Wasteland - All Bad Things - obszerne fragmenty post-apokaliptycznej opowieści tylko u nas!

gram.pl
2014/06/30 09:00
1
0

Z olbrzymią przyjemnością prezentujemy fragmenty noweli All Bad Things osadzonego w post-apokaliptycznym świecie gry Wasteland 2.

All Bad Things to mikropowieść, którą za darmo otrzymają wszyscy posiadacze wczesnego dostępu do długo wyczekiwanej, post-apokaliptycznej gry cRPG Wasteland 2 studia InXile. Usiądźcie więc wygodnie, poczujcie na policzkach ciepły podmuch przesiąkniętego promieniowaniem wiatru i zapoznajcie się z początkiem przygód Samsona i Cyrusa.

Wasteland - All Bad Things - obszerne fragmenty post-apokaliptycznej opowieści tylko u nas!

Oczy i uszy odwiedzających Bazar atakowały miriady doznań. Kolorowe światełka oplatały każde stoisko, a odtwarzana z brzęczących głośniczków jękliwa meksykańska muzyka konkurowała z grupą skrytych gdzieś na tyłach bębniarzy. Jednak to zapachy najbardziej mieszały Samsonowi zmysły. Na zewnątrz musieli znosić płonące śmietniska, bagienne wyziewy, rozkładające się rośliny i czasem jakieś gnijące zwłoki, a tu dominował rozgrzany metal, gotowane mięso i przyprawy sprowadzane wozami z Gilroy.

Samson stał przez chwilę z zamkniętymi oczami, chłonąc tę niepowtarzalną mieszankę. Potem ruszył za Cyrusem do Dwutonowej Tess, ogromnej Azjatki, której policzki majtały się, gdy mówiła, a narośle na czole przypominały przyczepione do niego pąkle.

Cyrus zaprezentował jej torbę z okularami optycznymi, które wydobyli w zeszłym tygodniu z pogrzebanej pod ziemią apteki. Samson był całkiem dumny z tego znaleziska, były naprawdę w dobrym stanie.

— A co to, kurwa, jest? — zapytała Tess mlaskającym głosem, ziejąc przy tym fetorem zdechłego szczura.

— Nie wiesz, co to okulary? — zdziwił się Cyrus. — Zakłada się je na oczy, żeby lepiej widzieć.

Zerknęła przez jedną z soczewek i mruknęła pod nosem:

— A co za nie chceta? Mam trochę ruskiego winiacza, chłopaki wczoraj przyniosły. Mówią, że smakuje dokładnie jak wódka.

— Pierdolenie. Co oni o tym mogą wiedzieć? Od trzydziestu lat nikt nie robi prawdziwej wódki — parsknął Cyrus. — Dziesięć kilo siarki i trzy piorunującej rtęci.

Tess zarechotała, trzepocząc policzkami.

— Za to? A kto tu chce mieć dobry wzrok, siurku złamany? Na co się mają gapić, jak im wrzody ropieją? Na ten miodem płynący raj, który nazywamy domem? Kilo siarki i gram rtęci.

— Dziewięć i kilogram.

Samson przysłuchiwał się tym targom przez kilka minut, zanim, znudzony, nie poszedł zwiedzać. Zatrzymał się przy masarni Pedro, schwytany przez kuszący aromat grillowanych psów i szczurów. Za garść złomu kupił oposa na patyku i wrócił do Cyrusa, który już dobijał targu z Tess.

— Trzy kilo siarki i pięć gramów rtęci — stwierdziła. — Moje ostatnie słowo.

— Zgoda.

— Odbierzcie je na tyłach — poleciła. — I ostrożnie przy przenoszeniu. Rtęć jest w wodzie, ale i tak może się odpalić.

— Nie ma problemu — stwierdził Cyrus. — To Sammy będzie to targał.

— Zaraz huknie! — krzyknął Cyrus, przytykając płonący patyk do lontu, a Samson wcisnął palce w uszy. Lont spalił się błyskawicznie, o wiele szybciej, niż mogliby przypuszczać, lecz sam wybuch przypominał raczej metaliczne puknięcie, a nie faktyczną eksplozję.

Tunel w mgnieniu oka zapełnił się pyłem z gipsu, tynku i cegły, kupą naprawdę szkodliwego gówna, ale Samsonowi najwyraźniej to nie przeszkadzało, choć Cyrus zaczął rzęzić niczym gruźlik.

Znaleźli tunel przy przetrząsaniu pobliskiego apartamentowca, częściowo spoczywającego w wodzie, która zalała Los Angeles podczas apokalipsy. Kiedy atomówki spadły do morza przy Long Beach, ich eksplozje przerzuciły kawał oceanu aż do rzeki, tworząc radioaktywne jeziora i mokradła w miejscach, gdzie niegdyś znajdował się wyłącznie beton i rosnące z rzadka juki.

