Pokemon Champions – recenzja. Nie łap ich wszystkich, nie warto

Maciej Petryszyn
2026/04/26 15:00
0
0

A czy ty chcesz zostać mistrzem Pokemon? Jeżeli tak, to… trafiłeś pod zły adres, bo niestety Pokemon Champions zawodzi na całej linii.

Najnowsza produkcja Nintendo na papierze wydawała się interesująca. I faktycznie – wydawała się.

Pokemon Champions
Pokemon Champions

Zostać mistrzem Pokemon

Ostatnie produkcje z Pokemonami w roli głównej podróżowały po swoistej sinusoidzie. Na ten przykład pod koniec ubiegłego roku ukazało się Pokemon Legends: Z-A, które bynajmniej nie okazało się godnym następcą wydanego 3 lata wcześniej Pokemon Legends: Arceus. Niemniej na początku marca marka zaliczyła odbicie za sprawą spin-offu o nazwie Pokemon Pokopia. Tytuł ten, chociaż niepozorny, okazał się ogromnym hitem i na nowo rozniecił większe zainteresowanie marką nie tylko w fandomie, ale również w mainstreamie. Z kolei Pokemon Champions miało być swoistym pójściem za ciosem i w teorii miało wszystko, by się tym stać.

Zostać mistrzem Pokemon, Pokemon Champions – recenzja. Nie łap ich wszystkich, nie warto

Rdzeniem rozgrywki jest wszak teoretyczny creme de la creme tego uniwersum, czyli potyczki fantastycznych stworków wymyślonych w biurach The Pokemon Company. Żadnych fillerów, samo mięsko. Tak ten tytuł był prezentowany i były podstawy, by wierzyć, że faktycznie czymś takim będzie. Niemniej dziś wszyscy wiemy już jednak, że siła Pokemonów nie spoczywa w samych walkach, a właśnie w tym wszystkim, co dookoła. My to wiemy i wie już Nintendo, chociaż przekonało się o tym dość boleśnie, bo Pokemon Champions w opiniach zarówno graczy, jak i recenzentów jest miażdżone. Co gorsza, miażdżone zasłużenie.

Niby miasto, ale jednak nie do końca

Cała akcja Champions dzieje się w Frontier City. Niech was jednak nie zwiedzie termin “city”, bo z miastem nie za bardzo mamy tutaj do czynienia. Bardziej jest to swego rodzaju hub, w którym będziemy wybierać Pokemony, przystępować do walk i przeklikiwać inne okienka. Bo w nowej grze The Pokemon Company zrezygnowało z aspektu fabularnego, co jest sporą zmianą względem takiego Pokemon Legends czy też innych pełnoprawnych odsłon serii. Tutaj sami tworzymy swoją opowieść, zaczynając praktycznie od zera. Celem jest oczywiście przebicie się na sam szczyt i zostanie mistrzem Pokemon. Zostać chce jednak każdy, a uda się to tylko nielicznym.

Niby miasto, ale jednak nie do końca, Pokemon Champions – recenzja. Nie łap ich wszystkich, nie warto

Zaczynamy od stworzenia swojego awatara w raczej prostym kreatorze postaci. Tak naprawdę wszyscy bohaterowie na swój sposób są do siebie podobni, różniąc się jedynie detalami takimi, jak fryzura, kolor włosów czy też okulary lub ich brak. Potem trafiamy już do wirtualnego świata gry, gdzie zostajemy postawieni przed wirtualnym ekranem. Tam odbywamy samouczek, po czy dostajemy się na farmę, by tam wybrać nasze startowe Pokemony. Po prostu – jest lista dostępnych stworów, a my wybieramy trzy, które nas interesują. Koniec. Nie ma w tym żadnych emocji, żadnej ekscytacji i żadnego przywiązania. To ostatnie ma zresztą sens, bo nie mamy co się przywiązywać.

Obecności głębi nie stwierdzono

Gdy już te stworki mamy, to pozostaje nam wybrać oponenta i iść w bój, by piąć się w rankingu. Właśnie, bój… Cóż, tutaj pojawiło się moje największe rozczarowanie. Każda walka opiera się w gruncie rzeczy na tym, że każdy z trenerów wystawia jednego z trzech swoich stworków, starają się dobrać go najlepiej pod kątem tego, co wybiera przeciwnik. Mamy tutaj do czynienia z typowym kamień, papier nożyce. To oznacza, że Pokemon wodny będzie idealną odpowiedzią na Pokemona ognistego, podczas gdy ten świetnie poradzi sobie z Pokemonem trawiastym. Oczywiście rodzajów stworków jest więcej, a więc więcej jest zwalczających się kombinacji, ale rozumiecie schemat.

