Indie shooter od debiutującego studia, który niczym nie ustępuje wysokobudżetowym konkurentom. Momentami nawet je przewyższa.
Z przypadku potrafią się zrodzić wielkie rzeczy. Dla przykładu Mouse: P.I. For Hire zaczął się od tego, jak art director tego projektu trafił na grafikę z Bioshocka w stylu rubber hose. Tyle wystarczyło, aby zarazić powstający właśnie zespół Fumi Games ideą stworzenia gry inspirowaną klasycznymi kreskówkami z lat 30. Mimo że wiemy już jak wielkim hitem jest Cuphead, nadal czarno-biały shooter w stylu dawnych kreskówek mógł być ryzykownym krokiem. Pierwsze prezentacje rozwiały jednak wątpliwości – ta koncepcja, z myszą-detektywem w roli głównej – rozpaliła wyobraźnię graczy. Z tego wszystkiego zrodziła się obecnie jedna z najbardziej wyczekiwanych polskich gier – Mouse: P.I. For Hire. Wiecie jednak co jest zaskakujące? Odpalając kampanię poczułem, że wszyscy mogliśmy się mylić. Że to będzie tylko ładny, ale jednak mało odkrywczy shooter. Że czasami ucieszy oko, ale całościowo nie zachwyci. Pograłem jednak więcej niż pięć minut i wtedy wydarzyła się magia.
Detektyw, ze szklanką whisky i goudą
Mouse to nie tylko dawne kreskówki, ale też klasyka kina detektywistycznego inspirowana Chandlerem i Hammettem, w świecie mysz, ryjówek i innych gryzoni. Główny bohater, grany przez Troya Bakera Jack Pepper, właśnie przyjmuje sprawę tajemniczego zniknięcia iluzjonisty, który rozpłynął się bez śladu w trakcie przedstawienia. Historia szybko jednak rozwija się, przez co w pewnym momencie prowadzimy aż trzy równoległe śledztwa. Nie trzeba się domyślać, że tropy zaczną łączyć się ze sobą, tworząc jedną, wielką intrygę z politykami, mafią i brudnymi glinami w tle. Wszystko w bardzo klasycznym wydaniu. Nie oznacza to jednak festiwalu oklepanych cliché. Mouse fantastycznie przenosi charakterystyczne motywy do świata kreskówki, pokazując je w sposób niezwykle barwny, zabawny i momentami ekscytujący.
Kluczem do sukcesu okazał się wręcz wybitnie napisany scenariusz. Nie ma w tym grama przesady. Sama opowieść może nie powala na kolana (jest jednak całkiem ciekawa), ale kreacja kilku głównych postaci (kapitalny główny bohater i jego zaprzyjaźniona dziennikarka) czy dialogi to mistrzostwo świata. Wszystko zaprezentowane jest w kreskówkowym stylu – niby na poważnie, ale jednak z pewnym przymrużeniem oka i dystansem, delikatnie parodiując niektóre motywy. Do tego wszystko zostało... zmyszowane. Świat Mouse opanowany jest przez gryzonie, a każdy dialog odnosi się do tego – do mysich ogonków czy oczywiście sera. Trudno o cytowanie pojedynczych wypowiedzi. Musicie mi uwierzyć na słowo, że dialogi są po brzegi wypełnione kreatywnymi pomysłami, zgrabnie łączącymi mysi charakter świata z nomenklaturą typową dla klasycznych kryminałów. Znalazło się nawet miejsce na kilka bardzo błyskotliwych one-linerów.
