Niby część wielkiej serii, a jednak inna na każdym kroku.
Są takie gry, które nie zapisały się w historii jako arcydzieła, ale mimo to mają w sobie coś ujmującego. Coś, co sprawia, że po latach wraca się do nich z nostalgicznym uśmiechem, nawet jeśli nie były idealne. Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia z 2002 roku jest właśnie taką grą, bo choć zapoczątkowała serię, której zwieńczeniem był fantastyczny Powrót Króla, to jednak jest najsłabszym (choć wyjątkowym) elementem tej trzyczęściowej układanki.
Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia
Wspominamy pierwszą grę w 3D z serii Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia
Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia to tytuł, który pojawił się w szczególnym momencie, ponieważ świat właśnie ogarnęła tolkienowska gorączka wywołana pierwszą częścią filmowej trylogii Petera Jacksona. Mimo wszystko jest to gra, która starała się czerpać bardziej z książek, aniżeli z hollywoodzkiej produkcji, co stawia ją w wyjątkowej pozycji względem dwóch kolejnych odsłon.
Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia
Zacznijmy od tego, że w tamtym czasie prawa do ekranizacji i prawa do gier znajdowały się w innych rękach niż prawa do książkowego pierwowzoru. Oczywiście nie porozumiano się na tym polu i to właśnie dlatego pierwsza growa część przygód Froda i spółki w 3D, oparta była bezpośrednio na powieści J.R.R. Tolkiena, a nie na kinowym widowisku. To oznaczało kilka istotnych rzeczy. Po pierwsze, gra nie korzystała z wizerunków aktorów znanych z filmu. Frodo nie miał twarzy młodziutkiego Elijah Wooda, Aragorn nie przypominał Viggo Mortensena, a Gandalf nie był cyfrową kopią Iana McKellena, co jak zapewne kojarzycie, zmieniło się w kontynuacji.
Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia
Twórcy musieli zatem zaprojektować własne interpretacje bohaterów. Były pewne podobieństwa, ale jednak bardzo bezpieczne, aby uniknąć problemów. Dla części graczy było to oczywiście swego rodzaju rozczarowanie, szczególnie w czasach, gdy filmowa wizja Śródziemia dopiero co podbiła wyobraźnię milionów ludzi. Mnie jako, trzynastolatkowi (ogrywałem tę grę dwa lata po jej wydaniu) samemu ciężko było się w to wgryźć gdy miałem już konkretny obraz bohaterów przed oczami, a przy okazji wiedziałem, że druga odsłona już posiada pełna prawa do wykorzystania wizerunku aktorów w grze. Nie wykorzystano nawet głosów aktorów z filmu. Dialogi nagrali inni performerzy, a oprawa dźwiękowa nie korzystała z motywów autorstwa Howarda Shore. Brak tej charakterystycznej muzyki był naprawdę bardzo odczuwalny. To wszystko jest o tyle zabawne, że obie gry zostały wydane w odstępie zaledwie kilkunastu dni, a różnica za sprawą licencji jest kolosalna.
Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia
Gra ukazała się na komputerach osobistych oraz na konsolach szóstej generacji i niestety dało się odczuć pewne rozbieżności (osobiście grałem na PC). Wersja pecetowa oferowała wyższą rozdzielczość i nieco ostrzejsze tekstury, choć wymagała odpowiednio mocnego jak na tamte czasy sprzętu (to też nie grałem u siebie <odgłosy płaczu Gucia nad zintegrowaną kartą graficzną>). Wersje konsolowe były z kolei bardziej stabilne, ale jednocześnie cierpiały na ograniczenia techniczne typowe dla tamtej epoki. Na szczęście różnice między platformami nie były z kolei zbyt drastyczne pod względem zawartości. Kampania fabularna pozostawała taka sama we wszystkich wersjach.
Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia
GramTV przedstawia:
Pisanie o czym była gra Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia, może być dzisiaj dziwne, bo raczej z grubsza każdy wie z czym się to je, ale jeśli jednak ktoś żył pod kamieniem przez ostatnie kilkadziesiąt lat… Produkcja opowiadała historię pierwszej części książkowego Władcy Pierścieni. Akcja rozpoczynała się w Shire, gdzie wcielaliśmy się w młodziutkiego Froda, choć gra pozwalała w niektórych fragmentach przejmować kontrolę nad Gandalfem i Aragornem. Twórcy starali się wiernie odwzorować książkową narrację i tutaj dla nich duży plus. Oznacza to, że w grze znalazły się wątki, które w filmie zostały skrócone lub całkowicie pominięte i tak oto mieliśmy okazję spotkać Toma Bombadila lub odwiedzić Stary Las i Kurhany. Wtedy jeszcze nie wiedziałem o co chodzi, ponieważ książki wpadły w moje ręce dopiero w wieku 16 lat, ale po czasie i już po ich przeczytaniu, ciekawie było zestawić swoją wyobraźnię z tym co wykreowali na ekranie twórcy gry. Cała opowieść Drużyny Pierścienia kończyła się w momencie jej rozpadu. Sama gra nie jest długa. Jeśli grało się “na spokojnie” to można było ją ukończyć w 4 do 5 godzin. Na YouTubie znalazłem jednak graczy nieco bardziej rushujących fabułę i potrafili ukończyć grę poniżej 3 godzin. Przyznajcie, że dzisiaj jest to nie do pomyślenia, aby produkcja tego typu kończyła się po tak krótkim czasie.
Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia
Drużyna Pierściania była przygodową grą akcji. Walka opierała się na prostym systemie ciosów i bloków. Absolutnie nie było tutaj mowy o jakiekolwiek trudności, ale wypadało mieć chociaż minimum wyczucia czasu w przypadku atakowania i robienia uników. Każda z grywalnych postaci miała własny styl, dlatego Frodo polegał na zręczności i unikach, Aragorn był klasycznym wojownikiem, natomiast Gandalf korzystał z magii – miało to oczywiście sens i trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś zrobił to inaczej. Lokacje były dość liniowe, zaledwie z kilkoma rozgałęzieniami, więc eksploracja świata nie była czymś niesamowicie wciągającym, zwłaszcza że gra była dość ponura w swojej kolorystyce, znacznie bardziej niż filmowa adaptacja. Nawet Shire wyglądało jakby było jedną z dzielnic Mordoru. Choćbym bardzo chciał to nie da się tego ukryć – to była bardzo prosta i odmóżdżająca gra. Ot, zwykła gra akcji nastawiona na fabułę, przepleciona siekaniną kolejnych wrogów. Wtedy rozgrywka mnie cieszyła, ale raz że byłem młodym szczylem, a dwa byłem mega zajarany filami, więc to na pewno miało spory wpływ na odbiór. Dziś zapewne zmęczyłbym się gameplay’em po 30 minutach. Gra miała jednak fajny plus. Powiedziałbym, że jeśli w tamtych latach jakieś dziecko było oporne do czytania, to przynajmniej omawiana gra była całkiem niezłym pomysłem na zapoznanie młodego człowieka z historią napisaną przez Tolkiena.
Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia
Jeśli coś tej grze naprawdę się udało, to próba oddania klimatu wędrówki. Uproszczonej, ale jednak. Gra nie była brutalna ani przesadnie dynamiczna. Nie była też przeładowana wrogami do zabicia jak kolejne odsłony. Miała w sobie coś powolnego i spokojnego. Twórcy chyba faktycznie chcieli, aby gracz poczuł, że jest na wyprawie, a nie w środku srogiej wojny. Z perspektywy czasu podoba mi się takie podejście, bo jednak fajnie raz na jakiś czas odłożyć miecz na bok i nieco bardziej się zrelaksować. Sama gra nie zdobyła uznania. Naturalnie gracze doceniali klimat i wierność książkowej opowieści, ale powtarzalność, różne problemy techniczne, w tym z pracą kamery, toporne sterowanie i jakże by inaczej – brak licencji na elementy z filmów – były dość rozczarowujące. Finalnie gra wpadła do worka podpisanego “średniak”. Zagrać, przejść, zapomnieć – dosłownie. Z czasem gra zaczęła być cieplej wspominana, ale to właśnie dlatego, że była tak inna od kolejnych odsłon serii, namaszczonych już filmowymi adaptacjami. Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia z 2002 roku poza fabułą w zasadzie w każdym aspekcie rozgrywki grą przeciętną. Nie była też żadnym przełomem. Była natomiast szczerym listem miłosnym do powieści Tolkiena i właśnie za to warto ją cenić.
Kolejną produkcją, którą sobie wspomnimy będzie naturalnie kontynuacja, a więc Dwie Wieże i pierwsze w pełni filmowe doświadczenie jakie oferowała. Do następnego!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!