Jednak hollywoodzkie bagno wycofało swe macki kilka dekad temu, więc budynek już dawno ogołocono ze wszystkich cennych rzeczy, takich jak kable, rury czy klamki. Zostały tylko przedmioty zbyt ciężkie, by je przenieść i zbyt zardzewiałe, by je ciąć, jak na przykład olbrzymie klimatyzatory, które już dawno zmiażdżyły sufity pod sobą, lub rzeczy po prostu niewarte wkładu pracy profesjonalnych śmieciarzy.

Samson i Cyrus nie uważali się za profesjonalistów. Byli na tyle głodni, że rozważali rozprucie ścian, by dostać się do szkieletów, choć drewno budowlane nie było w cenie i mogli dostać zaledwie nędzne kilogramy złomu za całą tonę.

To Samson przebił się przez ścianę zaplecza i odkrył tam klatkę schodową prowadzącą do zawalonego garażu podziemnego. I to tam właśnie odnaleźli tunel biegnący aż do pary przerdzewiałych żelaznych drzwi, którym nie sprostał nawet młot Samsona.

Cyrus przetarł oczy, krzywiąc się.

— Trzeba było sobie sprawić jakieś gogle na bazarze — stwierdził, wykaszlując obłoczek pyłu.

— Zawsze to powtarzasz, jak coś wysadzamy — skomentował Samson.

— No tak, wiem. Cholerstwa sporo kosztują.

Gdy Samson uznał już, że pył opadł dostatecznie, wyruszył w głąb tunelu z latarnią, ignorując krzyczącego za jego plecami Cyrusa. Zgodnie z planem eksplozja wyrwała częściowo drzwi z framugi, pozostawiając je wiszące krzywo na resztkach zawiasów. Samson chwycił je dłońmi rozmiarów pokaźnych szynek i oderwał do końca przy akompaniamencie rozdzieranego metalu.

Podniósł latarnię, by zajrzeć do środka i aż się zachłysnął.

— Co? — zapytał Cyrus, biegnąc za nim. – Co jest?

— Nietknięte — odparł Samson pełnym namaszczenia szeptem.

— Tę część chyba odcięło, gdy zawalił się nad nią budynek — uznał Cyrus. Spojrzał na sufit pokryty gnijącymi płytami akustycznymi, spod których wyzierały rury. — Od kiedy pamiętam, nad nami było tylko błoto i gruzy.

Przejechał palcem po grubej warstwie kurzu pokrywającej jeden z blatów.

— Jeszcze nigdy nie widziałem niesplądrowanego miejsca. — stwierdził Samson. Spojrzał na zawieszony na ścianie znak ze szklanych rurek. — Co tam napisali? — Potrafił rozpoznać litery, ale przeczytać ich już nie umiał.

„RZK” — przeliterował Cyrus. — Ryzyk? A co to niby ma znaczyć?

Samson wzruszył ramionami. Jego wzrok przykuł nagle odbłysk rzucanego przez latarnię światła.

— Hej, chyba coś znalazłem — powiedział, obchodząc biurko przy drzwiach po drugiej stronie pokoju. Odsunął je z drogi, by móc się dokładniej przyjrzeć znalezisku.

— Kości — powiedział. — Ani śladu mięsa.

Nie miały już też żadnego zapachu. Nędzne strzępki ubrania całkowicie przegniły, poza sprzączkami i plastikiem. Samson trącił gnaty czubkiem stopy, odsłaniając mocno skorodowany pistolet w dłoni trupa.

Cyrus schylił się, by pozbawić zwłoki błyszczącej sprzączki i garści metalowych guzików. Przyjrzał się też broni, ostatecznie ją odrzucając.

— Stary, jeśli znajdziemy więcej takich, będziemy bogaci. To prawdziwa kopalnia złota! — stwierdził.

Samson natomiast już kontynuował poszukiwania. Odnalazł na ścianie szarą, metalową skrzynię z dużą, czerwoną dźwignią u boku. Już takie widywał. Nigdy nie zapytał, co właściwie robiły. Nie było po co. Nigdy nic się nie działo, gdy ciągnął za dźwignię. Tym większe było jego zdumienie, gdy po pociągnięciu tej rozbłysły nad nim światła. — Słodki, w dupę pluty Jezu — powiedział Cyrus. — Jest prąd.

Samson spojrzał, mrugając, na pokrywające sufit lampy. Większość z nich wyzionęła już ducha, lecz te działające brzęczały jak rój wkurzonych os. Prześledził metalową listwę, biegnącą od skrzyni do sufitu.

GramTV przedstawia:

— To nie żaden generator — uznał. — Gaz w generatorze już dawno by się zepsuł. Słoneczna?