Silnie zarysowana fabuła sprawia, że Mouse to nie tylko pierwszoosobowa strzelanka. Prowadząc śledztwo wyruszamy od misji do misji, po drodze wracając na ulicę, na której znajduje się biuro Jacka, aby przypiąć nowe dowody do tablicy. Z niej dedukujemy, jaki powinien być kolejny krok. Znajdzie się też czas na pogadanie z kilkoma informatorami. Mouse nie jest więc prostym shooterem, w którym krążymy od walki do walki. Rozgrywka ma znacznie większą głębię i swoją strukturą bliższa jest świetnie zaprojektowanym AAA. Jest tu miejsce na strzelanie, ale też dialogi czy spokojniejsze sekcje między misjami, w których tempo ma czas ostygnąć. Jednocześnie w żadnym momencie nie czuć zmęczenia którymś z elementów. Ani jedna z misji nie była za długa i nigdy nie czułem znudzenia nadmiarem narracji. Tempo jest w sam raz, co przy takiej grze wcale nie jest proste do osiągnięcia.
Mimo wszystko to właśnie strzelanie będzie głównym daniem. Gun play w Mouse jest kapitalny. Początkowo miałem lekkie wątpliwości, bo zabawę zaczynamy od zwykłego pistoletu, w dodatku bez opcji przycelowania. Szybko jednak Fumi Games pokazało jak wybitną robotę wykonało. Pojedynki są bardzo szybkie i zręcznościowe – dokładnie takie, jakie powinny być w grze inspirowanej kreskówką. Deweloperzy przygotowali też bardzo dużą liczbę możliwości. Oprócz długiej listy różnorodnych broni możemy kopać wrogów czy wykorzystywać wybuchające beczki lub zwisające, ciężkie przedmioty, które aż proszą się, aby zrzucić je na głowę przeciwników. Opcji jest całkiem sporo, dzięki czemu walki są różnorodne i bardzo plastyczne, dostosowując się do stylu gracza. Najważniejsze jednak, że każdy oddany strzał czy pokonana myszka to ogromna satysfakcja. Udźwiękowienie czy animacje zgrywają się tutaj perfekcyjnie, tworząc system walki, który ocieka grywalnością. Zdarzały się momenty, w których miałem wyłączyć grę, ale wystarczyło, że pojawił się jeden przeciwnik i już wpadałem w rytm, przez który siedziałem przy konsoli jeszcze dłużej.
Mnóstwo stylu i tylko dwa kolory
Połowa recenzji, a my nie poruszyliśmy tematu tego, co rozpoczęło wielką popularność Mouse, a więc stylu artystycznego. Lekko obawiałem się, że czarno-biała grafika może być na dłuższą metę nieco męcząca. Niepotrzebnie, bo stylistyka szybko wpada w oko i nie nudzi do samego końca. Na jej siłę wpływają też świetne, kreskówkowe animacje, a także duża różnorodność lokacji. Gra ma bardzo dużo misji, a więc odwiedzimy praktycznie wszystko, co ciekawe w mieście – operę, bagna, port, magazyny, posiadłość na obrzeżach, studio filmowe czy cyrk. Trudno więc się nudzić, zwłaszcza że każda z miejscówek wypełniona jest po brzegi szczegółami.
GramTV przedstawia:
Kapitalną oprawę wizualną uzupełnia równie udane udźwiękowienie. Wspomniany wcześniej Troy Baker zagrał popisową rolę, podobnie jak kilku innych aktorów. Muzyka również idealnie wpisuje się w klimat. W zasadzie nie ma tutaj nic, co nie pasuje lub jest na niższym poziomie. Fumi Games wykonała wybitną pracę w budowaniu klimatu. Nie było to wcale takie proste, bo Mouse to nie tylko kreskówki z lat 30., ale też opowieść detektywistyczna i myszy zamiast ludzi. Te wszystkie składniki należało sprawnie wymieszać i nie przesadzić z żadnym składnikiem. To udało się wręcz idealnie.
