Batman Azteków miał być odważną wizją bohatera DC, a wyszła z tego polityczna papka

Jakub Piwoński
2026/07/22 09:00

Batman Azteków: Starcie imperiów w końcu trafia do oferty polskiego HBO Max po roku od ogłoszenia premiery. Sprawdzamy, czy ta oryginalna wersja przygód popularnego bohatera DC jest warta uwagi.

Ostatnio modne stało się, by o nowych projektach starych marek nie mówić w kategoriach remake'u. To określenie źle się dziś kojarzy, bo zostało wyprane z twórczych intencji. Na wagę złota jest za to hasło „nowa interpretacja”. I właśnie tym miała być ta przedziwna animacja ze świata Batmana. Ja powiedziałbym nawet więcej – to już nie interpretacja, ale wariacja. I to taka, która od samego początku balansuje na granicy absurdu.

Batman Azteków: Starcie imperiów
Batman Azteków: Starcie imperiów

Przedłużająca się premiera VOD

Długo kazało nam czekać Warner Bros., zanim Batman Azteków: Starcie imperiów trafił w końcu do polskiej dystrybucji. Film został ogłoszony dokładnie rok temu, jego premiera w USA i Ameryce Łacińskiej odbyła się we wrześniu 2025 roku, po czym… wieść o nim praktycznie ucichła, a polscy widzowie mogli obejść się smakiem. Nie było polskich recenzji tego tworu, bo zwyczajnie nie dane nam było go obejrzeć. Najwyraźniej proces tłumaczenia trwał dłużej niż zwykle, ale być może w grę wchodziło coś więcej. Studio mogło obawiać się nieprzychylnego przyjęcia filmu w Europie, bo ryzyko niezrozumienia jego przekazu i stanięcia wobec niego w opozycji wydawało się całkiem wysokie. Czyżby czekano zatem na lepszy moment, by zaprezentować go na Starym Kontynencie?

Jedno pozostaje pewne, bez wątpienia. Batman jest dziś tak wielką figurą popkultury, że aż prowokuje do snucia różnych eksperymentów. Nietrudno wyobrażać sobie, jak wyglądałby poza Gotham, w innych epokach i kulturach. Świetnie rozumieją to Japończycy, którzy od lat zapożyczają Mrocznego Rycerza do własnych anime i mang. Najwyraźniej Meksykanie uznali, że również nie chcą pozostać im dłużni. Sytuacja jest o tyle pikantna, że Batman Azteków mniej przypomina twórczą potrzebę reinterpretacji mitu o Mrocznym Rycerzu, a bardziej projekt wykorzystujący ten mit do ponownego uderzenia w rasę kaukaską i przypomnienia o ciemnych kartach jej historii. Dość powiedzieć, że gangsterami Gotham są tutaj… biali chrześcijanie.

Batman Azteków: Starcie imperiów
Batman Azteków: Starcie imperiów

Historia rodem z kultury “woke”

Za reżyserię odpowiada Juan Jose Meza-Leon, twórca mający duże doświadczenie w animacji. Tym bardziej zaskakuje, że zdecydował się wejść na tak grząski grunt. Taka reinterpretacja wymagała wyjątkowego wyczucia proporcji, a tego tej produkcji wyraźnie zabrakło. Narracja jest niebywale łopatologiczna, dialogi nieustannie tłumaczą to, co dzieje się na ekranie, choć dzieje się niewiele. Idzie to w parze z niebywale wręcz nadętą tonacją całości. Ten film obroniłby się tylko wtedy, gdyby twórcy dali do zrozumienia, że bawią się tą wizją. Problem w tym, że oni w nią wierzą i najwyraźniej zakładają, że ich opowieść – z racji powiązań z trudną historią kontynentu – jest ważniejsza od samego mitu Batmana.

Na domiar złego film zbyt długo tłumaczy swoje założenia. Jakby twórcy obawiali się ujawnić ikonę DC w nowej wersji, dlatego poświęcili mnóstwo czasu, by widzowie zrozumieli motywację bohaterów i fundamenty tej historii. Ujawnienie się Batmana, jakiego rzekomo znamy, zajmuje fabule… pięćdziesiąt minut. Dopiero wtedy na ekranie pojawia się bohater, dla którego większość widzów w ogóle włączy ten film. Zanim więc produkcja zdąży się na dobre rozkręcić, właściwie dobiega końca, bo trwa niespełna półtorej godziny. Nie ma nic złego w krótkich filmach. Jest za to wiele złego w pierwszym akcie, który rozrasta się kosztem całego rozwinięcia.

