicznych planet, porywając z nich młode kobiety. Dla Kary to jednak sprawa większa niż życie i za wszelką cenę chce uratować swojego jedynego towarzysza, którego zna jeszcze z czasów istnienia planety Krypton.

Jedną z największych zalet Supermana był krótki, ale niezwykle satysfakcjonujący udział Supergirl granej przez Milly Alcock. Aktorka potrafiła stworzyć postać, która niczym nie przypominała swojego kuzyna. Kara Zor-El była cyniczna, nieokrzesana i wulgarna, co natychmiast przyciągnęło uwagę i obiecywało, że jej własna produkcja to będzie prawdziwie punkrockowa jazda bez trzymanki. Do tego twórcy mieli świetny punkt wyjścia, jako że wykorzystali świetnie przyjęty komiks Woman of Tomorrow, napisany przez legendę branży, Toma Kinga. Niestety Supergirl na każdym kroku marnuje swój potencjał i w konsekwencji otrzymujemy produkcję pozbawioną własnej tożsamości, jakby została wyjęta wprost z fabryki; która ostatecznie nie wie, czym właściwie chce być.

Kara doskonale pamięta Krypton i tragedię, jaka spotkała jej planetę. Gdy Kal-El dorastał znając jedynie Ziemię, otoczony kochającymi go zastępczymi rodzicami, bohaterka została naznaczona traumą utraty wszystkiego, co znała. Nic więc dziwnego, że na swój sposób radzi sobie z tymi problemami i chociaż jest świadoma swoich nadludzkich mocy i chce pomagać innymi, to jednocześnie jest zagubiona i emocjonalnie zamknięta. Zresztą film otwiera sekwencja, w której Kara przemierza kosmos w towarzystwie Krypto, imprezując i bawiąc się na całego. To niezwykle interesujący sposób ukazania bohaterki, ale problem w tym, że film nigdy nie potrafi tego wykorzystać, w pełni oddając skomplikowany charakter tytułowej postaci. Na każdym kroku twórcy chcą podkreślać głębie Supergirl, ale rzadko pozwalają, aby to naprawdę wybrzmiało. Niestety Kara nie skradnie serc widzów, gdyż nie wzbudza żadnej sympatii, ani też innych większych emocji. Przez większość czasu jest ponurą, sarkastyczną i opryskliwą bohaterką, której rozwój na przestrzeni całej historii zdaje się zbyt powierzchowny i wymuszony.

Co jednak ratuję tę postać, to wspaniała Milly Alcock. Aktorka wnosi do Supergirl wiele energii, ale również autentyczności i nadaje jej potrzebną charyzmę. Tym samym występ Kary w Supermanie nie był przypadkowy i przynajmniej aktorka stara się kontynuować to, co zaprezentowała w filmie Jamesa Gunna. Alcock potrafi przekonująca przechodzić pomiędzy cynizmem a skrywaną wrażliwością swojej postaci. Wszystko to sprawia, że aktorka swoją grą ratuje wiele scen. Tym samym dla Alcock to kolejna udana rola po Rodzie smoka, ale szkoda, że sam film w tak wielu elementach po prostu się nie sprawdza.

Supergirl
Supergirl

Szczególnie pod względem tonu opowieści, który z jednej strony chce być kolorowy, ekscentryczny i przypominający pod wieloma względami, przede wszystkim humoru, Strażników Galaktyki, ale z drugiej film porusza wiele ciężkich tematów, jak trauma z dzieciństwa, radzenia sobie z własnymi demonami, a nawet handlu ludźmi. Strażnicy Galaktyki Jamesa Gunna też mieli wiele mniej lub bardziej oczywistych motywów, które były podobne do tych, ale Craig Gillespie okazuje się mniej zdolnym twórcom i nie znajduje sposobu, aby to wszystko połączyć w spójną całość. Otrzymujemy więc dwie sprzeczne ze sobą konwencje komedii i dramatu, które się ze sobą przez całą historię przeplatają, nie mogąc znaleźć wspólnych punktów zaczepienia. W wielu momentach humor wydaje się wymuszony lub nawet przesadzony, a mroczniejsze fragmenty tracą swój emocjonalny ciężar przez luźny ton opowieści i serwowanie kolejnych gagów. Na domiar złego w żadnym momencie, nawet w finale, film nie potrafi wywołać prawdziwego napięcia, a nawet szantażu emocjonalnego, chociażby podkreślając, że Krypto czeka na ratunek. W rezultacie Supergirl sprawia wrażenie dwóch różnych filmów zmontowanych w jedną całość.

Superman znów na ratunek

Głównym motywem filmu jest podróż Kary i młodej Ruthye, która pragnie pomścić swoją rodzinę. Sam motyw zemsty mógł stanowić interesujący kontrast dla ideałów reprezentowanych przez Supermana. Problem w tym, że scenariusz nigdy nie rozwija tego tematu w satysfakcjonujący sposób. Głównie przez to, że Ruthye pozostaje jednowymiarową postacią, której brakuje charakteru i wyrazistości. Jej relacja z Karą jest przewidywalna od pierwszych minut i oparta na motywach, które widzieliśmy w kinie już wielokrotnie, nawet w produkcjach superbohaterskich. Jeszcze gorzej wypada główny antagonista. Krem z Żółtych Wzgórz powinien być jednym z najbardziej przerażających złoczyńców w historii DC. W filmie słyszymy o jego wyjątkowo brutalnych zbrodniach, ale jednocześnie przedstawia go niczym kreskówkowego łotra. Matthias Schoenaerts gra postać z tak przesadzoną manierycznością, że trudno traktować ją poważnie. W efekcie Krem nie budzi ani strachu, ani fascynacji, a staje się kolejnym nudnym złoczyńcą, o którym od razu się zapomina.