Gdzie wady, zapytacie. To dosyć trudny temat, bo ciężko je dostrzec. Raz natrafiłem na kompletnie nieistotny bug, który w żaden sposób nie wpłynął na rozgrywkę. Na palcach jednej ręki (może być ręka doświadczonego drwala) natrafiłem na kilkusekundowe momenty, w których wydawało mi się, że płynność zeszła poniżej 30 klatek na sekundę. Nie wydarzyło się to w czasie walki, a więc nie miało żadnego znaczenia. Może jednak tylko mi się wydawało. Mało tego, prawda? Faktycznie Mouse jest grą niebywale dopracowaną, rozbudowaną i pełną głębi. To nie jest tylko ładny i klimatyczny shooter, a coś znacznie więcej. Spodziewałem się dobrej gry, ale nie trwającej kilkanaście godzin intensywnej, dopracowanej i świetnie przemyślanej zabawy.
Grając w Mouse: P.I. For Hire wróciłem wspomnieniami do… Clair Obscur. Testując tę francuską perełkę miałem ogromną chęć podzielenia się wrażeniami z czegoś niezwykle zaskakującego. Tutaj jest podobnie. Po kilku godzinach byłem w dużym szoku jak trudno było mi się oderwać od konsoli. Oczywiście nie prognozuję sukcesu na poziomie Expedition 33. Produkcja Sandfall Interactive oferuje jednak znacznie szerszą paletę głębokich emocji. Mouse to jednak nieco inna tematyka, nie aż tak ambitna. Nadal jednak mówimy o sporym, pozytywnym zaskoczeniu. Fumi Games to w końcu debiutujące studio, które już w pierwszej produkcji zrobiło wszystko jak należy, oferując grę zaskakująco dopracowaną i przemyślaną, a co najważniejsze, dającą najczystszą przyjemność z obcowania z nią.
O jednym jeszcze nie wspomniałem – ogromna ilość zawartości. Fumi Games musiało być wyjątkowo efektywne (kolejne podobieństwo do Sandfall Interactive) tworząc Mouse. Kampania starczyła mi na kilkanaście godzin. Po drodze przeszedłem bardzo dużą liczbę różnorodnych misji. Każda z plansz była też bardzo rozbudowana, z licznymi skrótami do odblokowania i budową zachęcającą do zaglądania pod każdy kamień w poszukiwaniu ukrytych atrakcji. Są też zadania dodatkowe, pełno nagranych dialogów i małych szczegółów potwierdzających, że to ogromna gra. Nie bez powodu wcześniej pisałem o porównaniach do produkcji AAA. Gdyby Mouse miał fotorealistyczną grafikę, można by było postawić go na równi z innymi, dużymi shooterami z mocnym naciskiem na historię. Nawet tymi najwybitniejszymi w gatunku.
Werdykt? Mouse to kapitalna gra. Myślę, że nawet najlepsza, w jaką grałem w tym roku, a kilka hitów mam już za sobą. Może to mocne słowa, ale jednak czuję całym sobą, że Fumi Games w pełni zasłużyło na najwyższe słowa uznania. Ich mysi kryminał urzeka atmosferą lat 30., a gameplay jest po prostu niezwykle przyjemny i płynny, dzięki czemu trudno oderwać się od rozgrywki. No i ten absolutnie kapitalny scenariusz, napisany z niesamowitym polotem i wielką dawką kreatywności. Minusy są tak nieistotne, że ciężko nawet na coś zwrócić uwagę. Grajcie i bawcie się dobrze – Mouse: P.I. For Hire to kolejna wybitna produkcja, którą polski gamedev jeszcze długo będzie się chwalić.
9,2
To miała być dobra gra, ale chyba nikt nie spodziewał się aż tak wielkiej, serowej perełki
Plusy
Fantastycznie napisany scenariusz
Urzekający klimat budowany przez grafikę i udźwiękowienie
Gun play, który daje gigantyczną frajdę
Lokacje zachęcające do eksploracji
Idealny miks akcji i narracji
Kilka bardzo dobrze napisanych i zagranych postaci
Kreatywne wkomponowanie myszy w świat gry
Kilkanaście godzin intensywnej kampanii
Minusy
Hmmm, w sumie nic, co byłoby szczególnie ważne
Zdobyte pieniądze można wydać tylko na przedmioty kolekcjonerskie