— Najwyraźniej — zgodził się Cyrus — Przecież nie nuklearna. Zobaczmy, co jeszcze uda się nam tu znaleźć.

— Cud, że to jeszcze działa — stwierdził Samson. Coś mu nie pasowało w tym miejscu. Nic złego, nic groźnego, po prostu coś innego. Wyjątkowego nawet. Miał trudności z postrzeganiem tego miejsca w ten sam sposób, co Cyrus – jako skarbonki do obrobienia. Było tu coś więcej, niż tylko rzeczy. Czuł to wyraźnie.

— Chcę wiedzieć, co to było za miejsce — powiedział.

„Niech ci się nie pomyli Bóg ze Słowem Bożym” — James King, Czas Zwycięskiego Kościoła, sezon 5, odcinek 9.

Największym problemem były te zmutowane słonie — stwierdził Cyrus, przechodząc przez otwór pozostały po drzwiach dawno już wyrwanych z zawiasów.

— Słonie? — zapytał idący za nim Samson, stając na obrzeżu znajdującego się tuż za progiem dołu i spoglądając na niego swym jedynym zdrowym okiem. Zakryty opaską oczodół swędział, a gdy Samson próbował skupić na czymś dłużej wzrok, zaczynała go boleć głowa. Niósł oparty na ramieniu młot.

Kopali ten dół na studnię? A może to palenisko? Był szeroki i niezbyt głęboki. Jeśli powstał z myślą o ogniskach, to projekt wzięli chyba z dupy. Brakowało komina, więc cały budynek szybko by się zaczadził. Może to była arena dla gladiatorów, taka jak ich własna. Akurat starczyłoby miejsca dla kilku, jeśli komuś nie zależało na swobodzie ruchów walczących.

— Tak. Skurwiele łaziły sobie w zoo, gdy zaskoczył je koniec świata. A teraz mają kły wielkości pierdolonego buicka i żrą mięso. Diabli wiedzą, co je tak pokręciło. Promieniowanie? Chemikalia? Taa. No, ale jedno jest pewne, stary – były przeogromne. I jeszcze te pieprzone gigantyczne, szczające kwasem surykatki.

Samson nie miał pojęcia, czym jest surykatka, i nieszczególnie go to obchodziło. Miał inne rzeczy na głowie.

— No ale pozbyliście się ich?

— Inaczej byśmy teraz nie rozmawiali. — odparł Cyrus — Ale nadal gdzieś tam łażą. Słychać je po nocach. Będziemy musieli obstawić perymetr spluwami, zanim naprawdę się tu rozgościmy.

Samson spojrzał w górę na popękane malowidło. Przez lata ciekła po nim woda, a czarny grzyb pokrył je niczym tocząca ząb zgnilizna.

Czy to miało być niebo? Może gwiazdy? Trudno powiedzieć. W górnych częściach dwunastu ścian pomieszczenia znajdowało się więcej malowideł. Czas też nie obszedł się z nimi zbyt łaskawie. Przedstawiały ludzi, lecz nie miał pojęcia, co oni dokładnie robili.

— Co to było za miejsce? — zapytał Cyrusa.

— Nazywali je obserwatorium. Czyli pewnie służyło do pilnowania okolicy. Widziałeś te wielkie kopuły na dachu? Chyba tam sadzali ludzi, czy coś, nie jestem pewien. Były tam jakieś oznaczenia z teleskopami. No ale, rzecz jasna, mało co się ostało. Jakieś rusztowania, coś, co mogło służyć za stanowisko działa. Chyba strzegli stąd miasta, zanim wszystko poszło się jebać.

— To dobra pozycja — stwierdził Samson. — Łatwa do obrony. Z dobrą widocznością.

Olbrzymia konstrukcja na skraju Griffith Parku spoglądała na Los Feliz ze szczytu wzgórza. Cyrusa dziwił fakt, że nie miał pojęcia o jej istnieniu, ale z poziomu ulicy przesłaniał ją w końcu gąszcz liści zmutowanych drzew i krzaków. A nikt o zdrowym umyśle nie wchodzi do Griffith Parku. To, co napotkał tam Cyrus, było jednym z powodów. Krążyły też plotki o innych nawiedzających gęstwinę istotach: kanibalach, spotworniałych niedźwiedziach, jeszcze gorszych koszmarach. Podobno część Skórzanych Dupków przeniosła się niedawno na wyższe wzgórza, a jakaś grupa nazywająca siebie Manierytami zaczęła krążyć przy parku od strony Glendale, choć nikt z Kościoła nigdy ich nie widział.