Supergirl
Supergirl

GramTV przedstawia:

Innym dużym problemem Supergirl jest Lobo. Jedna z najbardziej oczekiwanych komiksowych postaci wreszcie pojawiła się na dużym ekranie, ale nie jest to występ, na który liczyli fani. Szczególnie gdy DC Studios chętnie promowało swój nowy film właśnie tą postacią. Występ Jasona Momoy w tej roli jak najbardziej może się podobać, ale problem polega na tym, że Lobo zupełnie nie pasuje do Supergirl. Jedyne co ta postać ma do zaoferowania, to szerzenie chaosu. Jego obecność przypomina bardziej zapowiedź przyszłych projektów DC niż ważny element tej konkretnej historii. Momoa stara się jak może, ale nawet jego naturalna charyzma nie jest w stanie ukryć faktu, że postać została wrzucona do filmu bez większego pomysłu. Można byłoby to jakoś uratować, gdyby film miał wyższą kategorię wiekową. W wielu scenach akcji brakuje większej brutalności i rozlewu krwi, w czym Lobo idealnie by się mógł odnaleźć.

Jeżeli nie można liczyć na Lobo, ani też Krema, to przynajmniej Superman przybywa z pomocą. To trochę zaskakujące, ale najlepiej film sobie radzi, gdy na ekranie pojawia się Kal-El. Chociaż Superman występuje wyłącznie przez kilka minut, to kradnie każdą scenę. Jego relacja z Karą jest znacznie ciekawsza od głównego wątku, a ich odmienne spojrzenia na świat i różne doświadczenia tworzą między nimi prawdziwe napięcie. Film staje się interesujący właśnie wtedy, gdy pokazuje różnice między kuzynami.

Niestety pod względem wizualnym również nie jest najlepiej. Komiks Woman of Tomorrow autorstwa Toma Kinga i Bilquis Evely potrafił zachwycić niezwykłymi krajobrazami, fantastycznymi światami i dynamicznymi scenami walk. Film nie potrafi jednak tego oddać na ekranie. Większość lokacji jest zaskakująco szara, ponura i pozbawiona charakteru. Kolejne planety wyglądają podobnie, a zdjęcia niestety wpisują się we współczesny trend, więc pomimo wykorzystaniu wielu kontrastujących ze sobą kolorów, nadal są dosyć wyblakłe i ciemne. Panuje więc tu kosmiczna monotonia i to w złym tego wyrażeniu znaczeniu.

W Supergirl najbardziej niepokojące nie jest to, że jest słabym filmem, ale że twórcy próbują kopiować i to niestety nieudolnie styl Jamesa Gunna, szczególnie znany z trzech części Strażników Galaktyki. Ta produkcja pozbawiona jest własnej tożsamości, przez co przypomina tanią imitację pomysłów, które już każdy widz doskonale zna. Jednocześnie próbuje być mroczniejsza, bardziej brutalna i podejmować poważniejsze tematy, przez co wpada w kolejną pułapkę, nieustannie balansując między dwoma skrajnościami. Supergirl nie jest katastrofą głównie dzięki świetnej Milly Alcock. Aktorka udowadnia, że doskonale nadaje się do tej roli i Kara Zor-El ma ogromny potencjał jako jedna z centralnych bohaterek nowego DCU. Zamiast wielkiego kroku naprzód dla nowego uniwersum DC otrzymujemy pierwszy poważny sygnał ostrzegawczy. Ten film miał pokazać, dlaczego Supergirl zasługuje na własne miejsce obok Supermana w tym uniwersum. Ostatecznie produkcja udowadnia, że sama bohaterka, jak i grająca ją aktorka, zasługują po prostu na znacznie lepszy film.

4,5
Supergirl udowadnia, że Milly Alcock jest idealnym wyborem do roli Kary Zor-El, ale jednocześnie pokazuje, jak łatwo zmarnować świetną bohaterkę w filmie pozbawionym spójnej wizji i własnej tożsamości.
Plusy
  • Milly Alcock znakomicie odnajduje się w roli Supergirl
  • Niezłe retrospekcje związane z Kryptonem i rodziną bohaterki
  • Świetna chemia między Supergirl a Supermanem
  • Kilka ciekawych pomysłów zaczerpniętych z komiksu Woman of Tomorrow
  • Jason Momoa bardzo dobrze radzi sobie jako Lobo
Minusy
  • Kiepska historia
  • Scenariuszowo Supergirl nie jest zbyt ciekawą postacią
  • Nierówny ton, który balansuje między komedią a dramatem, podejmujący się poważnych tematów
  • Słabo napisany antagonista, niemający żadnej historii
  • Niewykorzystany potencjał postaci Ruthye
  • Za dużo tu kopiowania stylu Strażników Galaktyki Jamesa Gunna
  • Warstwa wizualna pozostawia sporo do życzenia
Komentarze
1
sc
Gramowicz
Dzisiaj 19:59

Szkoda. Dziewczyna zasłużyła na więcej.