Batman Azteków: Starcie imperiów
Batman Azteków: Starcie imperiów

Nawet Joker by się uśmiał

Warto zwrócić uwagę na pewien estetyczny zgrzyt, który od początku psuje seans. Bardzo łagodna kreska tej rysowanej animacji kompletnie nie pasuje do brutalnego charakteru filmu, w którym twórcy nie oszczędzają scen z tryskającą krwią. Jest zbyt kolorowo, jakby odpowiedzialni za stronę wizualną nie wiedzieli, jak poważnie ta historia ma zostać opowiedziana. Sama animacja komunikuje się z widzem jak produkcja skierowana do dzieci, bo dialogi są równie oczywiste, co okrutnie drętwe i zwyczajnie głupie. To, co dzieje się na ekranie, tonie już w mroku kompletnie niepasującym do tej estetyki. Ten teatrzyk marionetkowy zaskakująco często sięga zatem po czerwoną chusteczkę, imitującą krwawą śmierć.

GramTV przedstawia:

Wplatanie kolejnych antagonistów ze świata Batmana sprawia wrażenie usilnie naginanego do realiów filmu. Ich pojawienie się ma niewiele wspólnego z naturalnymi konsekwencjami fabuły, a znacznie więcej z mechanicznym odhaczaniem kolejnych punktów fanserwisu. Obecność Trującego Bluszczu odbieram jeszcze jako sympatyczne mrugnięcie okiem, wykorzystanie potencjału Jokera uznaję za zabawę jego mitem, ale już Dwie Twarze, ujawniony praktycznie w tej samej chwili i za sprawą azteckiej Kobiety Kot, w dodatku w sposób zupełnie niewiarygodny, to zdecydowanie za dużo. Easter egg goni tu easter egg, bez ładu i składu.

Dla mnie to nie jest ani oryginalne, ani szczególnie wywrotowe. Takie mogłoby być, gdyby twórcy zadbali o to, by ta produkcja naprawdę się niosła. Najwyraźniej jednak woleli, by zapadła się pod ziemię. To taka trawestacja, jaką wymyślilibyśmy sobie na tyle zeszytu w czwartej klasie podstawówki podczas lekcji o wielkich odkryciach geograficznych, zainspirowani wystającym z plecaka zeszytem o przygodach Człowieka Nietoperza. Retusz. Zabawna nakładka na znaną historię. Ale wbrew temu, jak dosadnie próbuje się komunikować, pozostaje zaskakująco próżna w środku.

Batman Azteków: Starcie imperiów
Batman Azteków: Starcie imperiów

Reinterpretacja, która zaboli fanów DC

Jest taka scena, w której główny bohater wdaje się w luźną rozmowę ze swoim adwersarzem. Krótka wymiana zdań dotyczy sensu wypraw konkwistadorów. Film przedstawia ich jako ludzi, którzy z Bogiem na ustach czynią zło, przekonani, że niosą postęp, a jednocześnie wierzą, iż Słońce krąży wokół Ziemi. Oczywiście aztecki bohater z łatwością punktuje przeciwnika, ale najbardziej zaskakuje nie jego błyskotliwość, lecz to, że przemawia przez niego nie mądrość człowieka żyjącego w tamtych czasach, ale współczesna wrażliwość, przesiąknięta motywem kulturowego „przebudzenia”. Nie ma przy tym znaczenia, że mówimy o kulturze Indian składających krwawe ofiary i odcinających ludziom głowy ku chwale swoich bogów.

Takie wstawki skutecznie niszczą ten seans. To nie jest adaptacja komiksu. To polityczna agitka. A ja byłem przekonany, że najbardziej nie spodoba mi się sam pomysł na dzikiego Batmana. Okazało się dokładnie odwrotnie – problemem nie jest to, że jest dziki, ale to, jak bardzo zdaje się być postępowy. Kolory animacji nie sugerują żadnych niuansów. Paradoksalnie otrzymujemy bowiem czarno-biały film, z wizją dobra i zła tak wyświechtaną, że nawet nie trzeba uruchamiać zwiastuna, by wiedzieć, czemu to wszystko służy.