Zastanawiał się, czy to miejsce wyglądało podobnie, zanim spadły bomby. Czy mieszkali tu jacyś ludzie? Zapewne tak. W tamtych czasach dbali pewnie, by miasto było dobrze widoczne z tego punktu, a ktokolwiek stworzył tak imponującą budowlę, chciał, żeby inni mogli ją podziwiać.

— Mówisz, że jak duże to jest? — zapytał Cyrusa.

— Nie tak wielkie, jak Świątynia, ale bez problemu pomieści armię, a i zostanie jeszcze trochę miejsca. Myślałem o tym, żeby nazwać ten budynek „Bastionem Wiary”. Jak ci się to widzi?

Samson skinął głową, wyrażając aprobatę. Przez ostatnie dwa lata po rzezi na Zachodniej powoli odbudowywali swoje szeregi, ale nadal wiele im brakowało do dawnej świetności. A Hollywood nie odpuszczało im nawet na moment, choć trzeba przyznać, że i Samson nie ułatwiał mu życia.

Podążył za Cyrusem przez krótki korytarz, mijając wpasowane we wnękę urządzenie w kształcie piramidy, spowite metalowymi zwojami i zwieńczone kulą.

— Co to?

— Pojęcia nie mam. Chyba coś elektrycznego. Dowiemy się, jak już włączymy tu zasilanie.

— Chyba nie mamy dość ludzi, żeby to doprowadzić do porządku — stwierdził Samson. — Ale może ktoś z milicji pomoże nam w obronie, jeśli ich poproszę.

Cyrus zgrzytnął zębami, lecz nie minęła sekunda, a na jego twarzy zagościł promienny uśmiech.

— Dzięki — odparł. — Przydadzą się nam. Poza potwornościami z zoo krążą tu mutanty, a może i te pojeby z Hollywood. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby coś kombinowali w parku. No a pierdolone mutanty próbują nas stąd wykurzyć.

— Ilu straciłeś ludzi? — zapytał Samson.

— Pojęcia nie mam. Po mojemu zbyt wielu.

Samson prychnął pogardliwie. Nawet w momencie, gdy od każdej żywej duszy mogło zależeć jego przetrwanie, Cyrus nawet nie pomyślał, żeby zainteresować się zmarłymi. Ciekawe, czy znał choćby imię któregoś z nich.

— Myślałem o tym, żeby tu przenieść większą część naszej organizacji, a Świątyni używać do obrzędów — rzekł Cyrus.

— Bliżej Hollywood? Myślisz, że to dobry pomysł?

— Nie tak łatwo dostać się do parku. A tu, na górę, da się dotrzeć tylko tunelem.

Z tego, co zdołał zauważyć po drodze Samson, jedyne przejście, którego nie zasypały gruzy, stanowił mocno niepewny tunel, który należało wzmocnić. Inne drogi prowadzące do budynku zmieniły się w serie kraterów po bombach, tak zabarykadowanych przewróconymi drzewami i żywą roślinnością, że nawet ekipa wyposażona w materiały wybuchowe musiałaby poświęcić przynajmniej dzień, by przebić się przez ten gąszcz.

— No i mamy świetną pozycję strategiczną, jak już znowu uderzymy na tych bydlaków — stwierdził Cyrus.

„Jak uderzymy”, a nie „jeśli” – zauważył Samson. Sam pragnął ujrzeć upadek Hollywood nie mniej od Cyrusa, może nawet bardziej. Te skurwiele pozbawiły go w końcu oka, ale z upływem czasu jego wiara w to, że chwila odwetu kiedykolwiek nastąpi, słabła.

— Chyba najpierw będziemy musieli pozbyć się tych roślin? Czy to nie ułatwi im ataków na nas? — Samson wrócił myślami do moździerzy, które na Zachodniej zmieniły jego życie w piekło.

— Teraz i my mamy swoją artylerię — stwierdził Cyrus. To był jeden, jedyny prawdziwy sukces w przeciągu ostatnich dwóch lat. Podczas najazdu Samson zdołał przechwycić kilka hollywoodzkich moździerzy. Być może nie dość, by zdobyć oczywistą przewagę, lecz wystarczająco dużo, by poczuć się znacznie bezpieczniej. Co więcej, zdołali wtedy schwytać kilku inżynierów. Gdy kazano im wybierać między produkcją moździerzy dla Kościoła a śmiercią, nie trzeba było długo czekać na ich nawrócenie. Przynajmniej większości z nich.

— Jeśli zasmakujesz w zmutowanych słoniach, możesz tu ucztować po królewsku.

— No to dobra. Chyba pora brać się do roboty.

Zamów grę cRPG Wasteland 2 w sklepie gram.pl

Komentarze
1
Usunięty
Usunięty
30/06/2014 11:06

Fajny pomysł:) Opowiadanie osadzone w klimacie gry:) Do tego takiej gry:P