Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty – recenzja serialu. Najgorszy Star Trek, nienajgorszy szkolny dramat

Radosław Krajewski
2026/04/02 15:00
0
0

Pierwszy sezon Akademii Gwiezdnej Floty dobiegł końca. Czas podsumować, czym jest najnowszy serial z kultowej serii science fiction.

Szkoła uczuć

Paramount wciąż nie do końca wie, w którym kierunku pójść w rozwoju swojej sztandarowej serii. Star Trek potrzebuje nowego filmu i ten znajduje się już w przygotowaniu, ale ta seria od zawsze stała wciągającymi serialowymi propozycjami. Jednak w ostatnich latach fani nie byli do końca zadowoleni z tego, co otrzymywali. Star Trek: Discovery obniżyło swoje loty w późniejszych sezonach, podobnie jak Star Trek: Picard, a Star Trek: Nieznane nowe światy nie potrafił przekonać do siebie nowych widzów. Również animowane Star Trek: Lower Decks i Star Trek: Protogwiazda pozostawały w niszy. Paramount zapomniał o najważniejszym, czyli fanach poprzednich serii, jeszcze tych emitowanych w latach 90., czy na przełomie wieków, desperacko próbując pozyskać zupełnie nowych, często młodych odbiorców. W takim zamyśle powstał Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty, będący kosmicznym odpowiednikiem Szkoły dla elit, czy nawet Euforii, ale bez wielkich, dramatycznych konfliktów, a bardziej opowieścią o sile przyjaźni i radzenia sobie z wewnętrznymi problemami. Problem w tym, że ze Star Trekiem niewiele ma to wspólnego, ale mimo to serial potrafi być zaskakującym guilty pleasure, które można oglądać z nieskrywaną przyjemnością.

Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty
Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty

Caleb Mir (Sandro Rosta) musi uciekać wraz z matką Anishą (Tatiana Maslany) przed groźnym Nusem Brakiem (Paul Giamatti), dla którego kobieta pracowała. Gwiezdna Flota łapie przestępców i skazuje ich na wieloletnie więzienie. Kilkuletni Caleb dostaje się pod opiekę kapitan Nahle Ake (Holly Hunter), która skazała dwoje więźniów. Kilka lat później drogi Caleba i Nahle znów się krzyżują i starszy już chłopak ma wybór – dołączyć do Akademii Gwiezdnej Floty lub zostać skazany za swoje przewinienia. Niechętnie decyduje się na rozpoczęcie nauki w szkole w San Francisco. Tam poznaje kilku wyróżniających się kadetów, jak Genesis Lythe (Bella Shepard), Klingona Jay-Dena Kraaga (Karim Diane), sztuczną inteligencję SAM (Kerrice Brooks), Khonianina Darema Reymiego (George Hawkins) oraz Tarima Sadal (Zoë Steiner), pochodzącą z rasy Betazoid, z którą Federacja długo prowadziła wojnę. Caleb musi przyzwyczaić się do nowego życia, a także poznać czym jest zaufanie i miłość, zanim ponownie będzie mógł spotkać się z matką.

Jeżeli w Akademii Gwiezdnej Floty szukacie starego, dobrego Star Treka, albo chociaż przyjemnej kosmicznej produkcji, jak pierwsze sezony Discovery i Picarda, to muszę Was zmartwić. To nie jest Star Trek, na jaki liczycie. Co prawda twórcy chętnie korzystają ze znanych nazw, ras, technologii i wątków polityczno-militarnych, to koniec końców wszystko tutaj jest nie tak, jak mogliby oczekiwać tego fani. Najlepszym przykładem jest Jay-Den Kraag, potężny, ale pacyfistycznie nastawiony Klingon, który unika konfliktów, a dodatkowo jest gejem. Brzmi kontrowersyjnie, a to dopiero jedna z wielu postaci, która odbiega od tego, co do tej pory znaliśmy z serii. Problem w tym, że te problemy tylko się nawarstwiają, gdy do Akademii Gwiezdnej Floty podejdziemy jak do serialu z uniwersum Star Trek. Zresztą ciężko tego uniknąć, skoro zewsząd serial do nas krzyczy, że to ta sama seria. Jednak jeżeli nie jesteście fanami Star Treka, a szukacie kosmicznej wersji Szkoły dla elit od Netflixa, to możliwe, że trafiliście pod dobry adres.

Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty
Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty

Gdy zapomnimy, że to Star Trek, Akademię Gwiezdnej Floty ogląda się o wiele lepiej, a czasami może nawet sprawić prawdziwą frajdę. To serial skrojony dla „współczesnego odbiorcy”, czyli nastolatków i młodych dorosłych, którzy według badań lubią oglądać na ekranie szeroką reprezentację różnych ras, płci, kultur i przedstawicieli wszystkich możliwych orientacji seksualnych, a także historie oparte na emocjach, ale niekoniecznie związanych z samą sferą seksualną. Twórcy produkcji Paramount+ wzięli sobie to wszystko do serca i tak powstała Akademia Gwiezdnej Floty. Dla wielu będzie to serial definiujący erę woke, dla innych tytuł, który sprawdza się do włączenia w tle – niewymagający ciągłej uwagi, w meandrach którego ciężko się zgubić, nawet pomimo wykorzystania bogatego świata Star Treka.

Kosmiczne CGI

Gdy porzuciłem już nadzieję na udany serial spod szyldu Star Treka, Akademia Gwiezdnej Floty zaczęła zyskiwać. Nadal jest tu sporo kiepskich postaci i wątków, żeby tylko wspomnieć o szeroko wyśmiewanej w mediach społecznościowych postaci Luri Thok, przedstawicielki hybrydy Jem'Hadar-Klingon, która w założeniu miała być twardą, nieustępliwą nauczycielką, a ostatecznie wyszło czyste kuriozum. Najwidoczniej sami twórcy musieli zdać sobie z tego sprawę i postać odgrywa ważniejszą rolę tylko w pierwszych odcinkach, żeby w kolejnych praktycznie w ogóle zniknąć. Mimo to serial ma kilka niezłych wątków, jak chociażby ten związany z Tarimą i jej miłością do Caleba. Nie brakuje też kilku bromance’ów, czy też poruszonych kwestii sztucznej inteligencji. Tu są niezłe pomysły, a i ich realizacja nie jest wcale tak zła, ale to nie są tematy, które działałyby w uniwersum Star Treka w takiej formie.

Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty
Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty

GramTV przedstawia:

Co jednak ta produkcja robi dobrze, to wizualna otoczka. Oczywiście zdarzają się kiepskie charakteryzacje, jak ta Luri Thor, czy Jay-Dena Kraaga, które wywołują śmiech politowania, ale scenografie robią wrażenie, a efekty specjalne stoją na bardzo wysokim poziomie. Pod tym względem błyszczy pierwszy odcinek, szczególnie jego wstęp, gdzie widać, na co poszedł wysoki budżet produkcyjny. W kolejnych odcinkach wcale nie jest gorzej i co najważniejsze, serial potrafi stworzyć swój własny styl i aż żal, że cała reszta, szczególnie historia, nie dorasta do tego samego poziomu.

Aktorsko serial jest bardzo nierówny. Debiutujący Sandro Rosta jest niezły w scenach akcji, ale tych, gdzie trzeba zagrać coś więcej, widać, że brakuje mu doświadczenia. Z uczniów nieźle wypada Bella Shepard, George Hawkins, a w szczególności Zoë Steiner, która dobrze pokazuje naturę swojej rasy. Większym problemem są nauczyciele z Giną Yashere jako Lurą Thok na czele, która jedyneco robi, to krzyczy. Pretensjonalnie wypadają też Holly Hunter, która w wielu scenach odpina hamulce, czy Robert Picardo, którego egzaltacja staje się miejscami irytująca. Jeszcze najlepiej wypada Tig Notaro, która po prostu gra siebie.

Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty potrafi dać trochę rozrywki. Szczególnie zachwycić świetnymi scenografiami i efektami specjalnymi, ale również poszczególnymi wątkami, nawet tymi miłosnymi, jak tym między Calebem a Tarimą. Fani kosmicznego uniwersum powinni się jednak trzymać od tej produkcji z daleka. Nie znajdą tu niczego, za co pokochali Star Treka, a dodatkowo mogliby stracić wiarę, czy Paramount jeszcze kiedykolwiek stworzy w tym świecie cokolwiek, co ich zadowoli. Reszta może dać szansę, o ile oczekują Szkołę dla elit w wydaniu science fiction, choć z mniejszą dawką thrillera, a większą dramatu.

3,0
Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty potężnie rozczaruje fanów uniwersum, ale reszta widzów, którzy chcą po prostu obejrzeć serial science fiction rozgrywający się w kosmicznym odpowiedniku liceum, mogą spróbować tej produkcji.
Plusy
  • Świetne efekty specjalne
  • Scenografie mogą się podobać
  • Niektóre wątki
  • Większość aktorów wcielających się w uczniów daje radę
Minusy
  • To nie jest Star Trek
  • Wiele fatalnych w skutkach decyzji dotyczących rozwoju uniwersum
  • Większość wątków nie jest zbyt ciekawa
  • Za dużo irytujących postaci
  • Słabo zagrane postacie nauczycieli
  • To tylko tendencyjna licealna drama w konwencji science ficiton
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!