Mija dokładnie 17 lat od premiery filmu, który miał przywrócić blask jednej z najważniejszych historii science fiction w dziejach kina, a zamiast tego stał się jednym z najbardziej krytykowanych remake’ów XXI wieku. W grudniu 2008 roku na ekrany kin trafił Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia z Keanu Reevesem w roli głównej, czyli nowa wersja klasyka z 1951 roku, inspirowanego opowiadaniem Farewell to the Master autorstwa Harry’ego Batesa.
Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia
Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia – nieudany remake kultowego science fiction
Projekt zapowiadał się ambitnie. Za kamerą stanął Scott Derrickson, studio 20th Century Fox przeznaczyło solidny budżet, a w głównej roli zagrał jeden z najbardziej lubianych aktorów Hollywood. Nowoczesne efekty specjalne miały nadać opowieści o przybyszu z kosmosu zupełnie nowy wymiar. Pod względem czysto technicznym film faktycznie potrafił robić wrażenie, zwłaszcza w scenach ukazujących przybycie Klaatu na Ziemię oraz skalę pozaziemskiej ingerencji.
Problem polegał na tym, że wizualne aspekty zaczęły dominować nad treścią. Oryginał z początku lat pięćdziesiątych, osadzony w realiach zimnej wojny i lęku przed nuklearną zagładą, trafiał w emocje i obawy swojej epoki. Wersja z 2008 roku postawiła na ekologiczne ostrzeżenie, jednak przekaz ten okazał się znacznie mniej przejmujący. Zamiast subtelnej refleksji i wyrazistych postaci widzowie dostali fabułę podporządkowaną efektom oraz zmiany w historii, które wielu odebrało jako pozbawione sensu.
GramTV przedstawia:
Krytycy nie mieli litości. Film szybko zyskał łatkę artystycznej porażki, a niskie oceny tylko potwierdziły, że nawet charyzma Keanu Reevesa nie wystarczyła, by uratować całość. Zarzucano mu brak emocjonalnej głębi, przesadną grę aktorską i skupienie się na blockbusterowej formule kosztem idei, która w pierwowzorze była jego największą siłą.
Z perspektywy czasu Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia z 2008 roku pozostaje ciekawym przykładem tego, jak trudno jest odświeżyć kultowe dzieło bez utraty jego sensu. Historia kosmity, który przybywa, by ostrzec ludzkość przed konsekwencjami własnych działań, wciąż ma ogromny potencjał. W tej wersji zabrakło jednak serca i odwagi, by opowiedzieć ją w sposób równie poruszający jak niemal sześć dekad wcześniej.
Serio, zawsze się zastanawiam co ci ludzie myślą. Bo co innego, gdy czas albo budżet nie pozwalają czegoś zrobić, a co innego, gdy przy takich remakeach wszystko wygląda tak, jakby ktoś po prostu nie zrozumiał materiału.
Czasem tłumaczę to sobie prostą analogią. Znajomy z miasta zobaczył żabę i pytał skąd się wzięła. Obaj widzieliśmy to samo. Obok rowy z wodą, ściernisko. Dla mnie to było oczywiste, dlaczego tam jest - schronienie, owady (szama), warunki. On widział tylko żabę, bez kontekstu.
Inny przykład to Star Wars. Abrams zrobił swoją wersję nowej nadziei. Sceny się zgadzają, elementy są podobne, ale sens się zawieruszył. W oryginale humor wynikał z sytuacji która miała swoją przyczynę i gdzieś prowadziła. Tu często jest wrzucany, bo "w Star Warsach był humor", więc musi być.
I tak samo jest z tym filmem. Ktoś odtworzył klasyka, ale nie zrozumiał, co czyniło go klasykiem. Ktoś umieścił żabę na ekranie ale tylko dlatego że w oryginale była żaba. Kompletnie rozumie dlaczego żaba tam jest.