Obecności głębi nie stwierdzono, Pokemon Champions – recenzja. Nie łap ich wszystkich, nie warto

GramTV przedstawia:

A jak się walczy? Prosto, wręcz prostacko. Nie zrozumcie mnie źle, bo z jednej strony nie wykracza ona poza znany z serii schemat. Z drugiej jednak, gdy odbierze jej się wszystko to, co dookoła, mechanika ta nie daje żadnego funu. Zamiast Pokemona, którego sami wytropiliśmy złapaliśmy, wytrenowaliśmy i coś z nim przeżyliśmy, mamy stwora, którego prawdopodobnie za jakiś czas i tak wymienimy na innego. Wszystko jest więc odarte z emocji i staje się bezrefleksyjnym klikaniem. Schemat jest tutaj prosty. Są cztery umiejętności. Wybieramy tę najbardziej efektywną. Klikamy i obserwujemy animację. Potem to samo robi nasz oponent. I tak do momentu, aż ktoś straci wszystkie 3 Pokemony.

Daj pan pieniążka. Albo grinduj

Gdyby to wszystko jeszcze jakoś wyglądało. Tymczasem wygląda na to, że The Pokemon Company po powszechnie krytykowanym za aspekt graficzny Pokemon Legends: Z-A niczego się nie nauczyło. Pokemon Champions jest zwyczajnie brzydkie. Ale nie dlatego, że jest kanciaste czy rozpikselowane. Większy problem stanowi tutaj irytująca wręcz sterylność i brak jakiejkolwiek duszy. Nie ma niczego, co zapadłoby w pamięć i momentami można mieć wrażenie, że nie gramy w produkcję dużego wydawcy, a mobilkę. Co zresztą może być dobrym tropem, bo przecież jeszcze w tym roku do graczy z Nintendo Switch dołączyć mają też posiadacze sprzętów na Androidzie i iOS-ie.

Daj pan pieniążka. Albo grinduj, Pokemon Champions – recenzja. Nie łap ich wszystkich, nie warto

A skoro gra mobilna, to i mikropłatności, prawda? Nie po to Pokemon Champions zostało wydano całkowicie za darmo, by na siebie nie zarabiać. I w samym fakcie istnienia opcji przepalania twardej waluty nie ma niczego złego, bo przecież z czegoś trzeba żyć, a battle pass z kosmetyką to idealny sposób na monetyzację. Większy problem stanowi tutaj forma. Już na starcie okazuje się, że możecie mieć maksymalnie tylko 30 Pokemonów. Chcecie więcej? To zapłaćcie. Nie chcesz płacić? No spoko, ale wtedy masz mniej miejsca, a na dodatek będziesz w tyle względem tych, którzy opłacają abonament Pokemon HOME. Oni bowiem mogą przenieść swoje mocne już stwory do Champions, a ty, by im dorównać musisz grindować. Bardzo grindować.

Pokemony odarte z zabawy

Trudno nie określić Pokemon Champions inaczej niż zmarnowany potencjał. Tak brutalne ograniczenie wszystkich aspektów zabawy wyłącznie do walki uwidoczniło wszystkie wady tego systemu. Bo walki stworków to dopiero zwieńczenie całej przygody. Doskonale widać to w Pokemon GO, gdzie przed przystąpieniem do rywalizacji musimy (w tym wypadku na własnych nogach) udać się w konkretne miejsce, by zdobyć upragnionego Pokemona. W Champions tego nie ma, przez co nie ma też zabawy. Ale też nie mogło jej być, bo tytuł jest mocno nastawiony na to, by siebie monetyzować, czyniąc z tego główną atrakcję. Atrakcję dla wydawcy, ale raczej nie dla gracza, który nie znajdzie tutaj niczego poza typowo mobilnymi mechanikami. Miał być kolejny sukces marki, tymczasem jest nijako, prostacko i zwyczajnie mdło. Sprawdzić można, bo jest za darmo, ale generalnie lepiej poczekać na 10. generację i Pokemon Winds and Waves.

4,0
W teorii pomysł na Pokemon Champions wydawał się przepisem na sukces. W praktyce dostaliśmy grę bardzo płytką, przypominającą najbardziej prymitywne gry mobilne nastawione na mikropłatności.
Plusy
  • W teorii creme de la creme Pokemonów
  • Za darmo
Minusy
  • W praktyce wykonany fatalnie
  • Agresywna monetyzacja
  • Płytka i nieciekawa rozgrywka, polegająca na przeklikiwaniu przez menusy
  • Upierdliwy grind
  • Pokemon Legends: Z-A pod względem graficznym niczego twórców nie nauczyło
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!