Na papierze Tides of Tomorrow brzmi jak niepotrzebne dziwactwo. W praktyce natomiast okazuje się, że ta narracyjna przygodówka na tle innych wyróżnia się nie tylko ciekawą koncepcją, ale także solidnym wykonaniem.
Czegoś takiego jeszcze nie było. Ale już jest!
Po wydaniu Road 96 i Road 96: Mile 0 autorzy ze studia Digixart mogli zacząć taśmową produkcję kolejnych gier tego typu z akcją osadzoną w zupełnie innych klimatach, niemniej zdecydowali się nie tyle na wywrócenie doskonale znanej formuły rozgrywki do góry nogami, ale zaimplementowanie funkcji, których próżno szukać w innych przygodówkach nastawionych na opowiadaną historię. Dzięki temu niedawno na rynku zadebiutowała gra Tides of Tomorrow, do której początkowo byłem sceptycznie nastawiony, ale z czasem okazało się, że ekipa mająca na swoim koncie także 11-11: Memories Retold przygotowała tytuł niezwykle intrygujący, przemyślany i - przede wszystkim - oryginalny.
Tides of Tomorrow
Plastik, wszędzie plastik. Choroby można dostać!
Swoją przygodę z Tides of Tomorrow rozpoczynamy od wybrania stroju swojego pływonauty lub pływonautki, bo takim mianem określana jest kierowana przez nas postać. Akcja toczy się w świecie przyszłości, który chyli się ku upadkowi. Wszystko za sprawą plastemii, a więc tajemniczej choroby, na którą cierpi również bohater opowieści. Co prawda nie da się z niej wyleczyć, ale można zatrzymać postęp zarazy dzięki ozenowi. To trudno dostępny, ale bardzo przydatny lek, stanowiący niewątpliwie najcenniejszy przedmiot na oceanicznej planecie Elynd. Przekonamy się o tym niedługo później, gdy… No właśnie, no właśnie.
Kto przed nami, kto za nami?
Zanim jednak na dobre przystąpimy do zabawy, będziemy musieli podjąć jeszcze jedną, bardzo ważną decyzję. Tides of Tomorrow zostało skonstruowane bowiem tak, byśmy w trakcie kampanii podążali śladami innego gracza lub graczy (nie musimy przez całą kampanię śledzić losów jednego śmiałka). Co to dokładnie oznacza? Pewne drzwi otworzymy jedynie wtedy, gdy powołamy się na naszego poprzednika. Kiedy on w jednym miejscu da się przyłapać strażnikom, to my z kolei trafimy na bardziej ostrożnych przeciwników, więc przedostanie się za ich plecami nie będzie wcale takie proste. W niektórych etapach dostępne będą postawione przez naszego “kompana” drabiny czy też mosty, co ułatwi nam przejście. Dlatego też na każdym kroku czujemy, że ktoś tu był przed nami, a gdy osiągamy sukcesy lub wprost przeciwnie, to z tyłu głowy mamy świadomość, że albo pomagamy, albo rzucamy kłody pod nogi naszemu następcy.
Było, minęło, dopiero będzie
Do całego tego systemu dochodzą retrospekcje, które mogą aktywować wyłącznie ludzie tacy, jak my. Słuchamy więc dialogów przeprowadzonych przez wcześniejszego pływonautę z napotkanymi postaciami niezależnymi, a czasem także sprawdzamy, którędy przedostał się dalej, dzięki czemu nie musimy błądzić po wyznaczonym obszarze. Choć tego błądzenia zwykle tu za dużo nie ma, bo w zdecydowanej większości przypadków Tides of Tomorrow to jednak liniowa gra. Co nie znaczy, że zawsze wygląda tak samo. O co chodzi?
Wybory iluzoryczne czy jednak nie?
Jeśli postanowimy sprawdzić dany fragment na przykład dwukrotnie albo przejść go trzy razy (trzeba się jednak trochę napocić, bo mamy jednego sejwa, który się automatycznie nadpisuje), to okaże się, że do celu prowadzić może kilka ścieżek, a to, które są odblokowane, a które nie, zależy od naszych wcześniejszych poczynań (i poprzedniego pływonauty, rzecz jasna). W pewnym momencie podszedł do mnie pewien NPC proponując alternatywny sposób na ominięcie strażników, innym razem po prostu stał i nie odzywał się. Gdyby nie moje doświadczenie z pierwszego podejścia nawet nie miałbym świadomości, że dostępne są jakiekolwiek inne opcje. Ale dzięki temu ewidentnie poczułem, że te wszystkie mikro wybory mają znaczenie. Tak czy inaczej trzeba mieć świadomość, że nie ma tu nie wiadomo ile ścieżek i zakończeń - Tides of Tomorrow to jednak gra na raz, może do powtórzenia po czasie, jeśli ktoś się uprze.
Tides of Tomorrow
Oryginalna koncepcja zaproponowana przez autorów Tides of Tomorrow sprawia, że od gry trudno się oderwać. Ale nie tylko ona, bo historia także potrafi wciągnąć. Nie jest to może opowieść najwyższych lotów, ale za sprawą kilku ciekawie zarysowanych postaci, ogólnie pojętego kryzysu i dobrze napisanych dialogów angażuje od samego początku. Tym bardziej, że mamy tu całkiem sporo pasujących do całości wątków politycznych, a na plasticpunkowej planecie Elynd rywalizują ze sobą przedstawiciele trzech unikatowych frakcji.
Jest… różnorodnie!