Ironii dodaje fakt, że w jednej ze scen pada zdanie: „Strach cię zabije lub natchnie do działania”. Miało to zapewne motywować bohatera, ale po seansie trudno oprzeć się wrażeniu, że równie dobrze mogłoby posłużyć za komentarz do samych twórców. Jakby bali się pozostawić widzowi choć odrobinę przestrzeni na własną interpretację i dlatego niemal każdą scenę dopowiadali dialogami lub ideologicznym komentarzem. Najbardziej absurdalne w tym wszystkim jest jednak nie to, że wykorzystali do tego kultowego bohatera popkultury. Najbardziej absurdalne jest to, że kończą film w sposób wyraźnie sugerujący możliwość powstania sequela. Jakby byli przekonani, że właśnie stworzyli fundament pod nowe uniwersum.

Czy było warto na to czekać? Nie. Czy animacja uzasadnia swoje istnienie? Również nie. Czy poczułem się obrażony jako fan DC? Nie przesadzałbym. Mam jednak poważny problem ze znalezieniem choć jednego argumentu, który usprawiedliwiałby powstanie tego filmu.

3,0
Odważna reinterpretacja Batmana miała przenieść Mrocznego Rycerza do świata Azteków. Zamiast świeżego spojrzenia otrzymaliśmy jednak płaską, polityczną agitkę.
Plusy
  • Jeśli uznać, że to jeden wielki żart Jokera albo halucynacja wywołana oparami Trującego Bluszczu, można się nawet dobrze bawić
  • Przynajmniej jest krótki
Minusy
  • Batman pojawia się dopiero po 50 minutach, kiedy film praktycznie zaczyna zmierzać do finału
  • Polityczna teza okazuje się ważniejsza od samej historii Mrocznego Rycerza
  • Fanserwis sprawia wrażenie odhaczania kolejnych obowiązkowych punktów, a nie naturalnej części fabuły
  • Kolorowa, bajkowa estetyka zderza się z brutalnością w sposób, który bardziej śmieszy, niż szokuje
  • Dialogi nieustannie tłumaczą widzowi to, co i tak widać na ekranie
  • To reinterpretacja, która zatrzymuje się na poziomie pomysłu i nie potrafi go przekuć w dobry film
  • Główny bohater nie ma charyzmy, a to grzech dla historii o Batmanie
Komentarze
11
FromSky
Gramowicz
Dzisiaj 18:24

Jak to takie woke to szkoda nawet było tracić czas na pisanie recezji.

Ja bym sugerował sprawdzić Yani Neko, dość głośne i nietypowe anime o uzależnionych od różnych rzeczy koto-dziwczynach które niedawno pojawiło się na netflixie, jest to słodko gorzka komedia ze specyficznym humorem i zaskakująco wysokim poziomem wykonania

dariuszp
Gramowicz
Dzisiaj 14:27
Piwon napisał:

Funny how?

https://youtu.be/yL9rSwrsMHw

dariuszp napisał:

Strasznie mnie rozśmieszyła ta recenzja. 

Tak pozytywnie. Generalnie opisuje wszystko co złe z dzisiejszymi produkcjami dla "nowoczesnej widowni". 

wolff01
Gramowicz
Dzisiaj 12:19
Silverburg napisał:

Ja nie siedzę obecnie mocno w anime, więc może nie jestem najbardziej miarodajną jednostką, ale ja o tej serii w ogóle nie słyszałem. Także mogła nie przebić się do szerszego grona.

Ja dowiedziałem sie zupełnie przypadkiem. CR robiło jakieś swoje "firmowane" serie albo w ramach kooperacji z japońskimi studiami albo chyba także jakimiś amerykańskimi (od razu idzie poznać tą "pseudo-anime" kreskę w zachodnich produkcjach) - tak że sama seria to produkcja Zachodnia: amerykańsko-meksykańska. Nie mówię że jest wybitna, ale to chyba najlepsze wykorzystanie motywów mezo-amerykańskich w animacji jakie widziałem w ostatnim czasie i pomysł generalnie mieli super (bogowie i ich gierki/mieszający się w sprawy śmiertelników co w kulturze azteckiej jest bardzo wyraźne, no i losy tychże biednych śmiertelników).




Trwa Wczytywanie