Tides of Tomorrow oferuje zaplanowaną na około 10 godzin rozgrywki kampanię fabularną. Jeśli myślicie, że całość sprowadza się do eksplorowania lokacji i przeprowadzania dialogów, to jesteście - na szczęście - w błędzie, bo twórcy przygotowali naprawdę różnorodne misje. Podczas zabawy musimy przede wszystkim zbierać złom, który pełni tu funkcję waluty i umożliwia kupowanie niezbędnego ozenu, dzięki niemu także stawiamy drabiny czy budujemy mosty. Pomiędzy kolejnymi wysepkami (w końcu to oceaniczna planeta, a nie jeden wielki obszar) przemieszczamy się, korzystając z łodzi. Co ważne, nie zawsze jest to wyłącznie środek transportu, bo w Tides of Tomorrow zaimplementowano całkiem nieźle zrealizowane etapy, podczas których ścigamy się po wodzie z innymi mieszkańcami Elynd.
Tides of Tomorrow
GramTV przedstawia:
Można by pomyśleć, że mamy tutaj festiwal niepotrzebnych mechanik, ale tak naprawdę każda z nich dobrze jest wpleciona w samą historię. W pewnym momencie Tides of Tomorrow wymaga od nas skradania się (choć to jednak prosty system) czy też pokonywania mniej lub bardziej skomplikowanych sekwencji platformowych. W przypadku akcji na wyspach poszczególne wydarzenia obserwujemy z perspektywy pierwszej osoby, ale w trakcie wyścigów czy też podczas kierowania łodzią celem dotarcia do nowych lub odwiedzonych wcześniej miejsc (bo tego również w grze nie brakuje) kamera zawieszona jest za naszą łodzią.
Tides of Tomorrow to przede wszystkim decyzje. Już od samego początku, kiedy musimy dokonać wyboru, czy bierzemy pierwszą butlę ozenu dla siebie (przydałaby się nam wówczas i to bardzo), czy też zostawiamy ją dla kolejnego pływonauty. Niektórych wyborów nie dokonujemy jednak świadomie podczas rozmowy, ale w trakcie wykonywania powierzonych nam misji. Dlatego też staramy się robić wszystko, aby - po pierwsze - jak najlepiej zaliczyć dany etap, a po drugie sprawić, że ktoś, kto przyjdzie tu po nas, będzie miał łatwiej i że mieszkańcy planety będą zachwyceni naszą wizytą zamiast próbować o niej jak najszybciej zapomnieć.
Tides of Tomorrow
Kwestie techniczne
Pod względem zastosowanego stylu graficznego Tides of Tomorrow może budzić skojarzenia z oprawą wizualną znaną z Road 96 i Road 96: Mile 0. Twórcy najwyraźniej zdecydowali się na udoskonalenie wspomnianej stylistyki, co w żadnym razie nie jest niczym złym - ze względu na w pewnym sensie komiksowy wygląd Tides of Tomorrow nie zestarzeje się zbyt szybko, a przy tym wygląda bardzo klimatycznie zarówno, gdy jesteśmy na lądzie i przemierzamy dostępne obszary czy rozmawiamy z napotkanymi postaciami, a także w trakcie wycieczek łodzią pomiędzy kolejnymi wysepkami.
Tides of Tomorrow testowałem na komputerze Actina wyposażonym w procesor Intel Core i5-14600KF 3,50 GHz, 32 GB RAM i kartę graficzną AMD Radeon RX 7800 XT 16 GB VRAM z monitorem 4K. Na najwyższych ustawieniach jakości oprawy wizualnej, czyli wysokich, przy rozdzielczości obrazu 3200x2000 pikseli mogłem liczyć średnio na znacznie powyżej 60 klatek na sekundę. Grałem w oknie, ponieważ na pełnym ekranie obraz regularnie przeskakiwał na drugi monitor (starszy sprzęt działający w jakości Full HD) i niestety nie było jak tego zmienić w ustawieniach.
Tides of Tomorrow
Czy warto zagrać w Tides of Tomorrow?
Owszem, choć trzeba mieć na uwadze fakt, że gra rządzi się swoimi prawami, a NPC cierpią na zbiorową amnezję. Trochę tak, jakby poszczególne wydarzenia rozgrywały się po raz pierwszy, a przecież przed nami i po nas w świecie Tides of Tomorrow pojawili się się i pojawią się kolejni gracze. Ale to oczywiście konieczne uproszczenie bez którego nie byłoby całej tej historii i koncepcji. Tak czy inaczej należy pochwalić Digixart za pomysł i naprawdę wysokiej jakości realizację. Zdecydowanie potrzebujemy większej liczby studiów, które zamiast odcinać kupony, potrafią zaryzykować. Nie zawsze się to opłaca, ale w tym przypadku było warto, bo Tides of Tomorrow to po prostu świetna gra.
8,0
Tides of Tomorrow udowadnia, że można połączyć doskonale znaną koncepcję z niedostępnymi wcześniej funkcjami, tworząc tym samym wciągającą grę, która wyróżnia się na tle innych za sprawą asynchronicznego trybu multiplayer.
Plusy
bardzo ciekawa i odpowiednio zrealizowana koncepcja - asynchroniczny multiplayer robi tu robotę
różnorodna, intrygująca kampania fabularna z dobrze opowiedzianą, angażującą historią
zapadające w pamięć postacie i dobrze napisane dialogi
różnorodne etapy (elementy platformowe, skradanie, wyścigi, podróżowanie między wyspami)
różne ścieżki prowadzące do celu
niezwykle klimatyczna oprawa wizualna
Minusy
rozmaite uproszczenia bez których całość nie miałaby prawa działać
nie ma możliwości cofnięcia dokonanych wyborów - gra zapisuje się automatycznie w jednym slocie
W gram.pl od 2008 roku, w giereczkowie od 2002. Redaktor, recenzent. Podobno dużo gra w Soulsy, choć sam twierdzi, że to nieprawda. To znaczy gra, ale nie aż tak dużo.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!